obudził się dość późno. dochodziła dziesiąta, gdy otworzył oczy, a jasne promienie podrażniły jego tęczówki. mrukną niezadowolony, mrużąc oczy i zamykając je jeszcze na chwilę. schował nos w jasne kosmyki Théo i wdychając ich przyjemny zapach, leżał jeszcze przez jakiś czas, zaczynając myśleć o tym wszystkim co mu opowiedział w nocy.
jego wizje były niepokojące. musiał o nich opowiedzieć Darylowi. musieli wzmocnić granice Violet Hill. wyznaczyć jakieś patrole, rzucić czary obronne.
przygotować się do ataku. ale przed powiadomieniem o wizji Théo swojego wuja, musiał wiedzieć jedną rzecz. kim był mężczyzna, którego zobaczył podczas burzy.
ostrożnie wygrzebał się z pościeli, tak by nie obudzić bruneta, który wciąż spał smacznie, tuląc się do rąbka pościeli. zwinięty niczym mały kociak, z włosami rozrzuconymi na poduszce i rumieńcami na policzkach, wyglądał niezwykle uroczo. na usta Liama mimowolnie wkradł się uśmiech, gdy patrzył tak na śpiącego Théo.
jeszcze szerzej uśmiechnął się, gdy zdał sobie sprawę, że jest jedyną osobą, przy której on może spokojnie spać.
potrząsnął głową i wsunął na stopy trampki. na pomiętą, szarą koszulkę, zarzucił bluzę i cicho wyszedł z pokoju, by nie obudzić chłopaka. podciągnął rękawy do łokci, kierując się do biblioteki. za winklem wpadł na Zayna.
– och. szukałem cię – odezwał się brunet. – chciałem zapytać co z Théo.
– w porządku – odpowiedział Liam, przystając i spoglądając na przyjaciela. – był trochę roztrzęsiony i miał nocne koszmary, ale w końcu zasnął.
– powiedz mi. co się właściwie stało na błoniach? – zapytał mulat, wciskając ręce w kieszenie spodni i obaj ruszyli w stronę biblioteki.
– Théo miał wizję, która potwierdziła tylko to co usłyszał od duchów w świątyni druidów – wyznał, splatając ręce na piersiach. – mrok, chce zniszczyć Violet Hill. najpierw wybić wszystkich pure-blood, którzy są nieświadomi swojej mocy, a potem zaatakować nas.
– jeśli pozbędzie się tego miejsca, pure-blood nie będą mieli gdzie się szkolić – przeanalizował Malik. – a jeśli nie będą mieli gdzie uczyć się kontroli nad mocą, ona ich pochłonie i wszyscy potomkowie druidów znikną z ziemi. to logiczne.
– to prawda. chce wyeliminować potencjalnego przeciwnika, który będzie miał moc zgładzenia go – przytaknął mu Payne. – a przynajmniej. stłumienia go do na kolejne kilkaset lat.
– on poluje na Théo – stwierdził Zayn, a szatyn mocniej zacisnął wargi. – doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? on od początku był inny. silniejszy. ale potrzebuje drużyny.
– ma już ogień i lód – wyznał pamiętając o jego przyjaźni z Niallem i Louisem. – potrzebuje jeszcze wody, powietrza i eteru.
– czyli… ta bitwa na granicach Violet Hill, będzie jedną z wielu? – zapytał brunet, a on ze zrezygnowaniem przytaknął. – w takim razie, musimy się do niej
przygotować. trzeba powiadomić Simona.
– tak, wiem, ale zanim to zrobimy, musimy się dowiedzieć jeszcze jednej rzeczy – podkreślił Liam, a widząc spojrzenie przyjaciela dodał: – poza wizją, którą nie wiem co wywołało, zobaczył jeszcze jakiegoś mężczyznę. dlatego idę do biblioteki.
– w jakim dziale, będziemy szukać? – spytał Zayn, a szatyn spojrzał na niego. – no co? pomogę wam szukać tego gościa.
– myślę nad historią. może to był jakiś prastary duch – odpowiedział, kiedy wchodzili do biblioteki. od razu skierowali się na dział z historią i zaczęli wyszukiwać tomy, które mogły wydać się najbardziej niezbędne. krążyli między regałami ściągając kolejne książki.
– ogniska – odezwał się niespodziewanie brunet, a Payne spojrzał na niego marszcząc brwi. – wielkie ogniska. były przecież z dziesięciu świętych drzew, a Théo jest związany z naturą. może ich dym wywołał to wszystko.
– wiesz… wiesz, że możesz mieć rację – przyznał, marszcząc brwi. – kiedy był na błoniach, jego spojrzenie było zamglone, głupawy uśmieszek błąkał mu się na ustach. jakby się naćpał. a kiedy poszliśmy na plażę, z dala od ognisk, to ustąpiło. jak wróciliśmy na błonia, znów się nasiliło.
– no widzisz. jeśli Théo jest tym kim jest, to takie imprezy mogą silnie na niego wpływać – stwierdził Zayn, ściągając z wyższej półki kolejną książkę. – wywoływać wizje i tym podobne.
Liam przytakną i też ściągnął kolejny tom z półki. obładowani książkami różnej wielkości oraz grubości, opuścili bibliotekę i skierowali się z powrotem do pokoju szatyna. nacisnął klamkę łokciem i pchnął drzwi biodrem wchodząc do środka. jego spojrzenie padło na zaspanego Théo, który siedział na łóżku przecierając oczy, a Loki rozłożył się na jego kolanach. bezwiednie głaskał go po głowie i drapał za uszami.
– dzień dobry, głodomorku – przywitał się, a brunet odpowiedział mu leniwym uśmiechem. – chcesz coś na śniadanie?
– tosty i herbatę – wydukał wciąż lekko zaspany, ziewając głośno, kiedy Payne, odkładał książki na biurko. Zayn poszedł w jego ślady i spojrzał na Théo witając się z nim szerokim uśmiechem.
– opowiedz Zaynowi o tym mężczyźnie. pomoże nam szukać – poprosił na powrót kierując się do drzwi. – a ja skoczę zrobić ci śniadanie.
i wyszedł pospiesznie kierując się do kuchni. zrobił swojemu chłopakowi tosty z dżemem truskawkowym oraz twarożkiem i skrojonymi w plasterki owocami.
przyrządził mu swoją ulubioną herbatę malinową i tak zaopatrzony wrócił do pokoju.
Zayn siedział w fotelu, przerzucając strony książki. Théo robił to samo, siedząc wciąż nakryty pierzyną. jednak podniósł wzrok, gdy szatyn wszedł do środka. posłał mu uroczy uśmiech na widok pysznego śniadania i odebrał je od niego uprzednio
odsuwając ciężki tom. Payne przysunął go do siebie, wyciągając się w poprzek łóżka i
zaczynając przewracać strony.
wtorek, 30 października 2018
sobota, 27 października 2018
55
Théo przekręcił się z boku na bok, a jego twarz wykrzywił grymas strachu. z każdą kolejną minutą chłopak poruszał się co raz niespokojniej, po jego policzkach płynęły łzy, a z ust wydzierały się krótkie okrzyki. w pewnym momencie usiadł gwałtownie, otwierając oczy szeroko ze strachu i krzyknął głośno, zaciskając palce na pościeli.
jego smukłe palce na moment zacisnęły się na krawędzi kołdry, a następnie odrzuciły ją na bok. nie chcąc ponownie zapaść w sen, Théo zsunął się z materaca i stanął na zimnej podłodze. zajął miejsce przy biurku, na nieco niewygodnym krześle, i oparł na nim łokcie, wsuwając dłonie w swoje krótkie włosy.
zaczął już przeklinać samego siebie w myślach o to, że odprawił Liama, argumentując to chęcią samotności. teraz pragnął poczuć wokół siebie jego silne ramiona i wywietrzały zapach perfum, a także usłyszeć słowa uspokojenia szeptane do ucha.
westchnąwszy ciężko, brunet ułożył przedramiona płasko na blacie i oparł na nich policzek, nucąc pod nosem cichą melodię, którą pamiętał ze święta. całość zabawy pamiętał jak przez mgłę, wiedział, że tańczył z Liamem i puścił razem z nim lampion. w jego głowie zaświtało też wspomnienie ich intymnego momentu, więc zaczerwienił się dosyć mocno. jednakże nie umiał przypomnieć sobie żadnych szczegółów, co mocno go przerażało.
wkrótce po głębokich rozmyślaniach na temat minionych godzin, powieki chłopaka zaczęły mu ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki. jego sen
nie trwał jednak długo, ponieważ znowu wybudził się z niego gwałtownie. tym razem zdołał pohamować wrzask, ale nie łzy strachu, które spłynęły po jego zaczerwienionych policzkach.
nie rozmyślając długo nad tym, co powinien zrobić, Théo chwycił w dłonie swoje tenisówki i podszedł do drzwi, nie zakładając ich na bose stopy. stojąc na korytarzu zawołał cicho swojego zwierzaka, który zerwał się ze swojego posłania i pomknął do odpowiedniego pokoju jako pierwszy. gdy Théo już tam dotarł, John grzecznie siedział pod drzwiami, patrząc na swojego właściciela ślepkami, błyszczącymi nawet w ciemności.
zielonooki uśmiechnął się lekko, pospiesznie otarł policzki i wsunął się do pokoju. przypilnował, żeby fretka weszła razem z nim i zwinęła się na posłaniu obok Lokiego, cmokając go wcześniej w czubek mokrego noska. dopiero wówczas odważył się unieść wzrok.
pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł było zatroskanie, widoczne w sarnich oczach Liama. gdy dostrzegł w jakim stanie znajduje się młodszy, odłożył na bok czytaną książkę i rozłożył ramiona. bez zadawania zbędnych pytań, przyciągnął go do uścisku i pogładził po plecach. kilka sekund później, miękkie wargi odnalazły rozpaloną skórę, na czole Théo, i tam już zostały.
– mam do ciebie pytanie – powiedział Payne po dłuższym czasie milczenia, spędzonym na kołysaniu bruneta w swoich ramionach. – masz może ochotę na herbatę? – szepnął i zaraz odwzajemnił szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy podopiecznego. – załóż buty i idziemy – poklepał go lekko po udzie i wysunął się z objęć, by nasunąć swoje tenisówki.
Théo poszedł za jego przykładem i chwycił wyciągniętą dłoń, by następnie ruszyć przez korytarz, pogrążony w mroku. po bezproblemowym odnalezieniu drogi do sali jadalnej, zakradli się do kuchni i zgodnie przystąpili do przygotowania napoju. Liam zajął się wstawieniem wody i odnalezieniem opakowania z malinową herbatą, a jego chłopak przeszperał szafki, w których znalazł dwa duże
kubki.
Théo chwycił naczynie wypełnione ciepłym napojem i splótł swoje palce z tymi szatyna. nie odzywając się ani słowem, ruszył w drogę powrotną o wiele wolniejszym krokiem, by przypadkiem nie polać się wrzątkiem. gdy dotarł do sypialni starszego, bez uronienia ani kropli, uśmiechnął się do siebie delikatnie i wsunął do pomieszczenia. usłyszał, jak brązowooki podąża za nim i zamyka drzwi z cichym kliknięciem.
nie mając ochoty na powrót do łóżka, zielonooki usadowił się na podłodze przy oknie sięgającym do samej podłogi. chwilę później na jego kolanach wylądował ciepły koc, na widok którego otworzył oczy ze zdziwieniem i zadarł głowę, żeby spojrzeć na swojego opiekuna. ten tylko wzruszył ramionami i usiadł obok niego, wsuwając nogi pod miękki pled.
wciąż nie rozmawiając o wydarzeniach z minionych godzin, mężczyźni zajęli się piciem swoich herbat. wokół rozlegały się dźwięki, które akompaniowały kroplom deszczu, uderzającym o okno.
– chyba potrzebuję o tym komuś opowiedzieć – nagle odezwał się zduszony głos Théo, który spojrzał na opiekuna załzawionymi oczami. – nie mogę tak. nie mogę przez to spać, bo się boję – szeptał gorączkowo, ledwie utrzymując kubek w swoich drżących dłoniach. – pewnie to nie pomoże jakoś wybitnie, ale po prostu… potrzebne mi to – po tych słowach zamilkł, wpatrując się w Liama błagalnie.
– mów, maluchu, nie będę ci przerywał – odparł tylko szatyn, obejmując go ciaśniej ramieniem i obdarowując krótkim pocałunkiem w policzek.
zielonooki pociągnął cicho nosem i odstawił na bok naczynie. głowę ułożył wygodniej na klatce piersiowej mężczyzny i opuścił powieki. wsłuchując się w regularne bicie serca, odetchnął głęboko i podjął wątek.
– na początku była ta wizja. po tym, jak upadłem na kolana i tak okropnie rozbolała mnie głowa – zaczął, bawiąc się swoimi zimnymi palcami. – na moment ten ból przeszedł, ale zaraz wrócił. znaczy, nie sam, bo razem z nim przyszły te wszystkie obrazy – przełknął głośno ślinę i mocniej wczepił się w tors szatyna, poszukując w tym poczucia bezpieczeństwa. – i nie były zbyt przyjemne. widziałem
demony, gromadzące się przy granicach i… to, jak mordują pure–blood – szepnął, drżąc
na całym ciele ze strachu.
Payne bez słowa złapał go za biodra i przyciągnął na swoje uda. po zamknięciu go w uścisku, przycisnął wargi do jego ucha i wyszeptał kilka uspokajających słów, nie przerywając gładzenia go po plecach. minęło kilka minut, zanim Théo uspokoił się na tyle, żeby kontynuować przerwany wywód.
– z–zabijały tych, którzy nie b–byli niczego świadomi i całkiem bezbronni. t–tych,
którzy nie byli w Violet Hill i nawet nie wiedzieli kim są – powiedział na początku, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – potem był kolejny obraz. błonia zasłane trupami. większość z ludzi, którzy tam byli, znałem – po tych słowach brunet wybuchnął niekontrolowanym płaczem, czując, jak całe napięcie uchodzi z jego ciała.
– ćśśśśśś, to wcale nie musi się spełnić – zauważył Liam, powracając do kołysania go w swoich ramionach. – prawda? jeśli przygotujemy się odpowiednio, to damy radę odeprzeć każdy atak – zauważył z pewnością siebie słyszalną w przyciszonym głosie. – Théo? widziałeś potem coś jeszcze – bardziej stwierdził niż zapytał.
chłopak pokiwał głową i oparł głowę na jego ramieniu. zanim zdążył się zastanowić nad tym, co powiedzieć, słowa same wypłynęły z jego ust. opowiedział o mężczyźnie, którego zobaczył w momencie, kiedy nad błoniami zerwała się burza.
opisał go w każdym najdrobniejszym szczególe, jaki zdołał zapamiętać, mimo szoku i przerażenia.
– czy możemy iść już spać? – zapytał nieśmiało zielonooki, kiedy już skończył mówić. – jestem zmęczony – uznał, przecierając pięścią powiekę, która ciążyła mu już od dłuższego czasu.
Payne pokiwał głową w ramach odpowiedzi i obaj podnieśli się z zimnej podłogi. naczynia ustawili na stoliku nocnym, a jeden z nich rzucił koc w nogi łóżka, do którego potem się wsunęli. brunet ułożył się tyłem do swojego opiekuna, a ten objął go w pasie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. w krótkim czasie obaj odpłynęli w sen, który był na tyle twardy, że pozwolił im zaznać spokoju przez kilka godzin.
jego smukłe palce na moment zacisnęły się na krawędzi kołdry, a następnie odrzuciły ją na bok. nie chcąc ponownie zapaść w sen, Théo zsunął się z materaca i stanął na zimnej podłodze. zajął miejsce przy biurku, na nieco niewygodnym krześle, i oparł na nim łokcie, wsuwając dłonie w swoje krótkie włosy.
zaczął już przeklinać samego siebie w myślach o to, że odprawił Liama, argumentując to chęcią samotności. teraz pragnął poczuć wokół siebie jego silne ramiona i wywietrzały zapach perfum, a także usłyszeć słowa uspokojenia szeptane do ucha.
westchnąwszy ciężko, brunet ułożył przedramiona płasko na blacie i oparł na nich policzek, nucąc pod nosem cichą melodię, którą pamiętał ze święta. całość zabawy pamiętał jak przez mgłę, wiedział, że tańczył z Liamem i puścił razem z nim lampion. w jego głowie zaświtało też wspomnienie ich intymnego momentu, więc zaczerwienił się dosyć mocno. jednakże nie umiał przypomnieć sobie żadnych szczegółów, co mocno go przerażało.
wkrótce po głębokich rozmyślaniach na temat minionych godzin, powieki chłopaka zaczęły mu ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki. jego sen
nie trwał jednak długo, ponieważ znowu wybudził się z niego gwałtownie. tym razem zdołał pohamować wrzask, ale nie łzy strachu, które spłynęły po jego zaczerwienionych policzkach.
nie rozmyślając długo nad tym, co powinien zrobić, Théo chwycił w dłonie swoje tenisówki i podszedł do drzwi, nie zakładając ich na bose stopy. stojąc na korytarzu zawołał cicho swojego zwierzaka, który zerwał się ze swojego posłania i pomknął do odpowiedniego pokoju jako pierwszy. gdy Théo już tam dotarł, John grzecznie siedział pod drzwiami, patrząc na swojego właściciela ślepkami, błyszczącymi nawet w ciemności.
zielonooki uśmiechnął się lekko, pospiesznie otarł policzki i wsunął się do pokoju. przypilnował, żeby fretka weszła razem z nim i zwinęła się na posłaniu obok Lokiego, cmokając go wcześniej w czubek mokrego noska. dopiero wówczas odważył się unieść wzrok.
pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł było zatroskanie, widoczne w sarnich oczach Liama. gdy dostrzegł w jakim stanie znajduje się młodszy, odłożył na bok czytaną książkę i rozłożył ramiona. bez zadawania zbędnych pytań, przyciągnął go do uścisku i pogładził po plecach. kilka sekund później, miękkie wargi odnalazły rozpaloną skórę, na czole Théo, i tam już zostały.
– mam do ciebie pytanie – powiedział Payne po dłuższym czasie milczenia, spędzonym na kołysaniu bruneta w swoich ramionach. – masz może ochotę na herbatę? – szepnął i zaraz odwzajemnił szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy podopiecznego. – załóż buty i idziemy – poklepał go lekko po udzie i wysunął się z objęć, by nasunąć swoje tenisówki.
Théo poszedł za jego przykładem i chwycił wyciągniętą dłoń, by następnie ruszyć przez korytarz, pogrążony w mroku. po bezproblemowym odnalezieniu drogi do sali jadalnej, zakradli się do kuchni i zgodnie przystąpili do przygotowania napoju. Liam zajął się wstawieniem wody i odnalezieniem opakowania z malinową herbatą, a jego chłopak przeszperał szafki, w których znalazł dwa duże
kubki.
Théo chwycił naczynie wypełnione ciepłym napojem i splótł swoje palce z tymi szatyna. nie odzywając się ani słowem, ruszył w drogę powrotną o wiele wolniejszym krokiem, by przypadkiem nie polać się wrzątkiem. gdy dotarł do sypialni starszego, bez uronienia ani kropli, uśmiechnął się do siebie delikatnie i wsunął do pomieszczenia. usłyszał, jak brązowooki podąża za nim i zamyka drzwi z cichym kliknięciem.
nie mając ochoty na powrót do łóżka, zielonooki usadowił się na podłodze przy oknie sięgającym do samej podłogi. chwilę później na jego kolanach wylądował ciepły koc, na widok którego otworzył oczy ze zdziwieniem i zadarł głowę, żeby spojrzeć na swojego opiekuna. ten tylko wzruszył ramionami i usiadł obok niego, wsuwając nogi pod miękki pled.
wciąż nie rozmawiając o wydarzeniach z minionych godzin, mężczyźni zajęli się piciem swoich herbat. wokół rozlegały się dźwięki, które akompaniowały kroplom deszczu, uderzającym o okno.
– chyba potrzebuję o tym komuś opowiedzieć – nagle odezwał się zduszony głos Théo, który spojrzał na opiekuna załzawionymi oczami. – nie mogę tak. nie mogę przez to spać, bo się boję – szeptał gorączkowo, ledwie utrzymując kubek w swoich drżących dłoniach. – pewnie to nie pomoże jakoś wybitnie, ale po prostu… potrzebne mi to – po tych słowach zamilkł, wpatrując się w Liama błagalnie.
– mów, maluchu, nie będę ci przerywał – odparł tylko szatyn, obejmując go ciaśniej ramieniem i obdarowując krótkim pocałunkiem w policzek.
zielonooki pociągnął cicho nosem i odstawił na bok naczynie. głowę ułożył wygodniej na klatce piersiowej mężczyzny i opuścił powieki. wsłuchując się w regularne bicie serca, odetchnął głęboko i podjął wątek.
– na początku była ta wizja. po tym, jak upadłem na kolana i tak okropnie rozbolała mnie głowa – zaczął, bawiąc się swoimi zimnymi palcami. – na moment ten ból przeszedł, ale zaraz wrócił. znaczy, nie sam, bo razem z nim przyszły te wszystkie obrazy – przełknął głośno ślinę i mocniej wczepił się w tors szatyna, poszukując w tym poczucia bezpieczeństwa. – i nie były zbyt przyjemne. widziałem
demony, gromadzące się przy granicach i… to, jak mordują pure–blood – szepnął, drżąc
na całym ciele ze strachu.
Payne bez słowa złapał go za biodra i przyciągnął na swoje uda. po zamknięciu go w uścisku, przycisnął wargi do jego ucha i wyszeptał kilka uspokajających słów, nie przerywając gładzenia go po plecach. minęło kilka minut, zanim Théo uspokoił się na tyle, żeby kontynuować przerwany wywód.
– z–zabijały tych, którzy nie b–byli niczego świadomi i całkiem bezbronni. t–tych,
którzy nie byli w Violet Hill i nawet nie wiedzieli kim są – powiedział na początku, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – potem był kolejny obraz. błonia zasłane trupami. większość z ludzi, którzy tam byli, znałem – po tych słowach brunet wybuchnął niekontrolowanym płaczem, czując, jak całe napięcie uchodzi z jego ciała.
– ćśśśśśś, to wcale nie musi się spełnić – zauważył Liam, powracając do kołysania go w swoich ramionach. – prawda? jeśli przygotujemy się odpowiednio, to damy radę odeprzeć każdy atak – zauważył z pewnością siebie słyszalną w przyciszonym głosie. – Théo? widziałeś potem coś jeszcze – bardziej stwierdził niż zapytał.
chłopak pokiwał głową i oparł głowę na jego ramieniu. zanim zdążył się zastanowić nad tym, co powiedzieć, słowa same wypłynęły z jego ust. opowiedział o mężczyźnie, którego zobaczył w momencie, kiedy nad błoniami zerwała się burza.
opisał go w każdym najdrobniejszym szczególe, jaki zdołał zapamiętać, mimo szoku i przerażenia.
– czy możemy iść już spać? – zapytał nieśmiało zielonooki, kiedy już skończył mówić. – jestem zmęczony – uznał, przecierając pięścią powiekę, która ciążyła mu już od dłuższego czasu.
Payne pokiwał głową w ramach odpowiedzi i obaj podnieśli się z zimnej podłogi. naczynia ustawili na stoliku nocnym, a jeden z nich rzucił koc w nogi łóżka, do którego potem się wsunęli. brunet ułożył się tyłem do swojego opiekuna, a ten objął go w pasie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. w krótkim czasie obaj odpłynęli w sen, który był na tyle twardy, że pozwolił im zaznać spokoju przez kilka godzin.
środa, 24 października 2018
54
brunet westchnął głośno w usta starszego i uniósł w górę kąciki swoich, ponownie atakowanych przyjemnymi pocałunkami. wiedziony przeczuciami, wsunął palce w miękkie włosy Liama i tam lekko zacisnął, mocniej przyciągając do siebie. w odpowiedzi na uścisk dłoni na swoich biodrach, mruknął cicho i rozchylił wargi.
jego umysł przejaśnił się nieco w czasie pobytu na plaży, jednak został z powrotem przytłumiony. nie tylko przez pieszczoty, którymi bywał obdarowywany, ale także smugi dymu. ogniska, zostawione bez nadzoru na kilkanaście minut, wystrzeliły swoimi płomieniami jeszcze wyżej i spaliły polane.
– chyba powinniśmy wracać – wydyszał Payne, opierając się czołem o czoło młodszego i wysunął dłonie spod jego pomiętej koszulki. – co, głodomorku? wracamy? – powtórzył, przesuwając zimnymi palcami po rozpalonym policzku Théo.
Théo wzruszył ramionami i odepchnął się o drzewa. jego spojrzenie natychmiast pomknęło w dół, a dłonie pospiesznie poprawiły ubranie. twarz pokryła się głębszym odcieniem czerwieni, a w zielonych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki. owa radość znalazła ujście w cichym, melodyjnym śmiechu, wypływającym z pomiędzy malinowych warg.
po spleceniu palców swoich i opiekuna, Monod odchrząknął znacząco i zmierzwił dłonią swoją grzywkę. nie poprawiło to jej wyglądu, a nawet znacznie go pogorszyło. uśmiechając się głupio pod nosem, ruszył w kierunku skraju drzew i z niewinną miną wyszedł na polanę.
– oooooch! – wykrzyknął z zachwytem chłopak, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości. – zatańczymy? zatańczymy, Li? proszę! – pisnął podekscytowany, mocniej ściskając jego dłoń. – proszę, obiecuję, że to będzie już ostatni – jęknął błagalnie, wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
nie mając wyboru, szatyn wywrócił oczami i pociągnął młodszego chłopaka w kierunku majowego słupa. ustawił go w odpowiednim miejscu, ucałował w czoło i podał czerwoną wstążkę, którą ten ścisnął. odsunąwszy się o kilka kroków, posłał mu szeroki uśmiech i skrzyżował ramiona na piersi, obserwując zabawę z pewnej odległości.
zielonooki uśmiechnął się szeroko i pomachał do niego wolną ręką, a potem mocniej ścisnął wstążkę, postrzępioną na końcu. kiedy rozległ się początek melodii, rozejrzał się dookoła, by zobaczyć co robią inni, a potem podążył za ich przykładem. co kilka chwil, z jego ust ulatywał cichy chichot lub głośny śmiech. jednak ten drugi był o wiele częstszy.
pląsając dookoła maypole, brunet oddychał głęboko, nieświadomie wciągając do płuc kolejne dawki odurzającego dymu. jego tęczówki na powrót stały się zamglone, a uśmiech bardziej rozleniwiony. do wcześniejszych, nasilonych, objawów dołączył ból głowy, który wywołał niezadowolony pomruk.
brunet zmarszczył brwi i potarł wolną dłonią nasadę nosa, wyczuwając nieprzyjemne swędzenie w tym właśnie miejscu. jego podcięta grzywka opadła na czoło i przylepiła się do kropelek potu, które właśnie na nie wstąpiły. wzrastająca temperatura ciała, zmusiła chłopaka do zsunięcia z ramion czarnej marynarki, którą potem rzucił niedbale na trawę. na to, że jego opiekun pochylił się i zmiął ją w swoich palcach, nie zwrócił już uwagi.
zatracony w dobrej zabawie Théo nawet nie zauważył, kiedy jego drobne ramiona zaczęły drżeć, a obraz rozmazywać się przed oczami. spostrzegł to dopiero w chwili, kiedy potknął się o wystającą kępkę trawy i opadł na kolana. dookoła rozległy się niezadowolone okrzyki, więc Théo podniósł się szybko i odszedł kilka kroków, by potem wpaść w ramiona swojego chłopaka.
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogromny ból eksplodował w jego czaszce, a przeraźliwy wrzask opuścił malinowe wargi. przyciskając pięści do swojej skroni, Théo osunął się na kolana i zacisnął powieki. jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, przez co mógł łapać tylko płytkie oddechy.
zebrany na błoniach tłum zaszemrał cicho, zbijając się w ciasny okrąg wokół przerażonego Théo. nie zauważył on jednak niezdrowego poruszenia, jakie zapanowało pośród uczniów, opiekunów czy nauczycieli. pod jego powiekami przesuwały się niekontrolowane rozbłyski światła, powodujące co raz większe cierpienie.
w jednym momencie, ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. brunet otworzył szeroko usta i wciągnął do płuc dużą dawkę powietrza. krople potu powoli skapywały z jego bladego czoła, kiedy pochylił się nad ziemią i wsunął palce w kępki trawy.
– n–nic mi… – zaczął Théo, usiłując podnieść się o własnych siłach, jednak z powrotem osunął się na kolana, zaciskając wargi z powodu kolejnej fali bólu.
kiedy nadeszła, nie była takim zaskoczeniem, jak wcześniejsza. jednak szokiem okazało się to, co przyszło razem z nią. obrazy, przesuwające się przed szeroko otwartymi oczami Théo, które straciły swój intensywny kolor na rzecz wyblakłego odcienia zieleni.
zastępy demonów, gromadzące się przy granicach Violet Hill. wysłannicy mroku mordujących kolejnych pure–blood z zimną krwią. błonia dookoła zamku zasłane trupami osób, które twarze wydawały mu się znajome. przeraźliwe wrzaski cierpienia, które na ułamek sekundy zadudniły w uszach zielonookiego.
– Théo? Théo, co się dzieje? – głos Liama, wypełniony szczerym przerażeniem wyrwał młodszego z transu i pozwolił mu się otrząsnąć z wizji. – błagam, możesz na mnie spojrzeć? możesz powiedzieć, że już wszystko w porządku? – mówił dalej szatyn, a jego ton stawał się co raz bardziej błagalny z każdą chwilą.
– myślę, że tak – wydyszał brunet i odchrząknął cicho, pocierając zmarznięte ramiona swoimi skostniałymi dłońmi. – odprowadzisz mnie do zamku? – poprosił, rzucając szybkie spojrzenie wszystkim zgromadzonym.
w tłumie dostrzegł kilka gestów, wyrażających zmartwienie i troskę o niego. wśród nich było niebieskie spojrzenie Nialla, drżące dłonie Tima, twarz Zayna wykrzywiona przez lekki grymas, a nawet zmarszczone brwi Louisa. na widok ludzi, będących dla niego najbliższymi w całym Violet Hill, w sercu Théo rozlało się przyjemne ciepło.
jego umysł przejaśnił się nieco w czasie pobytu na plaży, jednak został z powrotem przytłumiony. nie tylko przez pieszczoty, którymi bywał obdarowywany, ale także smugi dymu. ogniska, zostawione bez nadzoru na kilkanaście minut, wystrzeliły swoimi płomieniami jeszcze wyżej i spaliły polane.
– chyba powinniśmy wracać – wydyszał Payne, opierając się czołem o czoło młodszego i wysunął dłonie spod jego pomiętej koszulki. – co, głodomorku? wracamy? – powtórzył, przesuwając zimnymi palcami po rozpalonym policzku Théo.
Théo wzruszył ramionami i odepchnął się o drzewa. jego spojrzenie natychmiast pomknęło w dół, a dłonie pospiesznie poprawiły ubranie. twarz pokryła się głębszym odcieniem czerwieni, a w zielonych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki. owa radość znalazła ujście w cichym, melodyjnym śmiechu, wypływającym z pomiędzy malinowych warg.
po spleceniu palców swoich i opiekuna, Monod odchrząknął znacząco i zmierzwił dłonią swoją grzywkę. nie poprawiło to jej wyglądu, a nawet znacznie go pogorszyło. uśmiechając się głupio pod nosem, ruszył w kierunku skraju drzew i z niewinną miną wyszedł na polanę.
– oooooch! – wykrzyknął z zachwytem chłopak, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości. – zatańczymy? zatańczymy, Li? proszę! – pisnął podekscytowany, mocniej ściskając jego dłoń. – proszę, obiecuję, że to będzie już ostatni – jęknął błagalnie, wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
nie mając wyboru, szatyn wywrócił oczami i pociągnął młodszego chłopaka w kierunku majowego słupa. ustawił go w odpowiednim miejscu, ucałował w czoło i podał czerwoną wstążkę, którą ten ścisnął. odsunąwszy się o kilka kroków, posłał mu szeroki uśmiech i skrzyżował ramiona na piersi, obserwując zabawę z pewnej odległości.
zielonooki uśmiechnął się szeroko i pomachał do niego wolną ręką, a potem mocniej ścisnął wstążkę, postrzępioną na końcu. kiedy rozległ się początek melodii, rozejrzał się dookoła, by zobaczyć co robią inni, a potem podążył za ich przykładem. co kilka chwil, z jego ust ulatywał cichy chichot lub głośny śmiech. jednak ten drugi był o wiele częstszy.
pląsając dookoła maypole, brunet oddychał głęboko, nieświadomie wciągając do płuc kolejne dawki odurzającego dymu. jego tęczówki na powrót stały się zamglone, a uśmiech bardziej rozleniwiony. do wcześniejszych, nasilonych, objawów dołączył ból głowy, który wywołał niezadowolony pomruk.
brunet zmarszczył brwi i potarł wolną dłonią nasadę nosa, wyczuwając nieprzyjemne swędzenie w tym właśnie miejscu. jego podcięta grzywka opadła na czoło i przylepiła się do kropelek potu, które właśnie na nie wstąpiły. wzrastająca temperatura ciała, zmusiła chłopaka do zsunięcia z ramion czarnej marynarki, którą potem rzucił niedbale na trawę. na to, że jego opiekun pochylił się i zmiął ją w swoich palcach, nie zwrócił już uwagi.
zatracony w dobrej zabawie Théo nawet nie zauważył, kiedy jego drobne ramiona zaczęły drżeć, a obraz rozmazywać się przed oczami. spostrzegł to dopiero w chwili, kiedy potknął się o wystającą kępkę trawy i opadł na kolana. dookoła rozległy się niezadowolone okrzyki, więc Théo podniósł się szybko i odszedł kilka kroków, by potem wpaść w ramiona swojego chłopaka.
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogromny ból eksplodował w jego czaszce, a przeraźliwy wrzask opuścił malinowe wargi. przyciskając pięści do swojej skroni, Théo osunął się na kolana i zacisnął powieki. jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, przez co mógł łapać tylko płytkie oddechy.
zebrany na błoniach tłum zaszemrał cicho, zbijając się w ciasny okrąg wokół przerażonego Théo. nie zauważył on jednak niezdrowego poruszenia, jakie zapanowało pośród uczniów, opiekunów czy nauczycieli. pod jego powiekami przesuwały się niekontrolowane rozbłyski światła, powodujące co raz większe cierpienie.
w jednym momencie, ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. brunet otworzył szeroko usta i wciągnął do płuc dużą dawkę powietrza. krople potu powoli skapywały z jego bladego czoła, kiedy pochylił się nad ziemią i wsunął palce w kępki trawy.
– n–nic mi… – zaczął Théo, usiłując podnieść się o własnych siłach, jednak z powrotem osunął się na kolana, zaciskając wargi z powodu kolejnej fali bólu.
kiedy nadeszła, nie była takim zaskoczeniem, jak wcześniejsza. jednak szokiem okazało się to, co przyszło razem z nią. obrazy, przesuwające się przed szeroko otwartymi oczami Théo, które straciły swój intensywny kolor na rzecz wyblakłego odcienia zieleni.
zastępy demonów, gromadzące się przy granicach Violet Hill. wysłannicy mroku mordujących kolejnych pure–blood z zimną krwią. błonia dookoła zamku zasłane trupami osób, które twarze wydawały mu się znajome. przeraźliwe wrzaski cierpienia, które na ułamek sekundy zadudniły w uszach zielonookiego.
– Théo? Théo, co się dzieje? – głos Liama, wypełniony szczerym przerażeniem wyrwał młodszego z transu i pozwolił mu się otrząsnąć z wizji. – błagam, możesz na mnie spojrzeć? możesz powiedzieć, że już wszystko w porządku? – mówił dalej szatyn, a jego ton stawał się co raz bardziej błagalny z każdą chwilą.
– myślę, że tak – wydyszał brunet i odchrząknął cicho, pocierając zmarznięte ramiona swoimi skostniałymi dłońmi. – odprowadzisz mnie do zamku? – poprosił, rzucając szybkie spojrzenie wszystkim zgromadzonym.
w tłumie dostrzegł kilka gestów, wyrażających zmartwienie i troskę o niego. wśród nich było niebieskie spojrzenie Nialla, drżące dłonie Tima, twarz Zayna wykrzywiona przez lekki grymas, a nawet zmarszczone brwi Louisa. na widok ludzi, będących dla niego najbliższymi w całym Violet Hill, w sercu Théo rozlało się przyjemne ciepło.
zielonooki przełknął głośno ślinę i mocno chwycił wyciągniętą dłoń swojego chłopaka, który natychmiast przygarnął go do silnego uścisku. rozluźniwszy się w jego ciepłych ramionach, czemu towarzyszyło poczucie bezpieczeństwa, przymknął oczy i zdobył się na delikatny uśmiech.
nieoczekiwanie granatowy firmament, nie przysłonięty przez żadną chmurę, przecięła jasna błyskawica. ułamek sekundy później przez błonia potoczył się towarzyszący jej grom. ulewa, jaka zerwała się po nim, w mgnieniu oka przepłoszyła do zamku wszystkich. stoły zostały sprawnie wniesione do środka, podobnie jak piętrzące się na nich butelki i kubki. ogniska ugaszono, a żarzące się węgle zostały zduszone przez krople deszczu.
jedynymi osobami, które nie uległy ogólnemu zamieszaniu byli Théo i Liam, stojący nieustannie w tym samym miejscu. drugi z nich, obejmował młodszego w opiekuńczym geście, szepcząc do jego ucha uspokajające słowa. nie miał jednak pojęcia, że żadne z nich nie dotarło do jego umysłu.
Théo wziął głęboki oddech i postąpił o krok do tyłu, kręcąc powoli głową.
jego drobne ciało wypełniało niedowierzanie na widok tego, co miał przed sobą. kilka metrów od niego, stał rosły mężczyzna. jego głowa była stosunkowo mała, w odniesieniu do reszty ciała, które wydawało się być nieco wydłużone. w jednej z dłoni trzymał paterę. drugą zaś zaciskał na przedmiocie, zbliżonym wyglądem do rogu obfitości, pojawiającego się w mitach greckich. kiedy spojrzenia Théo i owego mężczyzny spotkały się ze sobą, ten skinął mu głową i rozpłynął się.
– w–widziałeś to? – wyszeptał zielonooki, zaciskając palce na przemoczonej koszulce swojego opiekuna. – Liam, powiedz mi proszę, że to widziałeś! – jęknął, napotykając na nierozumiejące spojrzenie sarnich tęczówek.
– Théo, ale co miałem widzieć? – zapytał Liam, odsuwając z rozpalonego czoła wilgotną grzywkę.
brunet zacisnął wargi w wąską kreskę i odwrócił wzrok, czując przyspieszone bicie serca w swojej klatce piersiowej. coś zdecydowanie było nie tak.
sobota, 20 października 2018
53
przejechał palcami po swoich coraz dłuższych włosach i spojrzał na swojego chłopaka. nie podobało mu się jego zachowanie. jego zielone oczy były dziwnie zamglone, a z twarzy nie schodził głupkowaty uśmieszek. jasne policzki były nienaturalnie zarumienione. a najgorsze, że nie wiedział dlaczego. bo był przy chłopaku cały czas i ani razu nie widział, by brał do ust alkohol.
spojrzał na swój zegarek, a potem na bruneta, który wirował z Timem podczas kolejnego tańca. mimo iż był zmęczony, to za każdym razem dawał porwać się muzyce i to też mu się nie podobało. o świcie Théo, będzie tak wykończony, że będzie musiał go zanieść do pokoju.
dopił swój napój i rzucił plastikowy kubek, w jedno z małych ognisk.
przecisnął się między ludźmi i położył dłoń na ramieniu Théo. ten spojrzał na niego z zamglonymi oczyma, grzywką klejącą się do czoła i szerokim uśmiechem na twarzy.
– chodź. pójdziemy na plażę – zaproponował mu, nachylając się do jego ucha.
– ale tu jest zabawa – odpowiedział Théo.
– tak wiem, ale zostało piętnaście minut do północy – wytłumaczył. – potem może zrobić się tłoczno, a chcę byś puścił swój lampion.
– ah. chyba że tak – odparł brunet i uwiesił się na jego ramieniu. – chodźmy zatem, mój chłopaku.
Liam uśmiechnął się czule, po czym objął go ciasno swoim ramieniem.
próbował odkryć co tak mocno działa na młodego chłopaka, ale nie miał kompletnie bladego pojęcia. być może dlatego, że po raz pierwszy miał do czynienia z kimś tak potężnym. no bo nie ukrywajmy. Théo posiadał wielką moc i wyjątkową wrażliwość na naturę.
powoli okrążali zamek. w połowie drogi Théo zażądał postoju, by zebrać kwiaty, które rozkwitły pod jego stopami. zerwał więc sporych rozmiarów bukiet i ponownie ruszyli w stronę plaży. Théo schował nos w przyjemnie pachnących kwiatach, a szatyn znów objął go w pasie.
będąc na granicy plaży, odebrali lampion w kształcie otwartego kwiatku ( Liam pozwolił wybrać kolor swojemu chłopakowi i padło na niebieski ) oraz świeczkę i zapałki. zeszli na piasek, zdjęli buty i udali się blisko linii brzegowej gdzie rozsiedli się na piasku.
Liam ułożył lampion przy swoim boku, umieszczając w jego środku świeczkę.
podwinął nogawki swoich dżinsowych spodni, a ciepła, morska woda obmywała ich stopy. od lądu wiała bryza, a gdy spojrzał na bruneta, ten robił wianek z zerwanych kwiatów.
miał nadzieję, że trochę świeżego, morskiego powietrza oczyści jego umysł. tak więc przyglądał się uważnie ciemnym oczom, z których bardzo powoli znikała niezdrowa mgła, tak bardzo niepokojąca jego serce.
– dla ciebie – odezwał się z uśmiechem na pełnych ustach Théo, nakładając na kasztanowe włosy wianek z młodych czerwonych gerberów. kąciki ust Liama drgnęły lekko w górę, a młodszy chłopak wrócił do robienia kolejnego wianka, tym razem dla siebie. przyglądał mu się dopóki kątem oka nie dostrzegł ludzi schodzących się na plażę. zerknął więc na zegarek, który wskazywał iż do północy
została minuta.
– chodź – odezwał się, podnosząc z piasku. chwycił dłonie bruneta, ciągnąc go do góry. wziął z pisaku naszykowany lampion, który mu podał. weszli w głąb morza, póki woda nie sięgała im do połowy łydek. dopiero wtedy Liam odpali małą świeczkę. schował zapałki do kieszeni, przyglądając się jak Théo kładzie na wodzie lampion i lekko go odpycha. ich niebieski kwiatek popłynął, a w ślad za nim inne barwne lampiony–kwiaty. szatyn odnalazł dłoń swojego chłopaka i splótł razem ich
palce. przyglądali się falującym na wodzie migoczącym światłą, po czym powoli wyszli z wody na brzeg, ustępując miejsca innym.
wzięli swoje buty i skierowali się w z powrotem na błonia. szli skrajem lasu, a wesoły trzask ognia docierał do nich coraz bardziej. Payne spojrzał na swojego chłopaka kątem oka, lustrując uważnie jego profil. kącik warg drgnął mu ku górze i w jednej chwili postanowił być spontaniczny.
objął bruneta w pasie. ten krzyknął krótko, po czym zaśmiał się głośno, gdy popchnął go między pobliskie drzewa. przyparł go do jednego z nich i zachłannie wpił się w malinowe wargi. jego dłonie wśliznęły się pod koszulkę młodszego chłopaka, a wianek na głowie lekko się przekrzywił.
przejechał dłonią po jego żebrach oraz talii i zjechał na udo, na którym
zacisnął dłoń. przylgnął do drobniejszego ciała, a spomiędzy ust Théo uleciało ciche westchnięcie. przeniósł się więc na jego szyję, gdzie zostawiał mokre ślady. zagryzł skórę nad obojczykiem i zaczął ssać oraz lizać, dopóki nie powstał na niej brudny ślad.
polizał go, po czym podniósł wzrok w zamglone tęczówki chłopaka. złożył kolejny pocałunek na jego słodkich wargach i przejechał nosem po policzku.
– teraz każdy zobaczy, że do mnie należysz – szepnął mu na ucho, dłonią przebiegając po jego torsie.
spojrzał na swój zegarek, a potem na bruneta, który wirował z Timem podczas kolejnego tańca. mimo iż był zmęczony, to za każdym razem dawał porwać się muzyce i to też mu się nie podobało. o świcie Théo, będzie tak wykończony, że będzie musiał go zanieść do pokoju.
dopił swój napój i rzucił plastikowy kubek, w jedno z małych ognisk.
przecisnął się między ludźmi i położył dłoń na ramieniu Théo. ten spojrzał na niego z zamglonymi oczyma, grzywką klejącą się do czoła i szerokim uśmiechem na twarzy.
– chodź. pójdziemy na plażę – zaproponował mu, nachylając się do jego ucha.
– ale tu jest zabawa – odpowiedział Théo.
– tak wiem, ale zostało piętnaście minut do północy – wytłumaczył. – potem może zrobić się tłoczno, a chcę byś puścił swój lampion.
– ah. chyba że tak – odparł brunet i uwiesił się na jego ramieniu. – chodźmy zatem, mój chłopaku.
Liam uśmiechnął się czule, po czym objął go ciasno swoim ramieniem.
próbował odkryć co tak mocno działa na młodego chłopaka, ale nie miał kompletnie bladego pojęcia. być może dlatego, że po raz pierwszy miał do czynienia z kimś tak potężnym. no bo nie ukrywajmy. Théo posiadał wielką moc i wyjątkową wrażliwość na naturę.
powoli okrążali zamek. w połowie drogi Théo zażądał postoju, by zebrać kwiaty, które rozkwitły pod jego stopami. zerwał więc sporych rozmiarów bukiet i ponownie ruszyli w stronę plaży. Théo schował nos w przyjemnie pachnących kwiatach, a szatyn znów objął go w pasie.
będąc na granicy plaży, odebrali lampion w kształcie otwartego kwiatku ( Liam pozwolił wybrać kolor swojemu chłopakowi i padło na niebieski ) oraz świeczkę i zapałki. zeszli na piasek, zdjęli buty i udali się blisko linii brzegowej gdzie rozsiedli się na piasku.
Liam ułożył lampion przy swoim boku, umieszczając w jego środku świeczkę.
podwinął nogawki swoich dżinsowych spodni, a ciepła, morska woda obmywała ich stopy. od lądu wiała bryza, a gdy spojrzał na bruneta, ten robił wianek z zerwanych kwiatów.
miał nadzieję, że trochę świeżego, morskiego powietrza oczyści jego umysł. tak więc przyglądał się uważnie ciemnym oczom, z których bardzo powoli znikała niezdrowa mgła, tak bardzo niepokojąca jego serce.
– dla ciebie – odezwał się z uśmiechem na pełnych ustach Théo, nakładając na kasztanowe włosy wianek z młodych czerwonych gerberów. kąciki ust Liama drgnęły lekko w górę, a młodszy chłopak wrócił do robienia kolejnego wianka, tym razem dla siebie. przyglądał mu się dopóki kątem oka nie dostrzegł ludzi schodzących się na plażę. zerknął więc na zegarek, który wskazywał iż do północy
została minuta.
– chodź – odezwał się, podnosząc z piasku. chwycił dłonie bruneta, ciągnąc go do góry. wziął z pisaku naszykowany lampion, który mu podał. weszli w głąb morza, póki woda nie sięgała im do połowy łydek. dopiero wtedy Liam odpali małą świeczkę. schował zapałki do kieszeni, przyglądając się jak Théo kładzie na wodzie lampion i lekko go odpycha. ich niebieski kwiatek popłynął, a w ślad za nim inne barwne lampiony–kwiaty. szatyn odnalazł dłoń swojego chłopaka i splótł razem ich
palce. przyglądali się falującym na wodzie migoczącym światłą, po czym powoli wyszli z wody na brzeg, ustępując miejsca innym.
wzięli swoje buty i skierowali się w z powrotem na błonia. szli skrajem lasu, a wesoły trzask ognia docierał do nich coraz bardziej. Payne spojrzał na swojego chłopaka kątem oka, lustrując uważnie jego profil. kącik warg drgnął mu ku górze i w jednej chwili postanowił być spontaniczny.
objął bruneta w pasie. ten krzyknął krótko, po czym zaśmiał się głośno, gdy popchnął go między pobliskie drzewa. przyparł go do jednego z nich i zachłannie wpił się w malinowe wargi. jego dłonie wśliznęły się pod koszulkę młodszego chłopaka, a wianek na głowie lekko się przekrzywił.
przejechał dłonią po jego żebrach oraz talii i zjechał na udo, na którym
zacisnął dłoń. przylgnął do drobniejszego ciała, a spomiędzy ust Théo uleciało ciche westchnięcie. przeniósł się więc na jego szyję, gdzie zostawiał mokre ślady. zagryzł skórę nad obojczykiem i zaczął ssać oraz lizać, dopóki nie powstał na niej brudny ślad.
polizał go, po czym podniósł wzrok w zamglone tęczówki chłopaka. złożył kolejny pocałunek na jego słodkich wargach i przejechał nosem po policzku.
– teraz każdy zobaczy, że do mnie należysz – szepnął mu na ucho, dłonią przebiegając po jego torsie.
czwartek, 18 października 2018
52
brunet pokręcił głową i opadł bez sił na trawę, uśmiechając się szeroko. przez ostatnie godziny Liam nie dawał mu spokoju, bezustannie prosząc o kolejne tańce czy towarzystwo przy innych zabawach. to wszystko, tak go wykończyło, że nie miał ochoty ruszyć choćby małym palcem u stopy.
zamknąwszy oczy, chłopak westchnął cicho i wsłuchał się w otaczające go dźwięki. gdzieś na prawo od niego rozbrzmiewały radosne tony muzyki, mieszające się z licznymi śmiechami. natomiast od drugiej strony, chłopaka dobiegały odgłosy szklanek stukających o siebie oraz podnieconych, głośnych rozmów.
– hej, głodomorku, wstawaj! – usłyszał nad sobą znajomy głos, więc niechętnie uchylił jedną powiekę i spojrzał na swojego chłopaka. – chodź, jeszcze tylko jeden taniec – poprosił szatyn z uśmiechem, który był prawdopodobnie jednym z najbardziej uroczych uśmiechów tego wieczoru.
– dobra, ale ostatni – zachichotał, ujmując dłoń wyciągniętą w jego kierunku. – najostatniejszy, Liamie Jamesie Payne – zaznaczył, grożąc mu palcem wskazującym.
– wykończysz mnie dzisiaj – dodał jeszcze, zanim został pociągnięty w kierunku tłumu.
nie mając żadnej możliwości ucieczki, Théo położył dłonie na ramionach swojego opiekuna i pozwolił mu się poprowadzić. do tańca miał dwie lewe nogi, ale nie potrafił odmówić tym błyszczącym, sarnim tęczówkom, które posyłały mu błagalne spojrzenia. kilka minut później, kiedy skoczna melodia skończyła się, pocałował zarumieniony policzek starszego chłopaka i odsunął się od niego.
już chciał wrócić na swoje wygodne miejsce na zieleniącej się trawie, ale zatrzymał go uścisk na nadgarstku. przeczuwając co się szykuje, westchnął głośno i z powrotem stanął na przeciwko Liama. w odpowiedzi otrzymał szeroki uśmiech, a następnie cichy szept.
– masz ochotę na spacer? – zapytał brązowooki, otulając ciepłym oddechem szyję Théo. – świetnie, to chodźmy – zachichotał i sprawnie przecisnął się przez tłum, ani na moment nie wypuszczając dłoni młodszego z silnego uścisku.
ciesząc się cudownym towarzystwem, Théo splótł palce swoje i Liama, pozwalając mu poprowadzić się po ścieżce na skraju lasu. jego zmysły były powoli przytłumiane przez dym, kierowany przez wiatr właśnie w tamtą stronę. na pełne usta wkradł się szeroki uśmiech, a w zamglonych oczach zatańczyły radosne iskierki.
nie do końca panując nad swoimi odruchami, Théo zaśmiał się złowieszczo i przewrócił na trawę, ciągnąc za sobą opiekuna.
– co ty wyrabiasz? – Payne spojrzał na niego z widocznym rozbawieniem i oparł łokieć na trawie, podpierając wolną dłonią swoją głowę. – a tak poważnie, przyznaj mi się, co wypiłeś i jak dużo – mruknął z troską, odsuwając z jego czoła mokrą grzywkę.
– nic, a nic – odparł tamten i zacisnął drobne palce na koszulce starszego, a potem przyciągnął go do pocałunku. – nie wierzysz mi? – brunet robił smutną minę, ale zaraz roześmiał się i opadł z powrotem na ziemię.
– ani trochę, zbieraj się z tej trawy – poprosił szatyn, podnosząc się sprawnie i ciągnąc zielonookiego w górę. – nie nabiorę się na to, że nie żyjesz – wywrócił oczami, kiedy nie otrzymał reakcji na swoje poprzednie słowa.
jęcząc z niezadowoleniem, Théo stanął na nogach i otrzepał spodnie z grudek ziemi. udając zupełne niewiniątko, chwycił dłoń starszego, drepcząc za nim w kierunku palących się ognisk. każde z nich trzaskało wesoło, wznosząc swoje płomienie wyżej i wyżej, co wyraźnie zachwyciło Monoda.
– chodź, dam ci wody – zaproponował Liam, obejmując go w pasie i ciągnąć w stronę przeciwną do palenisk. – przypomnij mi, na jak długo spuściłem cię z oka? na pięć minut? dziesięć?
Théo lekceważąco machnął ręką na jego słowa i wyplątał się z uścisku. słuchając swojego opiekuna przez chwilę, usiadł na trawie pod wysokim drzewem, a potem oparł się o nie plecami. jego zielone tęczówki zaczęły zachodzić mgłą, im dłużej siedział w otoczeniu wonnego dymu. resztkami świadomości zdołał zaobserwować, że jako jedyny reaguje na to wszystko tak intensywnie, jednak szybko wyrzucił te myśli ze swojej głowy.
zamknąwszy oczy, chłopak westchnął cicho i wsłuchał się w otaczające go dźwięki. gdzieś na prawo od niego rozbrzmiewały radosne tony muzyki, mieszające się z licznymi śmiechami. natomiast od drugiej strony, chłopaka dobiegały odgłosy szklanek stukających o siebie oraz podnieconych, głośnych rozmów.
– hej, głodomorku, wstawaj! – usłyszał nad sobą znajomy głos, więc niechętnie uchylił jedną powiekę i spojrzał na swojego chłopaka. – chodź, jeszcze tylko jeden taniec – poprosił szatyn z uśmiechem, który był prawdopodobnie jednym z najbardziej uroczych uśmiechów tego wieczoru.
– dobra, ale ostatni – zachichotał, ujmując dłoń wyciągniętą w jego kierunku. – najostatniejszy, Liamie Jamesie Payne – zaznaczył, grożąc mu palcem wskazującym.
– wykończysz mnie dzisiaj – dodał jeszcze, zanim został pociągnięty w kierunku tłumu.
nie mając żadnej możliwości ucieczki, Théo położył dłonie na ramionach swojego opiekuna i pozwolił mu się poprowadzić. do tańca miał dwie lewe nogi, ale nie potrafił odmówić tym błyszczącym, sarnim tęczówkom, które posyłały mu błagalne spojrzenia. kilka minut później, kiedy skoczna melodia skończyła się, pocałował zarumieniony policzek starszego chłopaka i odsunął się od niego.
już chciał wrócić na swoje wygodne miejsce na zieleniącej się trawie, ale zatrzymał go uścisk na nadgarstku. przeczuwając co się szykuje, westchnął głośno i z powrotem stanął na przeciwko Liama. w odpowiedzi otrzymał szeroki uśmiech, a następnie cichy szept.
– masz ochotę na spacer? – zapytał brązowooki, otulając ciepłym oddechem szyję Théo. – świetnie, to chodźmy – zachichotał i sprawnie przecisnął się przez tłum, ani na moment nie wypuszczając dłoni młodszego z silnego uścisku.
ciesząc się cudownym towarzystwem, Théo splótł palce swoje i Liama, pozwalając mu poprowadzić się po ścieżce na skraju lasu. jego zmysły były powoli przytłumiane przez dym, kierowany przez wiatr właśnie w tamtą stronę. na pełne usta wkradł się szeroki uśmiech, a w zamglonych oczach zatańczyły radosne iskierki.
nie do końca panując nad swoimi odruchami, Théo zaśmiał się złowieszczo i przewrócił na trawę, ciągnąc za sobą opiekuna.
– co ty wyrabiasz? – Payne spojrzał na niego z widocznym rozbawieniem i oparł łokieć na trawie, podpierając wolną dłonią swoją głowę. – a tak poważnie, przyznaj mi się, co wypiłeś i jak dużo – mruknął z troską, odsuwając z jego czoła mokrą grzywkę.
– nic, a nic – odparł tamten i zacisnął drobne palce na koszulce starszego, a potem przyciągnął go do pocałunku. – nie wierzysz mi? – brunet robił smutną minę, ale zaraz roześmiał się i opadł z powrotem na ziemię.
– ani trochę, zbieraj się z tej trawy – poprosił szatyn, podnosząc się sprawnie i ciągnąc zielonookiego w górę. – nie nabiorę się na to, że nie żyjesz – wywrócił oczami, kiedy nie otrzymał reakcji na swoje poprzednie słowa.
jęcząc z niezadowoleniem, Théo stanął na nogach i otrzepał spodnie z grudek ziemi. udając zupełne niewiniątko, chwycił dłoń starszego, drepcząc za nim w kierunku palących się ognisk. każde z nich trzaskało wesoło, wznosząc swoje płomienie wyżej i wyżej, co wyraźnie zachwyciło Monoda.
– chodź, dam ci wody – zaproponował Liam, obejmując go w pasie i ciągnąć w stronę przeciwną do palenisk. – przypomnij mi, na jak długo spuściłem cię z oka? na pięć minut? dziesięć?
Théo lekceważąco machnął ręką na jego słowa i wyplątał się z uścisku. słuchając swojego opiekuna przez chwilę, usiadł na trawie pod wysokim drzewem, a potem oparł się o nie plecami. jego zielone tęczówki zaczęły zachodzić mgłą, im dłużej siedział w otoczeniu wonnego dymu. resztkami świadomości zdołał zaobserwować, że jako jedyny reaguje na to wszystko tak intensywnie, jednak szybko wyrzucił te myśli ze swojej głowy.
opuściwszy powieki na swoje zamglone oczy, chłopak zanucił pod nosem nieokreśloną melodię. nie przerwał jej nawet w momencie, gdy poczuł obok siebie jakiś ruch. bo chociaż jego zmysły były przytłumione, to nadal potrafił rozpoznać chód Liama.
– proszę, napij się tego, może ci przejdzie – powiedział szatyn, wsuwając w drobne dłonie kubek wypełniony po brzegi zimną wodą. – no, dalej. dla mnie? – poprosił, dotykając palcami rozgrzanych policzków bruneta.
francuz zastanowił się przez chwilę, marszcząc przy tym zgrabny nosek i przysunął krawędź kubka do swoich spierzchniętych warg. przy pierwszym łyku skrzywił się mocno i pisnął, kiedy przez jego przełyk prześlizgnęła się lodowata ciecz.
– wspominałem ci kiedyś, że cię nienawidzę? – burknął, upijając mniejsze ilości wody, żeby nie powtórzyć swojego błędu. – nie? to mówię, że cię nienawidzę – sapnął i oparł głowę na ramieniu starszego, niechętnie obracając w dłoniach kubek.
Théo uśmiechnął się delikatnie, kiedy poczuł, jak ciepłe ramię owija się wokół niego i przyciska do silnej klatki piersiowej. nie zaprotestował przed przyjemnym uściskiem. jedynie mruknął z aprobatą i wślizgnął się na uda Liama, zaciskając palce na jego koszulce. powieki powoli zaczynały mu ciążyć, ale starał się walczyć ze zmęczeniem. chciał dotrwać przynajmniej do północy i zobaczyć lampiony płynące po morskiej wodzie. liczył też, po cichu, że będzie mógł puścić takie światełko razem
ze swoim opiekunem.
– masz ochotę jeszcze zatańczyć? – zapytał niepewnie, wsłuchując się w wolną melodię, która właśnie zaczęła unosić się w powietrzu. – znaczy, o ile twoje stopy są jeszcze w stanie znieść deptanie – dodał i zaśmiał się nerwowo, pocierając dłonią kark.
– myślę, że jeszcze trochę wytrzymają – odparł Payne swobodnym tonem i zaczekał, aż chłopak wstanie z jego ud, żeby móc podnieść się samemu. – czy mogę pana prosić? – wysunął dłoń przed siebie i skłonił się lekko, a potem zachichotał, gdy poczuł, jak drobne palce Théo zaciskają się na jego własnych.
znalazłszy się pośród par, kołyszących się powoli w rytm muzyki, Théo zaczerwienił się i ułożył dłonie na ramionach Liama. kiedy poczuł, jak starszy mężczyzna chwyta jego biodra i przyciąga do siebie, zagryzł dolną wargę i spuścił wzrok na swoje stopy. policzki obu powoli pokryły się głębokimi rumieńcami, jednak nie spotkało się to z żadnym komentarzem.
– jak się bawisz? – usta szatyna otarły się o ucho zielonookiego.
– z tobą? cudownie – odpowiedział cichym głosem, zatracając się w przyjemnym zapachu jego perfum.
wtorek, 16 października 2018
51
słońce wisiało nisko nad horyzontem, kiedy Liam stał na błoniach z rękoma opartymi na biodrach i wpatrywał się w zachodzącą kulę gazu. chwilę potem pojawił się koło niego Zayn, uśmiechając promiennie od ucha do ucha. wyglądał mizernie, ale nie dziwił mu się. w końcu przeleżał dwa tygodnie w łóżku. a Nick krytycznie na niego patrzył, kiedy zapowiedział, że dziś wstaje i nie ma zamiaru odpuścić Beltene.
– no co idziemy po maypole? – zapytał z iskierkami tańczącymi w czekoladowych oczach. skinął mu głową i obaj udali się na skraj lasu, gdzie czekał już na nich nagi pień brzozy o wysokości trzynastu stóp. Liam znów przywołał swoją magię i ostrożnie uniósł go w górę. Zayn natomiast wziął przygotowany wieniec, który potem umieszczą na szczycie. z lasu wyleciały małe wróżki, które błyszczały delikatnym blaskiem, a złoty pył pozostawiał za nimi smugę. zawirowały wokół
Payne’a, ciesząc się na fakt, że dzisiejszej nocy będzie zabawa.
przenieśli słup w centralne miejsce na błoniach, ciągnąc za sobą małą grupkę wróżek. szatyn ustawił go pionowo i umieścił we wcześniej wykopanej dziurze. małe istotki, ruszyły ku niemu, trzymając w małych rączkach czerwone i białe wstążki, które przywiązały na szczycie maypole. potem odebrały od Zayna wieniec z żonkili oraz białych tulipanów i umieściły go na szczycie.
obaj mężczyźni spojrzeli w górę na szczyt, gdzie spoczęła ostatnia ozdoba, a wróżki rozpierzchły się we wszystkie strony. białe i czerwone wstążki opadały w dół słupa, dotykając ziemi i delikatnie falując na wietrze. Liam przeczesał palcami włosy i spojrzał na zachód. słońce prawie zniknęło za horyzontem.
błonia zapełniły się mieszkańcami zamku oraz miasteczka. mulat pobiegł poszukać Louisa, z którym chciał spędzić tę noc, a on zaczął rozglądać się za Théo.
dostrzegł go na szczycie schodów prowadzących do zamku. stał tam z Niallem oraz Timem i żywo o czymś dyskutowali. chciał do nich podejść, ale za nim zdążył zrobić krok, poczuł dłoń na ramieniu.
odwrócił się i jego sarnie oczy spotkały się z ciemnymi należącymi do jego wuja. mężczyzna spojrzał na niego uważnie, po czym podniósł wzrok na bruneta, by spojrzeć na niego.
– miej oko na Monoda – odezwał się w końcu Alexander i powrócił do swojego siostrzeńca. – magia tej nocy jest silna. zwłaszcza magia ziemi i ognia. miej więc chłopaka na oku.
– jasne – skinął mu lekko głową, po czym ruszył w stronę bruneta. gdy tylko znalazł się w zasięgu wzroku ich grupki szatyn pociągnął blondyna za rękaw i oboje odeszli żegnając się pospiesznie. Théo zmarszczył brwi zaskoczony tym zachowaniem, ale kiedy obok niego pojawił się szatyn, zrozumiał wszystko.
– gotowy na zabawę? – zapytał, uśmiechając się i obejmując go w tali ramieniem.
– tak – odpowiedział cicho młodszy chłopak, spuszczając wzrok na swoje stopy.
– hej. o co chodzi? – zapytał, chwytając jego podbródek i nakierowując jego spojrzenie na swoje. – od obiadu jesteś jakiś dziwny?
– nie jestem. po prostu… – zmieszał się na chwilę, po czym wznowił. – po prostu nie wiedziałem jak zareagować na to, że spiorunowałeś Nialla. to tylko mój przyjaciel. nie musisz czuć się zagrożony.
Liam uśmiechnął się lekko i przyciągnął bruneta bliżej siebie, składając całusa na jego skroni. pogładził dłonią plecy chłopaka i przebiegł palcami przez podciętą grzywkę.
– przepraszam – odparł, muskając tym razem jego policzek. – po prostu po raz pierwszy jestem tak prawdziwie zakochany.
chłopak uśmiechnął się do niego, lekko rumieniąc. szatyn zaś splótł ich dłonie razem i pociągnął go w dół schodów na błonia. gdzie dołączyli do Zayna i Louisa. objął Théo w talii przyciągając go do swojej piersi i oparł podbródek na czubku jego głowy. wpatrywali się w zachodzące słońce, dopóki ostatni promień nie rozjaśnił nieba i zgasł dając tym samym znak do rozpoczęcia zabawy.
wszyscy spojrzeli na profesor Mayfly – nauczycielkę zielarstwa, która trzymała w dłoni rozpaloną pochodnię. podeszła do jednego z wielkich ognisk z dziesięciu świętych drzew i podłożyła ogień. płomienie od razu rozprzestrzeniły się na drewno, rozpalając je i wznosząc się w górę do nieba, które powoli zaczęło przechodzić w granatowe.
rozległy się głośne oklaski oraz wiaty. muzyka zaczęła grać, a kolejne ogniska rozpalać. Liam porwał Théo do tańca, uśmiechając się do niego szeroko. miał zamiar dobrze się dziś bawić u boku tego małego chłopaka.
– no co idziemy po maypole? – zapytał z iskierkami tańczącymi w czekoladowych oczach. skinął mu głową i obaj udali się na skraj lasu, gdzie czekał już na nich nagi pień brzozy o wysokości trzynastu stóp. Liam znów przywołał swoją magię i ostrożnie uniósł go w górę. Zayn natomiast wziął przygotowany wieniec, który potem umieszczą na szczycie. z lasu wyleciały małe wróżki, które błyszczały delikatnym blaskiem, a złoty pył pozostawiał za nimi smugę. zawirowały wokół
Payne’a, ciesząc się na fakt, że dzisiejszej nocy będzie zabawa.
przenieśli słup w centralne miejsce na błoniach, ciągnąc za sobą małą grupkę wróżek. szatyn ustawił go pionowo i umieścił we wcześniej wykopanej dziurze. małe istotki, ruszyły ku niemu, trzymając w małych rączkach czerwone i białe wstążki, które przywiązały na szczycie maypole. potem odebrały od Zayna wieniec z żonkili oraz białych tulipanów i umieściły go na szczycie.
obaj mężczyźni spojrzeli w górę na szczyt, gdzie spoczęła ostatnia ozdoba, a wróżki rozpierzchły się we wszystkie strony. białe i czerwone wstążki opadały w dół słupa, dotykając ziemi i delikatnie falując na wietrze. Liam przeczesał palcami włosy i spojrzał na zachód. słońce prawie zniknęło za horyzontem.
błonia zapełniły się mieszkańcami zamku oraz miasteczka. mulat pobiegł poszukać Louisa, z którym chciał spędzić tę noc, a on zaczął rozglądać się za Théo.
dostrzegł go na szczycie schodów prowadzących do zamku. stał tam z Niallem oraz Timem i żywo o czymś dyskutowali. chciał do nich podejść, ale za nim zdążył zrobić krok, poczuł dłoń na ramieniu.
odwrócił się i jego sarnie oczy spotkały się z ciemnymi należącymi do jego wuja. mężczyzna spojrzał na niego uważnie, po czym podniósł wzrok na bruneta, by spojrzeć na niego.
– miej oko na Monoda – odezwał się w końcu Alexander i powrócił do swojego siostrzeńca. – magia tej nocy jest silna. zwłaszcza magia ziemi i ognia. miej więc chłopaka na oku.
– jasne – skinął mu lekko głową, po czym ruszył w stronę bruneta. gdy tylko znalazł się w zasięgu wzroku ich grupki szatyn pociągnął blondyna za rękaw i oboje odeszli żegnając się pospiesznie. Théo zmarszczył brwi zaskoczony tym zachowaniem, ale kiedy obok niego pojawił się szatyn, zrozumiał wszystko.
– gotowy na zabawę? – zapytał, uśmiechając się i obejmując go w tali ramieniem.
– tak – odpowiedział cicho młodszy chłopak, spuszczając wzrok na swoje stopy.
– hej. o co chodzi? – zapytał, chwytając jego podbródek i nakierowując jego spojrzenie na swoje. – od obiadu jesteś jakiś dziwny?
– nie jestem. po prostu… – zmieszał się na chwilę, po czym wznowił. – po prostu nie wiedziałem jak zareagować na to, że spiorunowałeś Nialla. to tylko mój przyjaciel. nie musisz czuć się zagrożony.
Liam uśmiechnął się lekko i przyciągnął bruneta bliżej siebie, składając całusa na jego skroni. pogładził dłonią plecy chłopaka i przebiegł palcami przez podciętą grzywkę.
– przepraszam – odparł, muskając tym razem jego policzek. – po prostu po raz pierwszy jestem tak prawdziwie zakochany.
chłopak uśmiechnął się do niego, lekko rumieniąc. szatyn zaś splótł ich dłonie razem i pociągnął go w dół schodów na błonia. gdzie dołączyli do Zayna i Louisa. objął Théo w talii przyciągając go do swojej piersi i oparł podbródek na czubku jego głowy. wpatrywali się w zachodzące słońce, dopóki ostatni promień nie rozjaśnił nieba i zgasł dając tym samym znak do rozpoczęcia zabawy.
wszyscy spojrzeli na profesor Mayfly – nauczycielkę zielarstwa, która trzymała w dłoni rozpaloną pochodnię. podeszła do jednego z wielkich ognisk z dziesięciu świętych drzew i podłożyła ogień. płomienie od razu rozprzestrzeniły się na drewno, rozpalając je i wznosząc się w górę do nieba, które powoli zaczęło przechodzić w granatowe.
rozległy się głośne oklaski oraz wiaty. muzyka zaczęła grać, a kolejne ogniska rozpalać. Liam porwał Théo do tańca, uśmiechając się do niego szeroko. miał zamiar dobrze się dziś bawić u boku tego małego chłopaka.
piątek, 12 października 2018
50
Théo wziął głęboki oddech i powoli rozchylił powieki, patrząc niepewnie w lustro, wiszące przed nim. pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mu się w oczy była elegancka, niebieska koszula, którą wybrał, po krótkiej konsultacji z Niallem. dopasował do niej wąskie, czarne spodnie, a na stopy wsunął swoje nieodłączne tenisówki. jednakże wcześniej wyczyścił je dokładnie, ponieważ przychodzenie w brudnych butach na ważną uroczystość uznał za coś niedopuszczalnego. przekonując samego siebie, że nie wygląda źle, uniósł spojrzenie wyżej i omiótł nim swoją grzywkę. była krótsza niż wcześniej. chłopak uprosił swojego przyjaciela, żeby pomógł mu zapanować nad przydługimi włosami, co
uczynił z chęcią. potem jednak wyprosił go ze swojej sypialni, argumentując to brakiem czasu na przygotowania, chociaż do obiadu zostało mu około trzech godzin.
– jak to wygląda, John? – obrócił się dookoła i zerknął na fretkę, skuloną na swojej ulubionej poduszce. – z braku reakcji wnioskuję, że nie jest tak źle – prychnął z niedowierzaniem, przebiegając palcami po rozwichrzonych włosach. – chcesz iść do Lokiego? – zapytał i uśmiechnął się na dźwięk radosnego popiskiwania.
wypuściwszy swojego pupila z pokoju bez zwyczajowej groźby, jeszcze raz przejrzał się w lustrze i poprawił koszulę, podciągając jej rękawy. chociaż został zapewniony, że nie musi przychodzić w garniturze, to wolał wybrać strój odpowiedni do okazji. uznając się za przygotowanego do uroczystego obiadu, opuścił pokój i przekręcił w zamku klucz, który potem schował do kieszeni.
po rozejrzeniu się dookoła siebie, brunet wsunął dłonie do kieszeni i powoli
ruszył za tłumem, kierującym się do sali jadalnej. gdy już tam wszedł, rozchylił usta w geście zachwytu i zaraz uśmiechnął się szeroko z wyraźną dumą. stał przez chwilę w wejściu, dopóki do jego uszu nie dotarło pogardliwe prychnięcie Toma, który właśnie go mijał. zmarszczywszy brwi, spuścił głowę i podszedł do Nialla, siedzącego samotnie na końcu stołu. blondyn powitał go szerokim uśmiechem, przesunął się o kilka miejsc i z chichotem potargał podcięte włosy.
– wyglądasz inaczej – zaśmiał się pod nosem, unikając trącenia ramieniem. – nie mówię, że źle – obronił się od razu i odchylił do tyłu. – po prostu inaczej, zdążyłem się trochę przyzwyczaić do twojego poprzedniego wyglądu – dodał, wsuwając swoje smukłe palce w jego grzywkę, opadającą łagodnie na czoło.
chłopak zachichotał i przysunął się do niebieskookiego, przechylając głowę, żeby odsunąć pojedyncze kosmyki z pola swojego widzenia. za pewne siedziałby tak dosyć długo i robił miny do młodszego przyjaciela, gdyby nie niezadowolone chrząknięcie, które rozległo się za plecami bruneta.
– nie przeszkadzam? – prychnął Liam, unosząc wyżej jedną brew w czasie patrzenia na swojego chłopaka. – bo jakby co, to mogę przyjść potem – powiedział jeszcze.
– nie zachowuj się, jak dziecko – wymamrotał zawstydzony Théo, siadając prosto na swoim miejscu i zaczekał, aż szatyn usiądzie obok niego. – proszę, Liam – szepnął, kiedy ten wciąż stał nieporuszony i zacisnął palce na mankiecie jego koszuli.
brązowooki sapnął pod nosem, ale bez zbędnego marudzenia usiadł obok Théo i położył dłoń na jego kolanie. dla Théo wyglądało to, jak oznaczenie swojego terenu, jednak nie skomentował dziecinnego zachowania, tylko ścisnął jego palce w swoich.
około piętnastu minut później, kiedy wszyscy adepci, opiekunowie czy inni mieszkańcy zamku, zajęli swoje miejsca, do sali jadalnej wkroczył Alexandrem. był ubrany zupełnie inaczej niż w czasie dwóch spotkań, na jakich zielonooki miał okazję go widzieć. ciemne swetry, zastąpiła biała koszula oraz popielata marynarka, a ciemne spodnie – tymi, będącymi częścią garnituru.
– witam! – powiedział głośno, kiedy stanął na podwyższeniu w rogu pomieszczenia. – proszę, usiądźcie wszyscy i posłuchajcie przez chwilę. obiecuję, że nie będę was zbyt długo zanudzał, żebyście mogli niedługo wrócić do swoich pasjonujących rozmów oraz pałaszowania podanych smakołyków – poinformował z lekkim uśmiechem na ustach i złożył dłonie za plecami.
nowi adepci, którzy po raz pierwszy obchodzili święto Beltene, pochylili się z zainteresowaniem w stronę mężczyzny, przygotowani na wysłuchanie tego, co ma im do powiedzenia. pozostali, mający już kilkuletnie doświadczenie, rozparli się na krzesłach i wznieśli oczy ku niebu, wypuszczając bezgłośne westchnienia.
– na początku, chciałbym wam podziękować za to, że zjawiliście się tu dzisiaj – Alexander skinął głową w kierunku zgromadzonych. – muszę także wyrazić swoją radość, jako że spotykamy się w co raz szerszym gronie – z tymi słowami zerknął w kierunku Théo, który celowo odwrócił wzrok. – w owym gronie są osoby mniej lub bardziej utalentowane w swoich dziedzinach, jednak muszę przyznać, że wasze tegoroczne wyniki przedstawiają się naprawdę zadowalająco – pochwalił swoich
uczniów, a jego uśmiech poszerzył się nieznacznie.
po tych słowach, znaczna większość zainteresowanych, zajęła się prowadzeniem przyciszonych rozmów. jedynie nieliczni dotrwali do końca przemówienia, które mimo wszystko okazało się być długie. zadowoleni z momentu, na który czekali najbardziej, wszyscy chwycili za sztućce, a wymiany zdań przestały być zbitką szeptów, często niezrozumiałych.
– co robimy teraz? – zagadnął nagle Théo, pomiędzy jednym a drugim kęsem, trącając kolanem Liama, wciąż siedzącego na miejscu obok. – oprócz ognisk i tego wszystkiego, co mi mówiłeś, że ma być – powiedział szybko, kiedy zauważył minę starszego mężczyzny. – chodzi mi o teraz teraz. bo mówiłeś, że będziesz z Zaynem stawiał jakiś słup… i jestem ciekawy czy zajmie wam to dużo czasu, czy coś. dobra, nieważne, nie musisz odpowiadać – mówił co raz ciszej, aż w końcu zamilkł,
skupiając całą swoją uwagę na posiłku.
mimo utraty całego apetytu na piętrzące się smakowitości, brunet nie opuścił swojego miejsca, gdy kątem oka zauważył, że robi to Niall. chciał pójść razem z nim, ale uznał, że większe denerwowanie Payne’a nie jest wskazane. dlatego przesiedział w ciszy jeszcze kilkanaście minut i dopiero wtedy podniósł się powoli, dziękując za towarzystwo swojemu chłopakowi, Timowi oraz Zaynowi i Louisowi.
opuściwszy w pośpiechu salę, Théo zacisnął dłonie w pięści i resztkami siły woli powstrzymał się od uderzenia w kamienną ścianę. skończyłoby się to dla niego źle, więc pohamował złość i ruszył do swojego pokoju, gdzie zmienił ubranie na nieco luźniejsze. wyjściową koszulę zastąpił dopasowanym t-shirtem, na który zarzucił czarną marynarkę.
– tylko nie rób scen – szepnął do siebie, kiedy ponownie opuścił sypialnię i poszedł razem z innymi uczniami w kierunku dziedzińca. – wow – mruknął pod nosem, kiedy jego oczom ukazały się dekoracje, o niebo wspanialsze od tych, które widział we wnętrzu zamku.
chłopak westchnął cicho i rzucił tęskne spojrzenie Liamowi, który właśnie opuszczał budowlę, idąc ramię w ramię ze swoim przyjacielem. chciał do nich podejść i wyjaśnić zaistniałą sytuację, jednak nie znalazł w sobie dosyć dużej ilości odwagi, by się na to zdobyć. dlatego też, zamiast ruszyć w stronę miejsca, gdzie miał być ustawiany majowy słup, odwrócił się i powłócząc nogami, skierował się na wrzosowisko.
uczynił z chęcią. potem jednak wyprosił go ze swojej sypialni, argumentując to brakiem czasu na przygotowania, chociaż do obiadu zostało mu około trzech godzin.
– jak to wygląda, John? – obrócił się dookoła i zerknął na fretkę, skuloną na swojej ulubionej poduszce. – z braku reakcji wnioskuję, że nie jest tak źle – prychnął z niedowierzaniem, przebiegając palcami po rozwichrzonych włosach. – chcesz iść do Lokiego? – zapytał i uśmiechnął się na dźwięk radosnego popiskiwania.
wypuściwszy swojego pupila z pokoju bez zwyczajowej groźby, jeszcze raz przejrzał się w lustrze i poprawił koszulę, podciągając jej rękawy. chociaż został zapewniony, że nie musi przychodzić w garniturze, to wolał wybrać strój odpowiedni do okazji. uznając się za przygotowanego do uroczystego obiadu, opuścił pokój i przekręcił w zamku klucz, który potem schował do kieszeni.
po rozejrzeniu się dookoła siebie, brunet wsunął dłonie do kieszeni i powoli
ruszył za tłumem, kierującym się do sali jadalnej. gdy już tam wszedł, rozchylił usta w geście zachwytu i zaraz uśmiechnął się szeroko z wyraźną dumą. stał przez chwilę w wejściu, dopóki do jego uszu nie dotarło pogardliwe prychnięcie Toma, który właśnie go mijał. zmarszczywszy brwi, spuścił głowę i podszedł do Nialla, siedzącego samotnie na końcu stołu. blondyn powitał go szerokim uśmiechem, przesunął się o kilka miejsc i z chichotem potargał podcięte włosy.
– wyglądasz inaczej – zaśmiał się pod nosem, unikając trącenia ramieniem. – nie mówię, że źle – obronił się od razu i odchylił do tyłu. – po prostu inaczej, zdążyłem się trochę przyzwyczaić do twojego poprzedniego wyglądu – dodał, wsuwając swoje smukłe palce w jego grzywkę, opadającą łagodnie na czoło.
chłopak zachichotał i przysunął się do niebieskookiego, przechylając głowę, żeby odsunąć pojedyncze kosmyki z pola swojego widzenia. za pewne siedziałby tak dosyć długo i robił miny do młodszego przyjaciela, gdyby nie niezadowolone chrząknięcie, które rozległo się za plecami bruneta.
– nie przeszkadzam? – prychnął Liam, unosząc wyżej jedną brew w czasie patrzenia na swojego chłopaka. – bo jakby co, to mogę przyjść potem – powiedział jeszcze.
– nie zachowuj się, jak dziecko – wymamrotał zawstydzony Théo, siadając prosto na swoim miejscu i zaczekał, aż szatyn usiądzie obok niego. – proszę, Liam – szepnął, kiedy ten wciąż stał nieporuszony i zacisnął palce na mankiecie jego koszuli.
brązowooki sapnął pod nosem, ale bez zbędnego marudzenia usiadł obok Théo i położył dłoń na jego kolanie. dla Théo wyglądało to, jak oznaczenie swojego terenu, jednak nie skomentował dziecinnego zachowania, tylko ścisnął jego palce w swoich.
około piętnastu minut później, kiedy wszyscy adepci, opiekunowie czy inni mieszkańcy zamku, zajęli swoje miejsca, do sali jadalnej wkroczył Alexandrem. był ubrany zupełnie inaczej niż w czasie dwóch spotkań, na jakich zielonooki miał okazję go widzieć. ciemne swetry, zastąpiła biała koszula oraz popielata marynarka, a ciemne spodnie – tymi, będącymi częścią garnituru.
– witam! – powiedział głośno, kiedy stanął na podwyższeniu w rogu pomieszczenia. – proszę, usiądźcie wszyscy i posłuchajcie przez chwilę. obiecuję, że nie będę was zbyt długo zanudzał, żebyście mogli niedługo wrócić do swoich pasjonujących rozmów oraz pałaszowania podanych smakołyków – poinformował z lekkim uśmiechem na ustach i złożył dłonie za plecami.
nowi adepci, którzy po raz pierwszy obchodzili święto Beltene, pochylili się z zainteresowaniem w stronę mężczyzny, przygotowani na wysłuchanie tego, co ma im do powiedzenia. pozostali, mający już kilkuletnie doświadczenie, rozparli się na krzesłach i wznieśli oczy ku niebu, wypuszczając bezgłośne westchnienia.
– na początku, chciałbym wam podziękować za to, że zjawiliście się tu dzisiaj – Alexander skinął głową w kierunku zgromadzonych. – muszę także wyrazić swoją radość, jako że spotykamy się w co raz szerszym gronie – z tymi słowami zerknął w kierunku Théo, który celowo odwrócił wzrok. – w owym gronie są osoby mniej lub bardziej utalentowane w swoich dziedzinach, jednak muszę przyznać, że wasze tegoroczne wyniki przedstawiają się naprawdę zadowalająco – pochwalił swoich
uczniów, a jego uśmiech poszerzył się nieznacznie.
po tych słowach, znaczna większość zainteresowanych, zajęła się prowadzeniem przyciszonych rozmów. jedynie nieliczni dotrwali do końca przemówienia, które mimo wszystko okazało się być długie. zadowoleni z momentu, na który czekali najbardziej, wszyscy chwycili za sztućce, a wymiany zdań przestały być zbitką szeptów, często niezrozumiałych.
– co robimy teraz? – zagadnął nagle Théo, pomiędzy jednym a drugim kęsem, trącając kolanem Liama, wciąż siedzącego na miejscu obok. – oprócz ognisk i tego wszystkiego, co mi mówiłeś, że ma być – powiedział szybko, kiedy zauważył minę starszego mężczyzny. – chodzi mi o teraz teraz. bo mówiłeś, że będziesz z Zaynem stawiał jakiś słup… i jestem ciekawy czy zajmie wam to dużo czasu, czy coś. dobra, nieważne, nie musisz odpowiadać – mówił co raz ciszej, aż w końcu zamilkł,
skupiając całą swoją uwagę na posiłku.
mimo utraty całego apetytu na piętrzące się smakowitości, brunet nie opuścił swojego miejsca, gdy kątem oka zauważył, że robi to Niall. chciał pójść razem z nim, ale uznał, że większe denerwowanie Payne’a nie jest wskazane. dlatego przesiedział w ciszy jeszcze kilkanaście minut i dopiero wtedy podniósł się powoli, dziękując za towarzystwo swojemu chłopakowi, Timowi oraz Zaynowi i Louisowi.
opuściwszy w pośpiechu salę, Théo zacisnął dłonie w pięści i resztkami siły woli powstrzymał się od uderzenia w kamienną ścianę. skończyłoby się to dla niego źle, więc pohamował złość i ruszył do swojego pokoju, gdzie zmienił ubranie na nieco luźniejsze. wyjściową koszulę zastąpił dopasowanym t-shirtem, na który zarzucił czarną marynarkę.
– tylko nie rób scen – szepnął do siebie, kiedy ponownie opuścił sypialnię i poszedł razem z innymi uczniami w kierunku dziedzińca. – wow – mruknął pod nosem, kiedy jego oczom ukazały się dekoracje, o niebo wspanialsze od tych, które widział we wnętrzu zamku.
chłopak westchnął cicho i rzucił tęskne spojrzenie Liamowi, który właśnie opuszczał budowlę, idąc ramię w ramię ze swoim przyjacielem. chciał do nich podejść i wyjaśnić zaistniałą sytuację, jednak nie znalazł w sobie dosyć dużej ilości odwagi, by się na to zdobyć. dlatego też, zamiast ruszyć w stronę miejsca, gdzie miał być ustawiany majowy słup, odwrócił się i powłócząc nogami, skierował się na wrzosowisko.
środa, 10 października 2018
49
Liam przebiegł palcami przez kasztanowe kosmyki, a jego oczy rozjaśniły się i teraz miały piękny, odcień cedru. tuż nad jego głową wznosiła się zapewne ciężka girlanda z margaretek, żonkili oraz innych żółtych i białych kwiatów. jednak dzięki swojej zdolności mógł ją spokojnie przetransportować do głównych wrót, nad którymi miała się znaleźć.
kiedy mijał swój pokoju, na jego usta wkradł się delikatny uśmiech. bowiem w jego łóżku wciąż smacznie spał Théo. kiedy wstał rano ostrożnie ześliznął się z łóżka, ubrał się i cicho wyszedł z pokoju nie chcąc go obudzić. chłopak pewnie był zmęczony po trzech dniach egzaminów. a śniadania też by nie zjadł, bo od bladego świtu trwały przygotowania do Beltene.
wyszedł na dziedziniec i powoli wzniósł girlandę w myślach układając ją w łuk. tak samo ułożyła się nad wrotami. machnął dłonią i jedna biała wstążka, przymocowała środkową część do haka, który był centralnie na drzwiami. dwie długie czerwone wstążki natomiast przymocowały krańce. falowały delikatnie na lekkim wietrze co jakiś czas opierając się na murze. z błoni dobiegły go skoczne dźwięki skrzypiec, tin whistle* oraz bodhránu**. najwyraźniej starsi uczniowie
przygotowywali na dzisiejszy wieczór rozrywkę.
uśmiechnął się pod nosem i wrócił do środka. skierował swoje kroki do sali jadalnej, gdzie czekały na niego do rozwieszenia znacznie większe girlandy. podparł się dłońmi na biodrach, westchnął ciężko na widok tych wszystkich kwiatów i wziął się do roboty. czerwone i białe wstążki, które mocowały je wysoko pod sufitem, między oknami, opadały do samej ziemi wzdłuż ścian.
był w połowie, kiedy do pomieszczenia ktoś wpadł. nie zdążył wyhamować i przewrócił Liama na podłogę. girlanda runęła, a kwiaty rozsypały się po posadzce.
podniósł głowę, mając zamiar spiorunować winnego całemu zajściu, gdy dostrzegł zielone tęczówki pod ciemną grzywką.
– przepraszam – mruknął Théo, podnosząc się ze swojego opiekuna. – zaraz naprawię.
machnął ręką i kwiaty uniosły się w górę na nowo formując piękną girlandę, którą moment potem on umieścił pod sufitem, mocując wstążkami. otrzepał dłonie z niewidzialnego pyłu i wziął się za kolejną zerkając, kątem oka na bruneta, który poderwał głowę i z zafascynowaniem wpatrywał się w już wiszące ozdoby.
– co się dzieje? – zapytał w końcu Théo. – nie ma zajęć. kwiatowe girlandy wiszą na każdym korytarzu. i czemu nie ma śniadania?
– nie wiesz co dzisiaj jest? – zapytał lekko rozbawiony, co spotkało się z rumieńcem na jasnych policzkach i przeczącym skinieniem głowy. – dziś Święto Beltene. nie słyszałeś o nim? dziadek ci nie mówił?
– coś tam wspominał – ciemnowłosy potarł kark. – mówił, że to święto ognia i lasu.
– dokładnie. Beltene to tańce, jedzenie, picie i zabawy do białego rana – zaczął Liam, unosząc kolejną girlandę. – gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca musną ziemię, zostaną rozpalone wielkie ogniska z dziesięciu świętych drzew, które będą palić się do rana. zapewni nam to ochronę na kolejne miesiące.
– a co się robi podczas takiej nocy? – dopytywał się Théo, stąpając za swoim
opiekunek, który właśnie wznosił kolejny ozdobę.
– no… na przykład tańczy się wokół majowego słupa. albo możesz pozbierać kwiatki i upleść mi kolejny wianek – oznajmił szatyn, odwracając się do swojego chłopaka i dotykając czubka jego nosa. – będą rozpalone mniejsze ogniska, przez które można skakać, gdy dogasają, by zapewnić sobie pomyślność. na pewno o północy zejdziemy na plażę puścić lampiony na wodę. ale głównie chodzi o dobrą zabawę. świętujemy nadejście jasnego okresu, lata. celebrujemy rozkwit życia,
urodzaj.
– czekaj. co znaczy nadejście jasnego okresu? – chłopak zmarszczył brwi. – i czy lato nie zaczyna się dwudziestego pierwszego czerwca?
– to jest lato kalendarzowe. lato które oficjalnie przyjęto na całym świecie. według tego kalendarza rozbudzają się moce pure–blood – wytłumaczył mężczyzna. – tu w Violet Hill obowiązuje kalendarz druidów, a co za tym obchodzone są święta celtyckie. zazwyczaj najhuczniej obchodzimy Beltene i
kiedy mijał swój pokoju, na jego usta wkradł się delikatny uśmiech. bowiem w jego łóżku wciąż smacznie spał Théo. kiedy wstał rano ostrożnie ześliznął się z łóżka, ubrał się i cicho wyszedł z pokoju nie chcąc go obudzić. chłopak pewnie był zmęczony po trzech dniach egzaminów. a śniadania też by nie zjadł, bo od bladego świtu trwały przygotowania do Beltene.
wyszedł na dziedziniec i powoli wzniósł girlandę w myślach układając ją w łuk. tak samo ułożyła się nad wrotami. machnął dłonią i jedna biała wstążka, przymocowała środkową część do haka, który był centralnie na drzwiami. dwie długie czerwone wstążki natomiast przymocowały krańce. falowały delikatnie na lekkim wietrze co jakiś czas opierając się na murze. z błoni dobiegły go skoczne dźwięki skrzypiec, tin whistle* oraz bodhránu**. najwyraźniej starsi uczniowie
przygotowywali na dzisiejszy wieczór rozrywkę.
uśmiechnął się pod nosem i wrócił do środka. skierował swoje kroki do sali jadalnej, gdzie czekały na niego do rozwieszenia znacznie większe girlandy. podparł się dłońmi na biodrach, westchnął ciężko na widok tych wszystkich kwiatów i wziął się do roboty. czerwone i białe wstążki, które mocowały je wysoko pod sufitem, między oknami, opadały do samej ziemi wzdłuż ścian.
był w połowie, kiedy do pomieszczenia ktoś wpadł. nie zdążył wyhamować i przewrócił Liama na podłogę. girlanda runęła, a kwiaty rozsypały się po posadzce.
podniósł głowę, mając zamiar spiorunować winnego całemu zajściu, gdy dostrzegł zielone tęczówki pod ciemną grzywką.
– przepraszam – mruknął Théo, podnosząc się ze swojego opiekuna. – zaraz naprawię.
machnął ręką i kwiaty uniosły się w górę na nowo formując piękną girlandę, którą moment potem on umieścił pod sufitem, mocując wstążkami. otrzepał dłonie z niewidzialnego pyłu i wziął się za kolejną zerkając, kątem oka na bruneta, który poderwał głowę i z zafascynowaniem wpatrywał się w już wiszące ozdoby.
– co się dzieje? – zapytał w końcu Théo. – nie ma zajęć. kwiatowe girlandy wiszą na każdym korytarzu. i czemu nie ma śniadania?
– nie wiesz co dzisiaj jest? – zapytał lekko rozbawiony, co spotkało się z rumieńcem na jasnych policzkach i przeczącym skinieniem głowy. – dziś Święto Beltene. nie słyszałeś o nim? dziadek ci nie mówił?
– coś tam wspominał – ciemnowłosy potarł kark. – mówił, że to święto ognia i lasu.
– dokładnie. Beltene to tańce, jedzenie, picie i zabawy do białego rana – zaczął Liam, unosząc kolejną girlandę. – gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca musną ziemię, zostaną rozpalone wielkie ogniska z dziesięciu świętych drzew, które będą palić się do rana. zapewni nam to ochronę na kolejne miesiące.
– a co się robi podczas takiej nocy? – dopytywał się Théo, stąpając za swoim
opiekunek, który właśnie wznosił kolejny ozdobę.
– no… na przykład tańczy się wokół majowego słupa. albo możesz pozbierać kwiatki i upleść mi kolejny wianek – oznajmił szatyn, odwracając się do swojego chłopaka i dotykając czubka jego nosa. – będą rozpalone mniejsze ogniska, przez które można skakać, gdy dogasają, by zapewnić sobie pomyślność. na pewno o północy zejdziemy na plażę puścić lampiony na wodę. ale głównie chodzi o dobrą zabawę. świętujemy nadejście jasnego okresu, lata. celebrujemy rozkwit życia,
urodzaj.
– czekaj. co znaczy nadejście jasnego okresu? – chłopak zmarszczył brwi. – i czy lato nie zaczyna się dwudziestego pierwszego czerwca?
– to jest lato kalendarzowe. lato które oficjalnie przyjęto na całym świecie. według tego kalendarza rozbudzają się moce pure–blood – wytłumaczył mężczyzna. – tu w Violet Hill obowiązuje kalendarz druidów, a co za tym obchodzone są święta celtyckie. zazwyczaj najhuczniej obchodzimy Beltene i
Samhain. to pierwsze zapowiada nadejście lata i jasnych miesięcy, a jego symbolem
jest światło oraz ogień. to drugie jest jego przeciwieństwem. to święto gasnącego ognia, a symbolem jest księżyc.
– chyba rozumiem – mruknął brunet, przebiegając przez ciemną grzywkę palcami. – więc cały dzień będą trwać przygotowania do Beltene? – Liam przytaknął.
– a co ze śniadaniem i obiadem? bo rozumiem, że kolację będziemy jeść przez całą noc na tym święcie.
– idź do kuchni. na pewno dadzą ci coś do jedzenia – odpowiedział szatyn, uśmiechając się pod nosem. – a o obiad się nie martw. to do niego wieszam te wszystkie girlandy. jak co roku będzie uroczysty i wujcio walnie jedną ze swoich przemów. a potem będę z Zaynem stawiał maypole.
– co to maypole? – spytał młodszy, splatając ręce za plecami.
– to ten majowy słup, wokół którego będziesz mógł sobie potańczyć – wyjaśnił.
– ah. dobra. to lecę do kuchni – zawołał i ucałował go w policzek na pożegnanie. – widzimy się na obiedzie.
– a potem na zabawie! – krzyknął jeszcze za brunetem, nim ten zniknął za drzwiami sali jadalnej. uśmiechnął się lekko po czym wrócił do swojego zadania.
skończył na godzinę przed obiadem, więc postanowił wziąć szybki prysznic dla odświeżenia.
poniedziałek, 8 października 2018
48
pożegnał się z Louisem, którego skończył egzaminować jako ostatniego, a ten od razu pobiegł w stronę zamku, za pewnie do Zayna. zerknął na swój zegarek, ale ledwo dostrzegł tarcze w bladym świetle księżyca. wiedział jednak, że jest coś koło dwudziestej drugiej. przeegzaminowanie wszystkich tych uczniów okazało się niezłą męczarnią. albo to on był zbyt wymagający. lub to grupa związanych z powietrzem uznała, że to będzie bułka z masłem. prawie wszyscy będą mieć poprawkę z wyjątkiem kilku osób.
zaczesał do tyłu włosy, po czym westchnął i rozmasował kark. pragnął teraz gorącego prysznica. długiego. naprawdę potrzebował się rozluźnić.
wspiął się po schodach i wszedł do zamku zamykając za sobą wrota. wspiął się na swoje piętro i powłócząc nogami nacisnął klamkę. wśliznął się do pokoju, w którym paliło się światło lampki i to go zaskoczyło. zmarszczył brwi i rozejrzał się po wnętrzu. koło Lokiego drzemał John, a właściciel fretki przysnął w fotelu. szatyn uśmiechnął się mimowolnie na ten uroczy widok.
zrzucił z ramion bluzę i podszedł do bruneta. oparł dłonie na jego kolanach i kucnął między nogami. przez chwilę patrzył jak ciemna grzywka układa się na jego czole podczas snu, aż w końcu wyciągnął dłoń i kciukiem pogładził go po policzku.
– Théo – odezwał się cicho i zaczął drapać za uchem, na co chłopak zareagował. – Théo. pobudka.
zielone tęczówki zamazane snem wyłoniły się zza ciężkich powiek. moment potem chłopak przeciągnął się, przetarł oczy dłońmi i spojrzał na niego. uśmiechnął się do niego czule, a w zmęczonych, sarnich oczach pojawiło się uczucie.
– co tu robisz, głodomorku? – spytał miękko i mocniej zacisnął dłoń na jego kolanie. dostrzegł jak smutek wkrada się na twarz bruneta, a w oczach pojawiają się łzy i Liam nie rozumiał co jest ich powodem.
– czy zrobiłem coś źle dziś rano? – spytał lekko drżącym oddechem. – no bo tak nagle się odsunąłeś od pocałunku.
westchnął ciężko i starł z jasnego policzka samotną łzę, która uwolniła się.
przejechał kciukiem, po drżącej dolnej wardze i uśmiechnął się delikatnie. nie spodziewał się, że może to tak odebrać. tak mocno przeżyć.
– przecież powiedziałem ci, że nie zrobiłeś niczego źle – odezwał się Payne, sięgając po jego dłoń i zaciskając swoją na niej. – to ja. po prostu… rozmyślałem o tym, że okazujemy sobie uczucia. dotykamy, całujemy i tak dalej. – a ja… - zawiesił głos i spojrzał w zielone oczy, gdzie tliła się nadzieja. – a ja nawet nie zapytałem, czy chcesz ze mną chodzić. czy… czy chcesz być moim chłopakiem? i chodzić ze mną na dziwne randki?
Théo zaśmiał się, a szeroki uśmiech rozjaśnił jego twarz. serce szatyna zatrzepotało w piersi na ten widok i w duchu podskakiwał z radości. bo to on spowodował, że te cudne usta wygięły się w tak szerokim i promiennym uśmiechu.
– tak, ty głupku – zawołał, pospiesznie ocierając łzy z jasnych policzków. – pewnie, że chcę z tobą chodzić na dziwne randki.
Liam uśmiechnął się i podniósł się na równe nogi, po czym pociągnął Théo do góry. wziął jego twarz w swoje dłonie i złożył na pełnych ustach długi oraz namiętny pocałunek. potarł swój nos o jego, a ciepły oddech bruneta omiótł jego twarz.
dłońmi zjechał na jego talię, w której objął go mocno i przyciągnął najbliżej jak umiał.
– marzę o gorącej kąpieli – wyznał Payne, wsuwając dłonie pod bluzkę swojego chłopaka. – masz ochotę wziąć ją ze mną?
– no pewnie – mruknął w odpowiedzi Théo. – zaczekaj.
szatyn zamrugał zaskoczony, kiedy młodszy chłopak wyplątał się z jego objęć i zniknął w łazience. chwilę potem usłyszał szum wody na co uśmiechnął się pod nosem. zdjął z siebie czarną koszulkę i opadł na fotel, zrzucając ze stóp buty, które naprawdę już go uwierały. rozprostował palce, po czym ciężko podniósł się z wygodnego miejsca.
– już mogę? – zapytał, stając przy drzwiach.
– jeszcze chwila – odpowiedział ze środka brunet. woda przestała lecieć, a on zmarszczył brwi zastanawiając się co on tam jeszcze robi. – już.
wśliznął się do środka i spostrzegł, że Théo przygotował mu kąpiel. co prawda chciał z bąbelkami i pianą, ale ta zapowiadała się na równie przyjemną. po powierzchni wody pływały płatki róż i drobne kwiatki, którymi zapewne była lawenda. to jej zapach roznosił się w powietrzu i domyślił się, że Théo na szybko przygotował olejek z tych kwiatków.
– kochany jesteś – stwierdził, całując go w czoło. – to co? wskakujemy?
Théo zarumienił się, ale i tak w tempie błyskawicznym pozbył się z siebie ubrań. wsunął więc stopy do ciepłej wody. usadowił się za brunetem i oparł głowę o jego ramię. westchnął, przymykając powieki i pozwalając by dłonie jego chłopaka błądziły po jego ramionach, rozmasowując napięte mięśnie.
– miło? – szepnął mu cicho Théo.
– nawet bardzo – wyznał i przyciągnął Théo bliżej siebie tak, że ułożył się wygodnie na jego
zaczesał do tyłu włosy, po czym westchnął i rozmasował kark. pragnął teraz gorącego prysznica. długiego. naprawdę potrzebował się rozluźnić.
wspiął się po schodach i wszedł do zamku zamykając za sobą wrota. wspiął się na swoje piętro i powłócząc nogami nacisnął klamkę. wśliznął się do pokoju, w którym paliło się światło lampki i to go zaskoczyło. zmarszczył brwi i rozejrzał się po wnętrzu. koło Lokiego drzemał John, a właściciel fretki przysnął w fotelu. szatyn uśmiechnął się mimowolnie na ten uroczy widok.
zrzucił z ramion bluzę i podszedł do bruneta. oparł dłonie na jego kolanach i kucnął między nogami. przez chwilę patrzył jak ciemna grzywka układa się na jego czole podczas snu, aż w końcu wyciągnął dłoń i kciukiem pogładził go po policzku.
– Théo – odezwał się cicho i zaczął drapać za uchem, na co chłopak zareagował. – Théo. pobudka.
zielone tęczówki zamazane snem wyłoniły się zza ciężkich powiek. moment potem chłopak przeciągnął się, przetarł oczy dłońmi i spojrzał na niego. uśmiechnął się do niego czule, a w zmęczonych, sarnich oczach pojawiło się uczucie.
– co tu robisz, głodomorku? – spytał miękko i mocniej zacisnął dłoń na jego kolanie. dostrzegł jak smutek wkrada się na twarz bruneta, a w oczach pojawiają się łzy i Liam nie rozumiał co jest ich powodem.
– czy zrobiłem coś źle dziś rano? – spytał lekko drżącym oddechem. – no bo tak nagle się odsunąłeś od pocałunku.
westchnął ciężko i starł z jasnego policzka samotną łzę, która uwolniła się.
przejechał kciukiem, po drżącej dolnej wardze i uśmiechnął się delikatnie. nie spodziewał się, że może to tak odebrać. tak mocno przeżyć.
– przecież powiedziałem ci, że nie zrobiłeś niczego źle – odezwał się Payne, sięgając po jego dłoń i zaciskając swoją na niej. – to ja. po prostu… rozmyślałem o tym, że okazujemy sobie uczucia. dotykamy, całujemy i tak dalej. – a ja… - zawiesił głos i spojrzał w zielone oczy, gdzie tliła się nadzieja. – a ja nawet nie zapytałem, czy chcesz ze mną chodzić. czy… czy chcesz być moim chłopakiem? i chodzić ze mną na dziwne randki?
Théo zaśmiał się, a szeroki uśmiech rozjaśnił jego twarz. serce szatyna zatrzepotało w piersi na ten widok i w duchu podskakiwał z radości. bo to on spowodował, że te cudne usta wygięły się w tak szerokim i promiennym uśmiechu.
– tak, ty głupku – zawołał, pospiesznie ocierając łzy z jasnych policzków. – pewnie, że chcę z tobą chodzić na dziwne randki.
Liam uśmiechnął się i podniósł się na równe nogi, po czym pociągnął Théo do góry. wziął jego twarz w swoje dłonie i złożył na pełnych ustach długi oraz namiętny pocałunek. potarł swój nos o jego, a ciepły oddech bruneta omiótł jego twarz.
dłońmi zjechał na jego talię, w której objął go mocno i przyciągnął najbliżej jak umiał.
– marzę o gorącej kąpieli – wyznał Payne, wsuwając dłonie pod bluzkę swojego chłopaka. – masz ochotę wziąć ją ze mną?
– no pewnie – mruknął w odpowiedzi Théo. – zaczekaj.
szatyn zamrugał zaskoczony, kiedy młodszy chłopak wyplątał się z jego objęć i zniknął w łazience. chwilę potem usłyszał szum wody na co uśmiechnął się pod nosem. zdjął z siebie czarną koszulkę i opadł na fotel, zrzucając ze stóp buty, które naprawdę już go uwierały. rozprostował palce, po czym ciężko podniósł się z wygodnego miejsca.
– już mogę? – zapytał, stając przy drzwiach.
– jeszcze chwila – odpowiedział ze środka brunet. woda przestała lecieć, a on zmarszczył brwi zastanawiając się co on tam jeszcze robi. – już.
wśliznął się do środka i spostrzegł, że Théo przygotował mu kąpiel. co prawda chciał z bąbelkami i pianą, ale ta zapowiadała się na równie przyjemną. po powierzchni wody pływały płatki róż i drobne kwiatki, którymi zapewne była lawenda. to jej zapach roznosił się w powietrzu i domyślił się, że Théo na szybko przygotował olejek z tych kwiatków.
– kochany jesteś – stwierdził, całując go w czoło. – to co? wskakujemy?
Théo zarumienił się, ale i tak w tempie błyskawicznym pozbył się z siebie ubrań. wsunął więc stopy do ciepłej wody. usadowił się za brunetem i oparł głowę o jego ramię. westchnął, przymykając powieki i pozwalając by dłonie jego chłopaka błądziły po jego ramionach, rozmasowując napięte mięśnie.
– miło? – szepnął mu cicho Théo.
– nawet bardzo – wyznał i przyciągnął Théo bliżej siebie tak, że ułożył się wygodnie na jego
piersi. przebiegł mokrymi dłońmi przez jego czarne włosy, zaczesując je do tyłu, a moment potem poczuł jak chłopak przyjemnie oraz delikatnie masuje jego skronie i skórę głowy.
– jesteś aniołem – odezwał się, a jego głos wydawał się nienaturalnie głośny w ciszy jaka panowała w pomieszczeniu. w odpowiedzi otrzymał całusa w czubek głowy.
powoli odpływał ze zmęczenia i gdyby nie głos bruneta, przywołujący go do rzeczywistości zasnąłby. wyszli więc, wycierając się dokładnie nawzajem i uśmiechając się przy tym jak dwa głupki do sera. wskoczyli w czyste ubranie i zakopali się pod kołdrą. Liam zasną niezwykle szybko, przytulając do siebie ciało Théo, które tak idealnie wpasowywało się w jego własne.
czwartek, 4 października 2018
47
brunet wpadł do swojego pokoju i pospiesznie zatrzasnął drzwi, a potem oparł się o nie plecami. kiedy jego drżące palce przekręciły klucz w zamku, osunął się na podłogę i zacisnął palce na swoich kolanach. zrobił coś źle. i był tego absolutnie pewien, mimo zapewnień Liama. ze ściśniętym gardłem i dłońmi drżącymi z powodu zdenerwowania ostatnim egzaminem oraz zaistniałą sytuacją, czarnowłosy chłopak podźwignął się z podłogi i powoli ruszył do łazienki. tam odkręcił zimną wodę i nabrał jej trochę, żeby przemyć załzawione oczy oraz palące policzki. zamoczył przy tym przód swojej białej koszuli, ale zignorował to, wiedząc, że na razie nie będzie mu potrzebna.
wyszedłszy z łazienki, pospiesznie rozpiął guziki koszuli, a z nóg zrzucił eleganckie buty. zastąpił je swoimi znoszonymi tenisówkami, które zawiązał dokładnie w drodze wyjątku, żeby przypadkiem się nie przewrócił. na chwilowo nagi tors naciągnął za dużą, granatową koszulkę, prawdopodobnie należącą do jego opiekuna.
– och, bogowie – sapnął pod nosem, kiedy spostrzegł wielkość nałożonego ubrania, jednak postanowił, że i tak nie ma sensu go zmieniać. – umrę na tym egzaminie – stwierdził niemal płaczliwym głosem, uśmiechając się przy tym szeroko, żeby oszukać samego siebie.
nie mając do zrobienia niczego poza nauką, chłopak usadowił się na łóżku z segregatorem rozłożonym na kolanach. jego palce sprawnie przerzucało kolejne strony, a jasne oczy uważnie śledziły tekst, dotyczący podstawowych zasad i technik obrony. nie minęło kilka minut, jak literki zaczęły odstawiać dzikie harce, tańcząc przed jego niezadowolonym spojrzeniem.
zrezygnowany, a także przepełniony niezbyt optymistycznymi uczuciami, odsunął notatki na bok i ześlizgnął się z łóżka. przeczuwał, że pomocny okaże się spacer po błoniach, jednakże nie zamierzał przeszkadzać w prowadzonych egzaminach. dlatego też, zamiast opuścić zamek głównym wyjściem, przeszedł przez to, które znajdowało się w kuchni. dzięki temu znalazł się o kilka kroków od
wrzosowiska, na którym zaczęła się cała ta chora sytuacja.
bliska obecność roślin szybko wpłynęła na samopoczucie chłopaka, który zdołał wyciszyć się, a nawet uśmiechnąć delikatnie. po zajęciu miejsca pod wierzbą płaczącą, znajdującą się na krańcu ogromnej polany, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. mimo usilnych starań, zaczął przypominać sobie potrzebne wiadomości, przez co nawet nie zauważył, jak wybiła godzina jego ostatniego egzaminu.
przestraszony tym, że się na niego spóźni, poderwał się z miejsca i ruszył na błonia szybkim krokiem. w wyznaczonym miejscu byli zebrani już niemal wszyscy, a z zamku nadciągały ostatnie osoby. uspokoiło go to tylko na krótką chwilę, po której stres wrócił ze zdwojoną siłą.
– czy są już wszyscy? – po błoniach potoczył się donośny głos Liama, który przesunął wzrokiem po adeptach, stojących przed nim w prawie prostym szeregu. – dobrze, w takim razie możemy zaczynać – pokiwał zadowolony głową i złożył dłonie za sobą, a następnie zaczął przechadzać się powoli w tą i z powrotem, nieświadomy tego, że nieprzerwanie śledzą go ciemnozielone tęczówki Théo. – zaczniemy od pytań, które zadam wam indywidualnie, żeby uniknąć podpowiadania czy prób
jakiegokolwiek ściągania – poinformował, zatrzymując się w miejscu na kilka chwil. – potem przejdziemy do części praktycznej, do której możecie się przygotować już teraz. ustawcie się w sporej odległości od siebie i na spokojnie rozgrzejcie, a ja będę do was kolejno podchodził – zakończył i klasnął głośno w dłonie, dając sygnał do wykonania jego poleceń.
nie mając wyboru, uczniowie rozeszli się po błoniach, wymieniając między sobą ostatnie uwagi. ich rozmowy zostały szybko uciszone przez srogie spojrzenie szatyna, który już rozpoczął egzaminowanie pierwszych osób. część teoretyczna szła sprawnie, nie przynosząc większych problemów, przynajmniej do momentu, kiedy Liam stanął na przeciwko swojego podopiecznego i zmierzył go wzrokiem.
– stresujesz się – zauważył, posyłając mu nikły uśmiech, będący efektem dostrzeżenia granatowej koszulki. – spokojnie, nie będzie tak źle. czy ja zagryzłem pozostałych? – zapytał, kiwając głową w stronę innych adeptów.
– nie, ale ze mną może być zupełnie inaczej – odparł młodszy, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, tak by nie patrzeć na nikogo. – możemy zaczynać? chciałbym to już mieć za sobą – westchnął po dłuższej chwili milczenia, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
– okej, niech będzie – mruknął Payne, marszcząc brwi tak mocno, że między nimi pojawiła się wyraźna, pionowa kreska. – wymień mi dwa podstawowe rodzaje
obrony i krótko je scharakteryzuj – rzucił, odchrząkając znacząco. – no dalej, przecież
powtarzaliśmy to dziś rano.
brunet rozchylił usta, żeby udzielić mu szybkiej odpowiedzi, ale nagle zorientował się, że w jego głowie jest kompletna pustka. zestresowany jeszcze bardziej niż wcześniej, zamknął usta i spuścił głowę, zaciskając powieki z całej siły. miał ochotę rozpłakać się z bezradności, tak jak zrobił to pierwszego dnia nauki do egzaminów. jednakże nie mógł zrobić tego w obecności tych wszystkich ludzi, którzy i tak wytykali go palcami.
– Théo, spokojnie – usłyszał przy uchu czuły głos Liama, na dźwięk którego mimowolnie zadrżał i odsunął się o dwa kroki w tył.
– obrona pozycyjna i manewrowa – wyrzucił z siebie, mnąc w palcach krawędź za dużej koszulki. – pierwsza polega na tym, że grupa próbuje utrzymać swój teren, dążąc do rozbicia zgrupowań przeciwnika jeszcze przed faktyczną, przednią linią obrony albo w rejonie oddziałów „pierwszego rzutu” – wyrecytował na jednym wydechu, wbijając spojrzenie w czubki swoich butów. – obrona manewrowa skupia się bardziej na wykorzystaniu ruchliwości oddziałów, a jej celem jest osłabienie i
wyhamowanie natarcia przeciwnika – skończył i wziął głęboki oddech, uzupełniając deficyt tlenu.
brązowooki mierzył go spojrzeniem przez kilkanaście sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. przenikliwy wzrok palił bladą skórę młodszego, jednak ten starał się jakoś zachować spokój i nie wybuchnąć.
– dziękuję, to mi wystarczy – skinął głową i posłał podopiecznemu lekki uśmiech, zanim ruszył w kierunku ostatnich uczniów, których musiał przepytać przed rozpoczęciem części praktycznej.
czując ulatujący z ciała stres, Théo usiadł ciężko na ziemi i wsunął palce w trawę. powieki przymknął na moment, dzięki czemu uspokoił się znacznie szybciej niż wcześniej. jego serce dalej wybijało przyspieszony rytm, jednak nie był on tak szaleńczy, jak w czasie odpowiadania na pytanie szatyna.
– przejdziemy teraz do części praktycznej – krzyknął Payne, przywołując uczniów władczym ruchem dłoni. – teorię zdaliście wszyscy, z większym lub mniejszym trudem, dlatego nie będziemy sobie zawracali głowy terminem poprawkowym – powiedział z uśmiechem, kiwając głową z wyraźnym uznaniem. – jeśli wszyscy są gotowi, to myślę, że możemy zaczynać.
wyszedłszy z łazienki, pospiesznie rozpiął guziki koszuli, a z nóg zrzucił eleganckie buty. zastąpił je swoimi znoszonymi tenisówkami, które zawiązał dokładnie w drodze wyjątku, żeby przypadkiem się nie przewrócił. na chwilowo nagi tors naciągnął za dużą, granatową koszulkę, prawdopodobnie należącą do jego opiekuna.
– och, bogowie – sapnął pod nosem, kiedy spostrzegł wielkość nałożonego ubrania, jednak postanowił, że i tak nie ma sensu go zmieniać. – umrę na tym egzaminie – stwierdził niemal płaczliwym głosem, uśmiechając się przy tym szeroko, żeby oszukać samego siebie.
nie mając do zrobienia niczego poza nauką, chłopak usadowił się na łóżku z segregatorem rozłożonym na kolanach. jego palce sprawnie przerzucało kolejne strony, a jasne oczy uważnie śledziły tekst, dotyczący podstawowych zasad i technik obrony. nie minęło kilka minut, jak literki zaczęły odstawiać dzikie harce, tańcząc przed jego niezadowolonym spojrzeniem.
zrezygnowany, a także przepełniony niezbyt optymistycznymi uczuciami, odsunął notatki na bok i ześlizgnął się z łóżka. przeczuwał, że pomocny okaże się spacer po błoniach, jednakże nie zamierzał przeszkadzać w prowadzonych egzaminach. dlatego też, zamiast opuścić zamek głównym wyjściem, przeszedł przez to, które znajdowało się w kuchni. dzięki temu znalazł się o kilka kroków od
wrzosowiska, na którym zaczęła się cała ta chora sytuacja.
bliska obecność roślin szybko wpłynęła na samopoczucie chłopaka, który zdołał wyciszyć się, a nawet uśmiechnąć delikatnie. po zajęciu miejsca pod wierzbą płaczącą, znajdującą się na krańcu ogromnej polany, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. mimo usilnych starań, zaczął przypominać sobie potrzebne wiadomości, przez co nawet nie zauważył, jak wybiła godzina jego ostatniego egzaminu.
przestraszony tym, że się na niego spóźni, poderwał się z miejsca i ruszył na błonia szybkim krokiem. w wyznaczonym miejscu byli zebrani już niemal wszyscy, a z zamku nadciągały ostatnie osoby. uspokoiło go to tylko na krótką chwilę, po której stres wrócił ze zdwojoną siłą.
– czy są już wszyscy? – po błoniach potoczył się donośny głos Liama, który przesunął wzrokiem po adeptach, stojących przed nim w prawie prostym szeregu. – dobrze, w takim razie możemy zaczynać – pokiwał zadowolony głową i złożył dłonie za sobą, a następnie zaczął przechadzać się powoli w tą i z powrotem, nieświadomy tego, że nieprzerwanie śledzą go ciemnozielone tęczówki Théo. – zaczniemy od pytań, które zadam wam indywidualnie, żeby uniknąć podpowiadania czy prób
jakiegokolwiek ściągania – poinformował, zatrzymując się w miejscu na kilka chwil. – potem przejdziemy do części praktycznej, do której możecie się przygotować już teraz. ustawcie się w sporej odległości od siebie i na spokojnie rozgrzejcie, a ja będę do was kolejno podchodził – zakończył i klasnął głośno w dłonie, dając sygnał do wykonania jego poleceń.
nie mając wyboru, uczniowie rozeszli się po błoniach, wymieniając między sobą ostatnie uwagi. ich rozmowy zostały szybko uciszone przez srogie spojrzenie szatyna, który już rozpoczął egzaminowanie pierwszych osób. część teoretyczna szła sprawnie, nie przynosząc większych problemów, przynajmniej do momentu, kiedy Liam stanął na przeciwko swojego podopiecznego i zmierzył go wzrokiem.
– stresujesz się – zauważył, posyłając mu nikły uśmiech, będący efektem dostrzeżenia granatowej koszulki. – spokojnie, nie będzie tak źle. czy ja zagryzłem pozostałych? – zapytał, kiwając głową w stronę innych adeptów.
– nie, ale ze mną może być zupełnie inaczej – odparł młodszy, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, tak by nie patrzeć na nikogo. – możemy zaczynać? chciałbym to już mieć za sobą – westchnął po dłuższej chwili milczenia, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
– okej, niech będzie – mruknął Payne, marszcząc brwi tak mocno, że między nimi pojawiła się wyraźna, pionowa kreska. – wymień mi dwa podstawowe rodzaje
obrony i krótko je scharakteryzuj – rzucił, odchrząkając znacząco. – no dalej, przecież
powtarzaliśmy to dziś rano.
brunet rozchylił usta, żeby udzielić mu szybkiej odpowiedzi, ale nagle zorientował się, że w jego głowie jest kompletna pustka. zestresowany jeszcze bardziej niż wcześniej, zamknął usta i spuścił głowę, zaciskając powieki z całej siły. miał ochotę rozpłakać się z bezradności, tak jak zrobił to pierwszego dnia nauki do egzaminów. jednakże nie mógł zrobić tego w obecności tych wszystkich ludzi, którzy i tak wytykali go palcami.
– Théo, spokojnie – usłyszał przy uchu czuły głos Liama, na dźwięk którego mimowolnie zadrżał i odsunął się o dwa kroki w tył.
– obrona pozycyjna i manewrowa – wyrzucił z siebie, mnąc w palcach krawędź za dużej koszulki. – pierwsza polega na tym, że grupa próbuje utrzymać swój teren, dążąc do rozbicia zgrupowań przeciwnika jeszcze przed faktyczną, przednią linią obrony albo w rejonie oddziałów „pierwszego rzutu” – wyrecytował na jednym wydechu, wbijając spojrzenie w czubki swoich butów. – obrona manewrowa skupia się bardziej na wykorzystaniu ruchliwości oddziałów, a jej celem jest osłabienie i
wyhamowanie natarcia przeciwnika – skończył i wziął głęboki oddech, uzupełniając deficyt tlenu.
brązowooki mierzył go spojrzeniem przez kilkanaście sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. przenikliwy wzrok palił bladą skórę młodszego, jednak ten starał się jakoś zachować spokój i nie wybuchnąć.
– dziękuję, to mi wystarczy – skinął głową i posłał podopiecznemu lekki uśmiech, zanim ruszył w kierunku ostatnich uczniów, których musiał przepytać przed rozpoczęciem części praktycznej.
czując ulatujący z ciała stres, Théo usiadł ciężko na ziemi i wsunął palce w trawę. powieki przymknął na moment, dzięki czemu uspokoił się znacznie szybciej niż wcześniej. jego serce dalej wybijało przyspieszony rytm, jednak nie był on tak szaleńczy, jak w czasie odpowiadania na pytanie szatyna.
– przejdziemy teraz do części praktycznej – krzyknął Payne, przywołując uczniów władczym ruchem dłoni. – teorię zdaliście wszyscy, z większym lub mniejszym trudem, dlatego nie będziemy sobie zawracali głowy terminem poprawkowym – powiedział z uśmiechem, kiwając głową z wyraźnym uznaniem. – jeśli wszyscy są gotowi, to myślę, że możemy zaczynać.
poniedziałek, 1 października 2018
46
Liam stał przed klasą oparty o ścianę, z rękoma zaplecionymi na piersi. właśnie trwał jeden z ostatnich egzaminów śródsemestralnych, a on zapewne denerwował się bardziej niż niejeden z adeptów. odepchnął się od ściany i zaczął chodzić w tę i z powrotem. w myślach powtarzał wszystkie zagadnienia, które przerobił z Théo i zastanawiał się czy czegoś nie przegapili.
przebiegł palcami po swojej twarzy, uspakajając się. przysiadł na parapecie co jakiś czas zerkając
na drzwi. wkrótce salę zaczęli opuszczać pierwsi uczniowie, którzy skończyli pisać. Liam za każdym razem podrywał głowę do góry, myśląc że to francuz. z czasem zaczął też nałogowo zerkać na zegarek.
wziął głęboki wdech by się uspokoić i przymknął powieki. usłyszał szczęk zamka i chwilę potem na korytarzu pojawił się brunet, który cicho zamknął za sobą drzwi. w czarne dżinsowe spodnie wpuszczona była biała koszula, której rękawy podwiną do łokci. guzik pod szyją był odpięty, a w ręce ściskał czarne długopisy.
Liam zeskoczył z parapetu, gdy młodszy chłopak podszedł do niego. oparł czoło na jego piersi, więc objął go ramieniem i pogładził po plecach.
– chyba zawaliłem – odezwał się w końcu zielonooki. – mam wrażenie, jakby wszystko mi się pomieszało.
– wydaje ci się – pocieszył go szatyn, całując w czubek głowy. – na pewno nie jest tak źle jak myślisz.
– masz rację – powiedział i gwałtownie się wyprostował. – jest jeszcze gorzej.
pomyliłem wszystkie grupy. pomyliłem ich kolejność. i nie jestem pewien…
– Théo – zawołał Liam i złapał go za ramię, przyciągając do siebie. chwycił go za podbródek i nakierował jego spojrzenie na swoje, po czym uśmiechną ciepło. – na pewno nie jest tak źle. ucieszę się nawet jak zaliczysz na marną trójkę. nie musisz się znać na demonach super ekstra. jesteś lepszy w zielarstwie oraz eliksirach. nie musisz być perfekcyjny we wszystkim, jasne?
brunet westchnął ciężko, ale mimo wszystko kąciki jego ust drgnęły ku górze. Payne uśmiechnął się na ten widok. jego dłoń wsunęła się na policzek i nachylił się, by złożyć delikatny pocałunek na miękkich wargach swojego podopiecznego. oderwał się od niego, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi za sobą.
– chodź. pooddychasz świeżym powietrzem i uspokoisz się – wplótł swoje palce między bruneta i obaj skierowali się na błonia zalane przedpołudniowym słońcem. dni zrobiły się naprawdę ciepłe i przyjemne.
rozsiedli się wygodnie na trawie, która stała się bardziej zielona, gdy tylko Théo się pojawił. Liam wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach. dłonie oparł za plecaki i odchylił głowę do tyłu. poczuł przyjemny ciężar na swoim udzie jakim były głowa jego chłopaka.
no właśnie. chłopaka. czy aby na pewno mógł tak nazywać bruneta? nie rozmawiali o tym kim dla siebie są. po pocałunku na wrzosowisku po prostu zaczęli zachowywać się jak… jak para. obdarowywali się całusami, posyłali znaczące spojrzenia, przytulali, dotykali, trzymali za ręce i mógłby naprawdę wymienić jeszcze kilka ciekawych pozycji z listy jaka tworzyła mu się w głowie. ale nigdy tak naprawdę nie zapytał go o to. może powinien. może powinien powiedzieć: Théo.
będziesz moim chłopakiem? ale czy tak nie robią zakochane nastolatki w szkole średniej? oni przecież byli dorosłymi ludźmi.
– Liam – usłyszał głos Théo, więc wyprostował głowę i mrugając spojrzał na niego. zdążył się podnieść do pozycji siedzącej. na rękach spoczywał wianek zrobiony z margerytek, które wyrosły dookoła nich. – zrobiłem dla ciebie. i przy okazji dałem upust emocjom.
– dziękuję – uśmiechnął się delikatnie, nachylając do przodu i pozwalając by Monod wsunął na jego włosy splecione kwiatki. smukłe palce zielonookiego przebiegły przez jego włosy i zahaczyły o skroń, prześlizgując się po policzku, aż do linii szczęki, na której pojawił się zarost.
przysunął się by złożyć pocałunek na ustach chłopaka, jednak powstrzymał się w ostatniej chwili i odsunął dziwnie niepewny, gdy przypomniał sobie o czym myślał jeszcze chwilę temu. spuścił wzrok na zieloną trawę i przebiegł po niej swoimi palcami.
– muszę już lecieć – odparł Payne, podnosząc się na równe nogi i napotykając zaskoczone spojrzenie wciąż siedzącego bruneta. – muszę się przygotować. egzaminuję was z podstaw praktycznej obrony. o dwunastej mam pierwszą grupę. o ile się nie mylę to są to związani z ogniem.
– ty nas egzaminujesz? – zdziwił się Théo.
– tak. Reynolds wyleciał, więc zostałem wyznaczony na nauczyciela do końca tego semestru – wytłumaczył, wciskając ręce do kieszeni spodni. – tak więc do czerwca na pewno nie wyjadę z Violet Hill. powtórz materiał i widzimy się o czternastej.
odwrócił się chcąc odejść, jednak dłoń zaciskająca się na jego nogawce zatrzymała go. spojrzał więc na zielonookiego, który podniósł się i otrzepał spodnie z trawy.
– zrobiłem coś źle? – zapytał cicho i niepewnie. Payne westchnął i pogładził go po policzku, uśmiechając się delikatnie.
– nie, Théo – odpowiedział. – po prostu czasem za dużo myślę.
cmoknął go na pożegnanie w czoło i skierował się do zamku. odłożył wianek Théo ostrożnie na biurko, po czym przebrał się w swoją czarną obcisłą koszulkę i szare spodnie dresowe. wziął zestaw swoich sztyletów. choć nie był pewny czy mu się przydadzą, po czym udał się z powrotem na błonia. Théo już na nich nie było.
pojawiła się za to grupa uczniów wśród której dostrzegł Nialla.
przebiegł palcami po swojej twarzy, uspakajając się. przysiadł na parapecie co jakiś czas zerkając
na drzwi. wkrótce salę zaczęli opuszczać pierwsi uczniowie, którzy skończyli pisać. Liam za każdym razem podrywał głowę do góry, myśląc że to francuz. z czasem zaczął też nałogowo zerkać na zegarek.
wziął głęboki wdech by się uspokoić i przymknął powieki. usłyszał szczęk zamka i chwilę potem na korytarzu pojawił się brunet, który cicho zamknął za sobą drzwi. w czarne dżinsowe spodnie wpuszczona była biała koszula, której rękawy podwiną do łokci. guzik pod szyją był odpięty, a w ręce ściskał czarne długopisy.
Liam zeskoczył z parapetu, gdy młodszy chłopak podszedł do niego. oparł czoło na jego piersi, więc objął go ramieniem i pogładził po plecach.
– chyba zawaliłem – odezwał się w końcu zielonooki. – mam wrażenie, jakby wszystko mi się pomieszało.
– wydaje ci się – pocieszył go szatyn, całując w czubek głowy. – na pewno nie jest tak źle jak myślisz.
– masz rację – powiedział i gwałtownie się wyprostował. – jest jeszcze gorzej.
pomyliłem wszystkie grupy. pomyliłem ich kolejność. i nie jestem pewien…
– Théo – zawołał Liam i złapał go za ramię, przyciągając do siebie. chwycił go za podbródek i nakierował jego spojrzenie na swoje, po czym uśmiechną ciepło. – na pewno nie jest tak źle. ucieszę się nawet jak zaliczysz na marną trójkę. nie musisz się znać na demonach super ekstra. jesteś lepszy w zielarstwie oraz eliksirach. nie musisz być perfekcyjny we wszystkim, jasne?
brunet westchnął ciężko, ale mimo wszystko kąciki jego ust drgnęły ku górze. Payne uśmiechnął się na ten widok. jego dłoń wsunęła się na policzek i nachylił się, by złożyć delikatny pocałunek na miękkich wargach swojego podopiecznego. oderwał się od niego, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi za sobą.
– chodź. pooddychasz świeżym powietrzem i uspokoisz się – wplótł swoje palce między bruneta i obaj skierowali się na błonia zalane przedpołudniowym słońcem. dni zrobiły się naprawdę ciepłe i przyjemne.
rozsiedli się wygodnie na trawie, która stała się bardziej zielona, gdy tylko Théo się pojawił. Liam wyprostował nogi, krzyżując je w kostkach. dłonie oparł za plecaki i odchylił głowę do tyłu. poczuł przyjemny ciężar na swoim udzie jakim były głowa jego chłopaka.
no właśnie. chłopaka. czy aby na pewno mógł tak nazywać bruneta? nie rozmawiali o tym kim dla siebie są. po pocałunku na wrzosowisku po prostu zaczęli zachowywać się jak… jak para. obdarowywali się całusami, posyłali znaczące spojrzenia, przytulali, dotykali, trzymali za ręce i mógłby naprawdę wymienić jeszcze kilka ciekawych pozycji z listy jaka tworzyła mu się w głowie. ale nigdy tak naprawdę nie zapytał go o to. może powinien. może powinien powiedzieć: Théo.
będziesz moim chłopakiem? ale czy tak nie robią zakochane nastolatki w szkole średniej? oni przecież byli dorosłymi ludźmi.
– Liam – usłyszał głos Théo, więc wyprostował głowę i mrugając spojrzał na niego. zdążył się podnieść do pozycji siedzącej. na rękach spoczywał wianek zrobiony z margerytek, które wyrosły dookoła nich. – zrobiłem dla ciebie. i przy okazji dałem upust emocjom.
– dziękuję – uśmiechnął się delikatnie, nachylając do przodu i pozwalając by Monod wsunął na jego włosy splecione kwiatki. smukłe palce zielonookiego przebiegły przez jego włosy i zahaczyły o skroń, prześlizgując się po policzku, aż do linii szczęki, na której pojawił się zarost.
przysunął się by złożyć pocałunek na ustach chłopaka, jednak powstrzymał się w ostatniej chwili i odsunął dziwnie niepewny, gdy przypomniał sobie o czym myślał jeszcze chwilę temu. spuścił wzrok na zieloną trawę i przebiegł po niej swoimi palcami.
– muszę już lecieć – odparł Payne, podnosząc się na równe nogi i napotykając zaskoczone spojrzenie wciąż siedzącego bruneta. – muszę się przygotować. egzaminuję was z podstaw praktycznej obrony. o dwunastej mam pierwszą grupę. o ile się nie mylę to są to związani z ogniem.
– ty nas egzaminujesz? – zdziwił się Théo.
– tak. Reynolds wyleciał, więc zostałem wyznaczony na nauczyciela do końca tego semestru – wytłumaczył, wciskając ręce do kieszeni spodni. – tak więc do czerwca na pewno nie wyjadę z Violet Hill. powtórz materiał i widzimy się o czternastej.
odwrócił się chcąc odejść, jednak dłoń zaciskająca się na jego nogawce zatrzymała go. spojrzał więc na zielonookiego, który podniósł się i otrzepał spodnie z trawy.
– zrobiłem coś źle? – zapytał cicho i niepewnie. Payne westchnął i pogładził go po policzku, uśmiechając się delikatnie.
– nie, Théo – odpowiedział. – po prostu czasem za dużo myślę.
cmoknął go na pożegnanie w czoło i skierował się do zamku. odłożył wianek Théo ostrożnie na biurko, po czym przebrał się w swoją czarną obcisłą koszulkę i szare spodnie dresowe. wziął zestaw swoich sztyletów. choć nie był pewny czy mu się przydadzą, po czym udał się z powrotem na błonia. Théo już na nich nie było.
pojawiła się za to grupa uczniów wśród której dostrzegł Nialla.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)