sobota, 1 września 2018

33

wcale nie był zadowolony, że musiał iść dziś na trening. nie spał całą noc, bo jechał jak szalony, byle by uratować Zayna. potem poszedł z Timem do Alexandra, który podpisał odpowiednie dokumenty i na razie został mu przydzielony jeden z pokoi w zamku. chciał się przespać, ale gdy przechodził przez błonia, zaczepił go pan Reynolds i powiedział, że ma dziś przyjść na trening. i dobrze by było aby wziął swoje sztylety. poszedł więc do siebie, by choć trochę się odświeżyć i przebrał w szare dresy i czarną dopasowaną koszulkę.
zszedł na błonia zdecydowanie niezadowolony. z daleka dostrzegł rząd tarcz i już wiedział dlaczego miał wziąć swoje sztylety. będą się uczyć rzucać do celu. prychnął gdyż znów nauczyciel wysługiwał się nim. zaczął się zastanawiać czy coś potrafi, choć wątpił. z tym brzuchem? odnalazł w tłumie Théo stojącego na linii z innymi. jak zawsze miał swoją czarną bluzę i trochę się denerwował. delikatny uśmiech wkradł się na jego wargi, gdy go zobaczył. zdał sobie sprawę, jak bardzo brakowało mu jego widoku. tych zielonych oczu, rumieńców na policzku oraz czarnych kosmyków.
spojrzał na nauczyciela, który przystaną i zlustrował go swoimi małymi oczkami. cwaniacki uśmieszek wkradł się na jego usta.
– spóźnił się pan, panie Payne – zawołał, a głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę. od razu wyłapał spojrzenie Monoda, którego oczy rozbłysły, a na pełnych wargi, wkradł się uśmiech. trawa nagle pokryła się połacią stokrotek i szatyn przystanął by na to spojrzeć. następnie podniósł wzrok na bruneta, który spuścił wzrok na swoje tenisówki, a na policzkach wykwitły dorodne rumieńce.
– zademonstruje nam pan rzut do celu – oznajmi mężczyzna, gdy przed nim stanął.
– jasne. nie ma sprawy. myślę, że pański opasły brzuch jest idealnym celem – odparł i poklepał go po nim, przez co zebrana grupa zachichotała. – wystarczająco szeroki. a do tego miękki, więc broń na pewno się odbije.
– Panie Payne – sapnął nauczyciel, mrużąc groźnie oczy i podnosząc palec do góry. – niech pan zważa na słowa, bo…
– nie jestem już pana uczniem – odpowiedział i uniósł do góry jeden ze sztyletów przykładając do podbródka Reynoldsa. – a pan nie nadaje się na nauczyciela praktycznych podstaw obrony. więc niech z łaski swojej zejdzie mi pan z drogi, bo nie ręczę za siebie. nie spałem całą noc, mój przyjaciel leży na w pół żywy w łóżku i nie wypiłem mojej porannej herbaty malinowej. nie jestem w najlepszym humorze jak widzisz.
spiorunował mężczyznę, który przełknął ślinę i odsunął się od Liama robiąc kilka kroków. ten rozluźnił mięśnie, które napięły się, jak zawsze gdy szykował się do walki. a tego dupka zdecydowanie trzeba było zwalczyć, gdyż oni niczego się nie nauczą.
– będę musiał porozmawiać z wujem na pana temat – odparł, a gdy odwracał się na pięcie do uczniów, kątem oka dostrzegł jak twarz nauczyciela kompletnie pobladła. poczuł satysfakcję. wiedział, że to cios poniżej pasa, ale i tak porozmawia o tym z Darylem.
– dzisiejsze zajęcia poprowadzę ja. tamten pan – wskazał za siebie – niczego was nie nauczy. widzę, że będziecie uczyć się rzucać do celu – zawołał, spoglądając na zebranych uczniów. – jednak za nim pokaże wam jak to robić musicie nauczyć się przywoływać rzeczy, które zastąpią wam sztylet. zawsze może wam wypaść.
powoli przechadzał się wzdłuż linii, na której stali zebrani uczniowie. zatrzymał się przed szczupłym blondynem o szarych oczach, który spojrzał na niego z nieukrywaną wyższością. był to ten sam, który poturbował – na poprzednim treningu.
– panie Monod – zawołał wciąż miesząc się z Tomem. – czy mógłbyś pokazać pozostałym tego wielkiego kolca, którym zabiłeś demona?
i po raz kolejny zgasił dziś osobę, która miała się za nie widomo kogo. dostrzegł w szarych oczach blondyna zaskoczenie i niedowierzanie, a jego usta lekko się rozchylił. kącik warg Liama drgnął, gdy usłyszał szepty przebiegające przez grupę. wyprostował się i spojrzał na –, który wystąpił przed wszystkim. wyciągnął dłoń, a z ziemi wyskoczyło małe pnącze, które powoli wiło się w górę. na
jego zakończeniu pojawił się długi na dziesięć cali, ciemno brązowy kolec, który został zerwany przez bruneta.
– to jeden z pomysłów, ale może wy macie jakieś inne. – wyznał. – jednak dokładnie taki sam kolec przebił serce demona.
zerknął kątem oka na swojego podopiecznego, który znów się zarumienił i lekko podenerwowany przeczesał jasną grzywkę. zaczął obracać w palcach swoją broń i wrócił do szeregu. Liam natomiast odwrócił się w stronę tarcz i chwycił w prawą dłoń jeden ze swoich sztyletów. polecił uczniom by uważnie obserwowali pracę jego rąk oraz nóg, a on sam posłał czy smukłe mini mieczyki w sam środek jednej z tarcz. rozległy się brawa, które zignorował i kazał każdemu wyczarować takie same
kolce, które zaczęli posyłać do celów z mniejszą lub większą celnością.
krążył miedzy uczniami co jakiś czas poprawiając to jednego to drugiego, dając rady lub mówiąc co robią źle. pan Reynolds zmył się w połowie zajęć pozwalając Liamowi kompletnie przejąć pałeczkę. Równo o szesnastej dał znak do zakończenia zajęć i uczniowie zaczęli się rozchodzić.
zbierał swoje sztylety, które już po chwili z powrotem spadły na ziemię, gdy – rzucił się na niego. nie spodziewał się tego. a już na pewno nie spodziewał się jego paluszków zaciskających się na czarnej koszulce. uśmiechnął się jednak i odwzajemnił jego uścisk, mocno oplatając go w talii i gładząc po plecach.
– bałem się o ciebie – wyznał brunet w jego barki. – od rana krążyły plotki, że któryś z opiekunów wrócił ledwo żywy. bałem się, że to ty.
– nie tak łatwo się mnie pozbyć – odpowiedział z uśmiechem i odsunął się, by spojrzeć w zielone oczy. – radziłeś sobie przez ten tydzień?
– tak. jakoś dałem radę – wyznał. – a kiedy wróciłeś?
– dziś rano – odparł, a wyraz jego twarzy zmienił się. posmutniał i odwrócił wzrok, po czym odsunął od chłopca, zaczynając zbierać sztylety. – to ja przywiozłem Zayna.
– och… to znaczy. dzięki tobie pewnie wyjdzie z tego – próbował go pocieszyć młodszy chłopak.
– to ja go namówiłem na tę misję – wyznał, prostując się. spojrzał na zamek gdzie w jednym z pokoi leżał jego najlepszy przyjaciel. zastanawiał się jak mógł do tego dopuści. a po chwili zdał sobie sprawę, że coś mu w tym wszystkim nie pasowało. bo Zayn został ranny w potencjalnym gnieździe demonów, a gdy przyjechał na miejsce nie było śladu po nich. jakby czekały na mężczyznę. czy to równie dobrze mógł być Aiden lub jakikolwiek inny szpieg?
– nie obwiniaj się – wyrwał go z rozmyślań głos –. – to nie twoja wina. a jak twoja misja?
– em… moja misja. tak. udała się, bez większych problemów – odpowiedział. – sam zresztą zobaczysz. a teraz wracajmy. muszę odpocząć.
objął bruneta ramieniem przyciągając blisko siebie. ucałował go w czubek głowy i obaj powoli skierowali się do zamku. miał tez nadzieję, że jego przyjaciel szybko wróci do siebie i będą mogli iść na piwo. albo soczek. na cokolwiek. byle by oblać kolejną misję, z której obaj wyszli cało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz