czwartek, 27 września 2018

45

zegar stojący na szafce nocnej wskazywał północ, kiedy Théo w końcu wstał z krzesła stojącego przy biurku. nawet nie zorientował się, kiedy piętnaście minut zmieniło się w godziny, płynące nadzwyczaj szybko. w czasie przerabiania notatek Liama zjadł niemal połowę łakoci, które ten mu przyniósł, przez co nie czuł się najlepiej. nie zamierzał jednak narzekać, bo było to bardzo miłe.
uśmiechnąwszy się pod nosem na widok śpiącego opiekuna, brunet złapał swoją piżamę i wszedł z nią do łazienki. zdecydował, że nie ma już siły na branie prysznica, więc po prostu przebrał się, wrzucając brudne ubrania do wiklinowego kosza.
– Liam – zamruczał pod nosem chłopak, kiedy już wrócił do sypialni. – przesuń się, bo będę spał na tobie – zaśmiał się do jego ucha i z czułym uśmiechem popatrzył w zaspane, sarnie tęczówki, które właśnie wyłoniły się spod ciężkich powiek. – przesuń się i najlepiej przebierz – powiedział, przebiegając palcami po jego rozwichrzanych włosach.
szatyn mruknął niezadowolony i podniósł się z materaca, wyciągając ramiona wysoko do góry. dzięki temu, krawędź jego koszulki uniosła się, a zielonooki mógł dostrzec fragment wyrzeźbionego brzucha. zrobiło mu się przez to trochę gorąco, więc pospiesznie odwrócił wzrok i odchrząknął znacząco.
– która godzina? – westchnął zachrypniętym głosem Payne, przecierając palcami powieki. – północ? tylko mi nie mów, że dopiero teraz odłożyłeś książki – warknął niezadowolony, opadając na materac obok młodszego chłopaka. – wiem, że chcesz to zaliczyć jak najlepiej, ale nie możesz się przemęczać
– stwierdził z cichym westchnieniem, przykładając dłoń do jego zaróżowionego policzka.
zielonooki przysunął się do niego z ustami, wygiętymi w podkówkę i niewinnym spojrzeniem. nie zamierzał zarywać nocy, a siedzenie nad notatkami przedłużyło się samoistnie, więc nie miał na to wpływu.
wciąż posyłając starszemu spojrzenia pełne niewinności, usiadł okrakiem na jego udach, a dłonie ułożył na umięśnionych ramionach. liczył na to, że sposób w jaki grzecznie przeprosi, przyniesie dobre efekty. przesunąwszy czubkiem języka po dolnej wardze, przysunął się bliżej do Liama i wsunął palce jednej ręki w jego krótkie włosy. na odpowiedź nie musiał długo czekać, ponieważ ich usta spotkały się ze sobą w połowie drogi w pocałunku pełnym czułości.
 – wybaczysz? – zapytał Théo, łapiąc głęboki oddech, kiedy już przerwał pieszczotę z powodu braku powietrza. – naprawdę nie chciałem – dodał, opierając policzek na ramieniu szatyna i wypuszczając ciepły oddech w kierunku jego szyi. – Liam? – szepnął jeszcze, przyciskając wargi do jego ucha i łaskocząc je lekko.
brązowooki zerknął na niego z rozbawieniem i zmusił do wstania ze swoich kolan. zaraz potem złapał młodszego za biodra i przewrócił na materac, nie hamując przy tym cichego śmiechu. nawet wtedy, gdy w jego stronę zostały posłane spojrzenia mrożące krew w żyłach.
– wybaczę – odpowiedział z rozbawieniem, wsuwając dłoń pod luźną koszulkę młodszego, by znowu poczuć na palcach dotyk jego delikatnej skóry.
Théo zadrżał lekko i opuścił powieki, rozkoszując się pieszczotami, które otrzymywał od swojego opiekuna. przyznał w myślach, że zdecydowanie woli go w wydaniu czułego i miłego, chociaż zimna postawa także była w pewien sposób pociągająca. nie mogąc się powstrzymać, zachichotał do swoich myśli i otworzył oczy, żeby ujrzeć pytające spojrzenie.
– nic, nic – pokręcił głową, podpierając się na łokciach, by mieć lepszy dostęp do warg mężczyzny, wygiętych w uśmiechu. – czy nie powinniśmy się już kłaść spać? – wyszeptał, przesuwając dłonią po swoim karku.
 – chyba masz rację – westchnął brązowooki, niechętnie podnosząc się z materaca. – pójdę już do sie… – urwał, zerkając niepewnie na uniesioną brew młodszego. – no co? po to mam chyba sypialnię, żeby móc w niej spać – wywrócił oczami, krzyżując ramiona na piersi.
 – może i tak, ale dzisiaj nie zamierzam cię nigdzie puszczać – odparł zielonooki, układając się wygodnie na swojej stronie łóżka. – proszę. dobrze wiesz, że za pół godziny i tak do ciebie przyjdę, bo nie będę mógł spać – zauważył i zagryzł dolną wargę, rzucając szatynowi błagalne spojrzenia. – zaoszczędzisz drogi nam obu.
Liam westchnął ciężko, kiedy zdał sobie sprawę, że przegrał tą dyskusję i podszedł do drzwi, żeby zamknąć je na klucz. gdy upewnił się, że do pokoju nie wejdzie nikt nieproszony, zsunął z torsu swoją koszulkę i odłożył ją na oparcie krzesła, a potem tak samo postąpił ze spodniami. nie mógł przy tym nie zauważyć rozchylonych ust bruneta oraz jego rumieńców, jednak nie
skomentował tego nawet jednym słowem.
obaj wsunęli się pod kołdrę i zgasili lampki po obu stronach łóżka. kiedy zapadła ciemność, przez chwilę panowała niezręczna cisza, przerywana skrobaniem pazurków na podłodze oraz szelestem pościeli. jednakże później, gdy wszyscy przyjęli wygodne pozycje, milczenie przestało komukolwiek przeszkadzać.
brunet przymknął powieki i przesunął dłonią po prześcieradle, aż w końcu jego palce natknęły się na skórę starszego. uśmiechając się do siebie, uniósł rękę wyżej i przysunął się do brązowookiego, obejmując go w pasie swoim ramieniem.
głowę ułożył w okolicy szerokiej klatki piersiowej i aż westchnął z rozkoszy, kiedy poczuł przyjemny zapach jego perfum.
– co robisz? – zapytał cicho Payne, otulając skórę młodszego swoim ciepłym
oddechem. – hm, Théo? nagle zebrało ci się na przytulanie? nigdy dotąd tego nie
robiłeś – zauważył trafnie.
speszony chłopak odsunął się od niego pospiesznie i zamrugał powiekami, pod którymi nagle zebrało się trochę wilgoci. nie chcąc, żeby ktoś usłyszał jego serce, bijące nieco za mocno, obrócił się na drugi bok i przycisnął do piersi rąbek kołdry.
– ej… mały, ja żartowałem – powiedział miękko brązowooki, obejmując go ramieniem i przyciągając z powrotem do siebie. – no już, uśmiechnij się – zamruczał do jego ucha i przesunął nosem po szyi, a także odsłoniętym fragmencie ramienia. – słodkich snów.
Théo przełknął głośno ślinę i rozluźnił się w uścisku starszego, pozwalając mu na ponowne wsunięcie dłoni pod koszulkę. sam natomiast dopasował się do ustawienia jego ciała i przytrzymał jego rękę swoją, uśmiechając się niepewnie do samego siebie. wkrótce potem jego powieki zaczęły stopniowo ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki, dając mu czas na upragniony odpoczynek.

poniedziałek, 24 września 2018

44

kiedy John przybiegł pod drzwi jego pokoju i zaczął skrobać pazurkami po drewnie czytał kolejną głupią książkę. odrzucił ją od razu i wpuścił zwierzaka bruneta, który momentalnie doskoczył do Lokiego. uśmiechnął się na ten widok, a po chwili zdał sobie sprawę, dlaczego fretka jest tutaj.
jego przypuszczenia potwierdziły się gdy zszedł na kolację i nie dostrzegł na niej Théo. zmarszczył brwi, pospiesznie zjadł posiłek i wrócił do swojego pokoju. zaczął przetrząsać najgłębsze zakamarki swojej szafy, aż znalazł w jednym z pudeł granatowy segregator. wyciągnął go wyraźnie z siebie dumny i wyprostował. rzucił go na łóżko podwijając rękawy swojej koszuli i spoglądając na zwierzaki. John siedział na grzbiecie Lokiego z przekrzywioną główką. jego pies też wpatrywał się w
niego uważnie.
– panowie. idziemy – zwrócił się do pupili. biała fretka zeskoczyła z psa i wspięła po ręce szatyna, gdy przykucną, by owinąć się wokół jego szyi. jego pies poderwał się, merdając wesoło ogonem, a on zgarną z łóżka segregator. zamknął drzwi i udał się do kuchni.
zrobił kubek gorącej czekolady. do jednej torebki wrzucił trochę muffin, a do drugiej – pączki z lukrem. tak zaopatrzony, z segregatorem pod pachą udał się pokoju
Théo. gdy tam się znalazł małym palcem nacisnął klamkę, a Loki załatwił resztę sprawy, wchodząc do środka z głośnym szczeknięciem.
– mam kubek gorącej czekolady oraz torebkę muffin i pączków, dla pana Monoda – odezwał się, kopniakiem zamykając drzwi i podniósł wzrok. jego spojrzenie padło na bruneta. jego włosy były potargane, a oczy jakby zapełniły się łzami w wyniku bezradności.
– cukier pomaga w nauce. pobudza szare komórki do pracy. poza tym poprawia humor – postawił kubek na biurku, a obok niego położył torebki.
– dzięki – mruknął w odpowiedzi Théo i posłał mu słaby uśmiech.
– poza tym, mam ci do przekazań, że jutrzejszy trening został odwołany z powodu egzaminów – oznajmił Payne, kucając i pozwalając fretce zejść po jego ramieniu i uciec do Lokiego. – a poza tym, Reynolds wyleciał. ciekawe czemu?
Liam zrobił nazbyt zamyśloną minę, co sprawiło, że Théo zachichotał cicho pod nosem. moment potem uśmiechnął się do niego ciepło i stanął za jego krzesłem, patrząc na to co nad czym pracował. wyglądało to na Anatomię Demonów, na co uśmiechnął się. sięgnął do podręcznika i zamknął mu go podobnie, jak jego notatki.
– hej! – zawołał oburzony i spojrzał na granatowy segregator, który szatyn przed nim otworzył. – co to?
 – otwórz – polecił mu, prostując się. przeszedł przez pokój i usiadł na brzegu łóżka. usłyszał jak okładka segregatora uderza cicho o drewno, a folia zaczyna szeleści, kiedy przewracał kolejne stronice.
 – notatki. począwszy od historii druidów, poprzez mitologię, a na anatomii demonów kończąc – oznajmił Payne, a Théo spojrzał na niego z błyszczącymi ze szczęścia oczyma. – byłem szkolony na szpiega, ale musiałem znać się przecież na demonach i druidach.
Théo zerwał się z miejsca i podbiegł do niego. jego ręce oplotły się wokół karku szatyna i usiadł okrakiem na jego udach. chwilę potem pełne usta wpiły się w te Liama, składając z nich słodki pocałunek. starszy mężczyzna odwzajemnił go, oplatając młodszego w talii i mocno go do siebie przyciągając. opadł na materac, co spotkało się z cichym chichotem bruneta.
spojrzał w jego zielone oczy, które zabłyszczały radością. sięgnął dłonią do policzka i przejechał po nim, po czym wplótł palce w ciemne, rozwichrzone kosmyki.
przyciągnął go do kolejnego pocałunku – delikatnego i niespiesznego, przewracając ich o sto osiemdziesiąt stopni. oparł dłonie po obu stronach głowy Théo i odsunął, prostując ręce w łokciach.
– co się mówi? – spytał szatyn na co Théo zaśmiał się ciągnąc go za koszulę.
– kocham cię – odpowiedział rozbawiony.
– nie – zaprzeczył Liam i potarł swoim nosem o jego. – ale ja ciebie też. a teraz co się mówi.
– dzię-ku-ję – przesylabizował zielonooki, a starszy uśmiechnął się i nachylił, dając w nagrodę kolejnego całusa. oparł się na jednym łokciu przy jego boku, wsuwając dłoń pod koszulkę i gładząc go po brzuchu. skóra była ciepła, miękka oraz delikatna i mógł jej dotykać przez cały czas.
– nie martw się tak. to tylko egzaminy śródsemestralne, jak coś nie wyjdzie będziesz mógł poprawić. bardziej bym martwił się tymi końcowymi – odezwał się cicho Liam, starając się uspokoić swojego podopiecznego. – ale wiem, że nie chcesz przynieść mi wstydu, więc jutro pomogę ci z resztą notatek i pouczymy się razem.
– nie musisz mi pomagać – odpowiedział Théo, przekręcając głowę w jego stronę.
 – wiem. dobrze to wiem, ale bardzo chcę – odparł, wsuwając dłoń pod jego plecy i przyciągając go bliżej. – poza tym. będąc obok, mniej będę cię rozpraszał niż będąc w swoim pokoju, nie sądzisz?
Théo westchnął cicho i przyznał mu rację pomrukiem. szatyn uśmiechnął się błądząc dłonią po skórze pleców, znacząc żebra i linię kręgosłupa. jego podopieczny niechętnie wyplątał się z jego objęć i wrócił do biurka. odwrócił się na plecy i spojrzał na niego podbierając na łokciach.
– Théo. jest późno. musisz odpocząć – odparł. – na w pół przytomny i ze zmęczonym umysłem nie zdziałasz wiele.
– daj mi jeszcze piętnaście minut – poprosił brunet na co on westchnął i opadł z powrotem na materac, układając głowę na dłoniach. przymknął oczy i wsłuchiwał się w stukający długopis, czekając cierpliwie, aż Monod zdecyduje do niego wrócić.

sobota, 22 września 2018

43

donośny dźwięk dzwonka obwieścił koniec ostatnich zajęć tego dnia, a wszyscy adepci wysypali się na korytarze i bez zbędnych rozmów ruszyli do swoich pokoi lub biblioteki. panowała napięta atmosfera, podsycana przypomnieniami profesorów o nadciągających egzaminach, dlatego nikt nie był skory do rozmowy.
do ścisłego grona tych najbardziej niezadowolonych ze sprawdzianów wiedzy,
należał Théo, który od kilku dni starał się przyswoić potrzebną wiedzę. jednakże wszystko szło na marne, ponieważ jego myśli stale zaprzątał Liam. ale przynajmniej brunet zdołał już wypożyczyć książki, więc chociaż o tę jedną rzecz nie musiał się martwić.
– do zobaczenia na kolacji – mruknął pod nosem i skinął głową wyższemu chłopakowi, który nerwowo rozglądał się dookoła. – Niall! powiedziałem coś – wyjaśnił uprzejmie, kiedy niepewne spojrzenie niebieskookiego w końcu skupiło się na nim. – do zobaczenia na kolacji – powtórzył z naciskiem, przeczuwając, że tym razem uzyska odpowiedź.
– ta, uhm, do zobaczenia – wymamrotał blondyn  i odszedł w swoją stronę ze spuszczoną głową, wciskając dłonie do kieszeni ciasnych spodni.
Théo pokręcił głową z niedowierzaniem, ale nie skomentował niepokojącego zachowania. zamierzał zająć się poddenerwowanym Horanem wieczorem, gdyż miał nadzieję, że do tego czasu, jego emocje opadną przynajmniej częściowo. poprawka, łudził się, że tak właśnie będzie.
mając przed sobą wizję kilku godzin intensywnej nauki, ruszył w kierunku swojego pokoju, witając się z osobami, które znał jedynie z widzenia. od momentu przyjazdu, bliżej zapoznał się jedynie z Niallem oraz Zaynem, ponieważ Louisa ciężko było zaliczyć do głębszych znajomości, jednak liczył na to, że wkrótce ulegnie to zmianie. w końcu był przyjacielski w stosunku do młodszego chłopaka i starał się nie wtrącać w jego życie, a to powinno zostać docenione.
pogrążony we własnych rozmyślaniach i rozważaniach, Théo  nawet nie zauważył, jak znalazł się przed drzwiami swojego pokoju z kluczem w dłoni.
powiódłszy zaskoczonym spojrzeniem dookoła siebie, po prostu otworzył drzwi i wszedł do środka, niedbale rzucając torbę na bok i zsuwając z ramion bluzę.
zanim zabrał się do przygotowywania notatek i fiszek, które ułatwiały mu naukę już w czasach High School. dodatkowo wywietrzył pomieszczenie i opuścił je na jakiś czas. w ciągu półtorej godziny zakradł się do kuchni i przygotował spore zapasy zdrowych przekąsek i zielonej herbaty, żeby nie zgłodnieć do wieczora, a także odebrał Johna.
– tym razem potowarzyszysz mi chociaż trochę, co? – zapytał zwierzaka, balansując na jednej nodze, żeby utrzymać wszystkie niesione rzeczy. – bawet nie próbuj zwiewać! – pisnął, kiedy w końcu dostał się do pokoju, właściwie wpadając do niego przez utratę równowagi.
brunet podźwignął się z podłogi i pozbierał upuszczone przedmioty, zauważając z ulgą, że nie stłukł żadnego talerzyka czy termosu. ustawiwszy wszystko na biurku, dodatkowo przetarł blat mokrą ściereczką i westchnął ciężko, orientując się, że próbuje tylko przeciągnąć moment zabrania się do nauki.
– dobra, John, zabieramy się do nauki! – poinformował, dokładnie zamykając drzwi na klucz, żeby pupilowi nie przyszło na myśl uciekanie i przymknął okno, by czuć jedynie lekkie podmuchy wiatru. – i nie wyjadaj mi rzodkiewki! specjalnie przyniosłem ci pora, a ty nim gardzisz – burknął niezadowolony, odciągając fretkę od zielonej miseczki.
po krótkiej kłótni, która była mieszaniną prychania i parskania Johna oraz pretensji jego właściciela, obaj zabrali się do pracy. zwierzak przyciągnął sobie poduszkę i położył ją na blacie przy pomocy Théo, a potem zajął się chrupaniem swoich przekąsek oraz podkradaniem tych, które nie były przeznaczone dla niego.
Théo spiorunował wzrokiem swojego pupila i przesunął miski na drugą stronę blatu, poza zasięg sprytnych łapek. kiedy kolejna dyskusja o prawach i obowiązkach się zakończyła, w pokoju zaczęły roznosić się wyłącznie odgłosy sunięcia długopisu po kartce oraz ponurego chrupania.
– kurde, nie zdam tego! – wrzasnął nagle Monod, zatrzaskując gruby podręcznik, na co fretka pisnęła i schowała się za swoim posłaniem. – przepraszam, mały – jęknął, opierając się czołem o krawędź blatu, prawie zlatując przy tym z krzesła. – ale tego materiału jest cała masa. jest piątek, a egzaminy zaczynają się w poniedziałek. mam trzy dni, żeby to wszystko przyswoić – marudził, wydymając
zabawnie wargi. – ale oczywiście muszę czasem jeść i spać. i iść na praktykę podstaw
obrony – wyburczał, przesuwając palcami po maleńkiej główce zwierzaka, który
przestał się boczyć. – chyba, że Liam mnie zwolni – mruknął, już bardziej do siebie i ponownie chwycił za długopis.
zdawał sobie sprawę, że rozpaczanie nad losem nie zmieni zupełnie niczego.
jedynie zabierze cenny czas, którego miał naprawdę niewiele, nawet jeśli zamierzał zarwać najbliższe noce i opuścić kilka posiłków. oraz zajęć i jedno z dwóch spotkań przed egzaminem, kiedy to formuła wszystkich sprawdzianów wiedzy miała zostać dokładnie objaśniona.
– kto to w ogóle wymyślił – jęknął, układając na udach dłonie, drżące od kłębiącego się w nim zdenerwowania. – idę spać – poinformował Johna, rzucając się na łóżko i nakrywając głowę poduszką.
ułamek sekundy później poczuł na swoich plecach małe łapki zwierzaka oraz znajome ciągnięcie za koszulkę. nie mógł nie uśmiechnąć się na to uczucie, ale nie zmienił pozycji, zupełnie ignorując próby zwierzaka, mające na celu zaciągnięcie go do biurka.
– chcesz iść do Lokiego? – pokusił, unosząc się na łokciach, by spojrzeć za siebie ponad ramieniem i zachichotał, kiedy fretka niecierpliwie zadreptała w miejscu i pisnęła, potwierdzając. – dobra, to wypad. ale jak nie wrócisz przed godziną policyjną, to śpisz na korytarzu – przypominał, stwierdzając, że ciągłe mówienie do zwierzęcia mieści się w kategorii dziwnych zachowań.
przeklinając w myślach własną nieobowiązkowość oraz lenistwo, zielonooki zasiadł na fotelu i włączył cichą muzykę. po krótkim zastanowieniu napełnił kubek odrobiną zielonej herbaty i nerwowo zabębnił palcami o drewniany blat. ledwie zdołał się uspokoić, nerwy wróciły ze zdwojoną siłą, sprawiając, że skulił się w sobie. odstawiwszy na bok ceramiczne naczynie, podciągnął nogi do
klatki piersiowej i wypuścił z ust drżący oddech. znajdował się już na granicy płaczu i
paniki, ale nie chciał robić z siebie dziecka przed wszystkimi, którzy mogli go usłyszeć. a już zwłaszcza przed Liamem, mogącym pojawić się w każdej chwili.
– po co komu te egzaminy – mruknął do siebie po raz kolejny i niechętnie opuścił stopy na chłodną podłogę, podkulając odruchowo palce. – i za jakie grzechy muszę je zdawać – wymamrotał ponuro, biorąc w swoje smukłe palce zielony długopis, którym naskrobał tytuł działu, jaki miał właśnie przerobić.
mobilizując się w myślach tym, że po zdaniu wszystkiego będzie miał chwilę wolnego czasu na odprężenie, zabrał się za czytanie kolejnych linijek. nie zdołał jednak opanować drżenia rąk oraz ciągłego narzekania.

czwartek, 20 września 2018

42

Théo jęknął donośnie i oparł głowę na ramieniu swojego przyjaciela, jednocześnie zatrzaskując książkę. jego myśli były jednym, wielkim bałaganem od samego rana, kiedy zbliżył się do Liama. w ciągu kilku godzin, kiedy nie miał z nim żadnej styczności, doszedł do wniosku, że posunął się trochę za daleko.
siedzący obok niego chłopak wywrócił oczami i odepchnął go jak najdalej, podnosząc się z dotychczasowego miejsca. miękkie włosy opadły na jego czoło, kiedy potrząsnął głową, przymykając – kompletnie tego nie rozumiem – stwierdził, przechadzając się dookoła pokoju. – pocałowaliście się. dobra, on ciebie pocałował… wybacz, nie do końca wierzę tej wersji – wywrócił oczami i trącił butem kolano chłopaka.
ten tylko prychnął w odpowiedzi i skrzyżował ramiona na piersi. obiecał sobie, że więcej nie wspomni o tamtej sytuacji w obecności Tima, żeby nie narazić się na wysłuchiwanie jego analiz. to było zdecydowanie zbyt męczące i nie fair w stosunku do niego, bo przecież nie zrobił niczego złego.
– dobra, może nie jestem całkiem bez winy! – Théo uniósł dłonie w geście poddania i osunął się na podłogę, zaciskając przy tym powieki. – po prostu jakoś tak wyszło, okej? poszedłem rano na spacer na wrzosowisko i on mnie tam jakoś wypatrzył. potem rozbolała mnie szyja, więc ją rozmasował i no… tak mi wyszło, że mnie pocałował – westchnął i mimowolnie uśmiechnął się, ukrywając twarz w dłoniach.
– awwh, czy mały Théosiek się uśmiecha? – pisnął do jego ucha Warner i delikatnie uszczypnął jego policzek. – mały Théo się zakochał – zaświergotał jeszcze, zanim uciekł poza zasięg ramion przyjaciela i posłał mu całusa, idąc do drzwi.
Théo pokazał mu w odpowiedzi środkowy palec i niechętnie podźwignął się z podłogi. po pozbieraniu wszystkich książek, jakie walały się po podłodze i ustawieniu ich na półkach, wszedł do łazienki i umył się pospiesznie, a potem przebrał w piżamę. po kilkugodzinnym zmuszaniu się do czytania informacji, potrzebnych do nadchodzących egzaminów, nie miał siły na absolutnie nic.
przesunąwszy drzemiącego Johna na jego część łóżka, położył się pod kołdrą i wsunął palce w jego ciepłe futerko. światło zgasił dopiero po kilku minutach, kiedy jego ciężkie powieki zaczęły stopniowo opadać. jednakże, gdy tylko to zrobił, senność odpłynęła razem ze wszystkimi wątpliwościami związanymi z Liamem.
minęło kilka godzin, a Théo tylko przewracał się z boku na bok, usiłując zaznać chociaż odrobiny odpoczynku. wkrótce potem nie mógł dłużej wytrzymać bezczynności i zsunął się z materaca, biorąc na ręce swoją fretkę.
– chodź, Johnny, idziemy spać do Liama – wymamrotał, nasuwając na stopy rozsznurowane tenisówki i po ciemku ruszył do drzwi, próbując nie przewrócić się o żaden z mebli. – o ile nas nie wywali przez to, co się stało – westchnął i wyszedł na ciemny korytarz.
zwierzak tylko mruknął w odpowiedzi i umościł się wygodniej w jego ramionach. drzemał tam do momentu, gdy po cichu wsunęli się do pokoju opiekuna. wtedy zeskoczył na ziemię i podreptał do posłania Lokiego, uderzając swoimi pazurkami o drewnianą podłogę.
zielonooki uśmiechnął się pod nosem i uniósł wzrok, tym samym napotykając zaskoczone spojrzenie swojego opiekuna. zarumienił się, widząc ten intensywny wzrok i zamknął za sobą drzwi. czuł się nieco niezręcznie, ale zdawał sobie sprawę, że skoro powiedział A, to musi powiedzieć B.
 – hej – powiedział ze ściśniętym gardłem, podchodząc bliżej posłania. – mogę u ciebie nocować? – zapytał z nadzieją i zaraz westchnął, wbijając spojrzenie w swoje stopy. – znowu? o matko, zaraz tu po prostu zamieszkam – zaśmiał się nerwowo i przestąpił z nogi na nogę.
szatyn spojrzał na niego z nieukrywanym rozbawieniem, przesuwając się, żeby zrobić mu miejsce obok siebie. młodszy przyjął to z wyraźną ulgą i wskoczył pod kołdrę, jednak nie odważył się wtulić w niego tak, jak robił to wiele razy wcześniej.
– dziękuję, jesteś wielki – szepnął z uśmiechem, układając głowę na miękkiej poduszce. – uhm, wybacz, że cały czas to robię, ale lepiej śpi mi się tutaj niż u siebie – wymamrotał, nieco zawstydzony, mnąc w palcach brzeg kołdry.
– w porządku, nie przeszkadza mi to – odparł starszy, przesuwając palcami po rozwichrzonej grzywce bruneta i złożył na jego czole delikatny pocałunek. – śpij już, musisz mieć dużo siły, prawda? od jutra chcę cię widzieć przy książkach. mój podopieczny nie może przynieść mi wstydu na pierwszych egzaminach – zachichotał i czubkiem palca trącił jego nos.
Théo prychnął mu cicho i przymknął powieki, przysuwając się bliżej do mężczyzny. wtedy po raz pierwszy przyznał przed samym sobą, że czuje się przy nim wyjątkowo dobrze. i nie chodziło tylko o bezpieczeństwo, jakie dawała mu jego obecność, ale też o przyspieszone bicie serca i ogólny spokój.
– och… – uśmiechnął się do siebie brunet i wtulił twarz w poduszkę, żeby uniknąć pytającego spojrzenia. – nie, nic – powiedział, wywracając oczami, kiedy poczuł palec Liama między swoimi żebrami. – i wiesz, nie zamierzam przynosić ci wstydu – zapewnił, odsuwając się na moment od pościeli, przesiąkniętej zapachem jego perfum.
uśmiechnęli się do siebie, a wkrótce potem zgodnie zadecydowali, że czas zgasić światło. tym który to zrobił był oczywiście Payne, siedzący bliżej wyłącznika. kiedy w pokoju zapanowała ciemność, brązowooki wrócił na swoje miejsce pod kołdrą i przesunął dłonią po pościeli, w poszukiwaniu ciała młodszego.
Théo zachichotał cicho, gdy połaskotał go dotyk znajomych palców i bez zbędnych ceregieli ułożył głowę na klatce piersiowej Liama. znajome bicie serca sprawiło, że w kilka minut wyciszył się, a zmęczenie po całym dniu wróciło do niego ze zdwojoną siłą.
– dobranoc, Liamie – powiedział cicho zielonooki i uniósł głowę, żeby złożyć na rozchylonych wargach szatyna krótki pocałunek. – śpij dobrze – dodał z nikłym uśmiechem, którego świadomy był jedynie on.
nie minęło więcej niż dwadzieścia minut, a obaj spali spokojnie, spleceni w ciasnym uścisku.

wtorek, 18 września 2018

41

minął tydzień odkąd Liam przywiózł go z powrotem do Violet Hill. jego samopoczucie z dnia na dzień poprawiało się coraz bardziej dzięki wywarowi Théo oraz środkom przeciwbólowym. powoli wracały mu siły, błysk w oku i głupie żarty, które na powrót zaczynały się go trzymać. jego drzemki w ciągu dnia powoli zaczynały ograniczać się do jednej. miał nadzieję wrócić do sił na święto Beltene. nie miał zamiaru go przegapić.
dochodziła szesnasta, kiedy wybudził się z drzemki, którą uciął sobie po obiedzie. spod ciemnych powiek, wyjrzały rozmazane snem czekoladowe tęczówki, a ich spojrzenie padło na okno. zamrugał, ziewając głośno i odwracając głowę na drugą stronę.
na drewnianym krześle przy łóżku siedział Liam. miał ręce splecione na piersi, spojrzenie wbite w swoje kolana, a prawa noga drżała od nerwowego tiku.
wyraźnie był zafrasowany i brunet za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, co zaprząta myśli jego przyjaciela. podciągnął się więc lekko na łokciach, co od razu zwróciło uwagę szatyna.
– ostrożne. jeszcze coś sobie zrobisz – zakomunikował Payne i podniósł się, by poprawić poduszki. – wtedy Louis zamieni mnie w lodowy posąg.
– co cię gryzie, Li? – walną prosto z mostu, przyglądając się uważnie twarzy przyjaciela. widział panikę, która na moment wkradła się na jego twarz. jednak jak szybko się tam pojawiła, równie prędko znikła.
– mnie? gryzie? tffff… tsss. ehem. ym… taaaaaa – szatyn zaśmiał się nerwowo, przysiadając na brzegu materaca. odchrząkną i spojrzał na mulata, który wysoko uniósł prawą brew. – nic mnie nie gryzie.
– taaaaak. a ten zestaw przypadkowych dźwięków, który przed chwilą z siebie
wyrzuciłeś, tak dla rozrywki – prychnął Malik. – no już. mów.
– a co mam do ciebie mówić? – zawołał oburzony Payne. – to że poszedłem dziś rano pobiegać i zupełnie przypadkiem wpadłem na Théo na wrzosowisku? a potem wymasowałem mu obolałe plecy, pocałowałem i odprowadziłem na zajęcia?
– czekaj. co? – zawołał Zayn, szeroko otwierając oczy, gdy dostrzegł rumieniec wkradający się na twarz i szyję jego przyjaciela. – Liam. pocałowałeś Théo? czy ty się rumienisz? na Taranisa*! ty się zakochałeś! Liam James Payne zakoch... – szatyn przysłonił usta swojego kumpla, mocno zaciskając wargi, będąc już czerwonym po same uszy. w czekoladowych oczach bruneta, tańczyły iskierki radości oraz rozbawienia, gdy wpatrywał się w ciskające piorunami sarnie tęczówki.
– nie pomagasz mi, przyzywając bogów – warknął i zabrał rękę. usłyszał chichot opuszczając wargi Malika i wywrócił oczami. chciał się podnieść i wyjść, ale mężczyzna zatrzymał go.
– nie. dobra. czekaj. już nie będę się śmiał – zapewnił go na, co naburmuszony szatyn z powrotem usiadł na łóżku. – no, ale sam przyznaj. ty i miłość?
 – to był impuls – wybuchnął Payne. – po prostu… leżał na mojej piersi, a ta grzywka tak uroczo opadała na te jego oczy wpatrujące się we mnie.
– słyszysz się? – zapytał Zayn.
 – nie no, stary. wpadłeś po uszy. ale… cieszę się, że w końcu komuś udało się choć trochę przebić przez twój charakter i dotrzeć do serca.
 – co chcesz przez to powiedzieć? – spytał lekko skonsternowany Liam.
– żebyś nie schrzanił tego. bo będę pierwszym, który skopie ci dupę, jeśli to spierdolisz – odpowiedział brunet, uśmiechając się lekko. – lubię tego dzieciaka.
kąciki ust Payne’a drgnęły ku górze w delikatnym uśmiechu. już otwierał usta by coś powiedzieć, kiedy drzwi pokoju otworzyły się na oścież i do środka wpadł Louis. zamknął za sobą drzwi i od razu wskoczył na łóżko.
– nic ci nie jest? jak się czujesz? potrzebujesz czegoś? może przynieść ci z kuchni twoje ulubione ciastka? a może masz gorączkę? – wyrzucał z siebie słowa
młodszy chłopak i przyłożył chłodną dłoń do czoła mulata. Li zachichotał cicho i podniósł się, biorąc swoją bluzę.
– na razie, Zayneh – zawołał jeszcze i zniknął na korytarzu.
mulat spojrzał w niebieskie oczy Tomlinsona, które przyglądały mu się uważnie i z wylewającą się z nich troską. wstrzymał oddech na ten widok, po chwili jednak zaśmiał się przyjaźnie i przeczesał kasztanowe włosy swoimi palcami.
od kiedy szatyn go przywiózł Louis opuszczał jego pokój tylko na zajęcia. i robił to bardzo niechętnie. gdyby mógł to by nigdzie się nie ruszał, ale niestety tak to nie działało. jednak zawsze po zajęciach wracał od razu do niego i troszczył się o niego, jak tylko umiał. czasem po prostu siedział przy nim, trzymając go za rękę. czasem rozmawiali o zajęciach. innym razem Lou był tak zmęczony, że po prostu zasypiał przy jego boku. podobało mu się to, że w końcu otworzył się na
niego i nie chciał tego tracić kiedy już wyzdrowieje.
– czuję się dobrze i niczego mi nie trzeba – uśmiechnął się i zaznaczył kciukiem kość policzkową szatyna. – a ty nie powinieneś się przypadkiem uczyć? za tydzień są egzaminy śródsemestralne.
– wiesz, że jestem jednym z najlepszych uczniów – odparł wymijająco niebieskooki, znów przykładając dłoń do jego czoła i marszcząc brwi. – na pewno nic nie potrzebujesz? i nie masz gorączki? ciepły jesteś.
– ciepły jestem, bo ty jesteś obok i masz zimną dłoń – oświecił go. – i w sumie….
– co? no co? przyniosę dla ciebie cokolwiek – zapewnił go młodszy. – nawet tort czekoladowy.
– brzmi kusząco, ale ja potrzebuję tylko jednej rzeczy – wyznał Zayn i pociągnął szatyna, który wylądował na jego brzuchu. – ciebie.
oczy Louisa zabłysły lekko i wśliznął się na biodra mulata siadając na nim okrakiem. przybliżył się do jego twarzy, wręcz stykając się nosami. Malik natomiast wsunął swoje dłonie na plecy drobniejszego chłopca błądząc po nich i zostawiając palące ślady.
wsunął jedną z dłoni na policzek niebieskookiego i przyciągnął go do pocałunku. Tomlinson zacisnął mocno palce na koszulce swojego opiekuna, w pierwszej chwili chcąc go odepchnąć, ale w ostateczności poddał się i oddał pieszczotę.
ich wargi ocierały się o siebie zawzięcie, uwalniając emocje. pokój zaczął pokrywać się szronem, a okna wzorami z mrozu. pierwsze płatki śniegu zaczęły pojawiać się pod sufitem i spadać wprost na nich. to one sprawiły, że odsunęli się od siebie i rozejrzeli dookoła. mina Louisa zmieniła się drastycznie. na rozanieloną twarz wkradło się zdołowanie i smutek.
– przepraszam – szepnął, spuszczając wzrok. – to dlatego tak bardzo nie chciałem się zakochać. widzisz co się dzieje, gdy pozwalam wyższym emocją zawładnąć nad sobą.
 – nie przeszkadza mi to – odszepnął Zayn, a niebieskie tęczówki spojrzały na niego zaskoczone.
– nie?
– nie.
po ciele drobnego chłopaka rozlało się przyjemne ciepło, co skutkowało kolejną falą mrozu i chłodu w pomieszczeniu. ich oddechy mieszały się, widoczne przez niską temperaturę. policzki pokryły się rumieńcami, a kolejne płatki śniegu zaczęły na nich spadać.
Louis uśmiechnął się szeroko, a w oczach pojawiły się łzy szczęścia. starł je szybko, gdy spłynęły i na powrót wpił się w usta bruneta. ten objął go mocno w pasie, przyciągając tak blisko siebie jak to tylko było możliwe i oddawał każdy słodki pocałunek.

niedziela, 16 września 2018

40

nad całym Violet Hill unosiła się mlecznobiała mgła, przysłaniająca widoczność. spomiędzy puszystych chmurek wyglądał blady okrąg słońca, którego promienie nie były w stanie przedrzeć się przez gęstą zasłonę. znad zatoki wiała ciepła bryza, otulająca policzki tych, którzy znajdowali się na zewnątrz.
Théo powolnym krokiem wyszedł na dziedziniec i rozejrzał się dookoła, marszcząc przy tym swój drobny nosek. nie mając planu, dokąd udać się na poranny spacer, zdecydował się na okrążenie zamku. swoje kroki skierował wzdłuż wschodniej ściany, niechętnie posuwając nogi do przodu.
jego myśli wciąż wypełniała rozmowa z Liamem, którą odbył poprzedniego dnia. nie sądził nigdy, że historia jego opiekuna jest aż tak tragiczna, że stracił rodziców w młodym wieku i to w tak brutalny sposób.
chłopak westchnął cicho i przystanął nagle, kiedy jego oczom ukazało się ogromne wrzosowisko. mgła nad nim była, o dziwo, znacznie rzadsza, więc mógł dostrzec dokąd sięgają połacie kwiatów. nie zastanawiał się jednak nad tym, tylko powoli ruszył przez łąkę, uśmiechając się lekko, gdy któryś z niewielkich krzaczków nagle przyspieszał wzrost.
wciąż zmęczony po minionej nocy, w czasie której nie mógł zapaść w drzemkę dłuższą niż godzina, zsunął z ramion swoją kurtkę i położył ją na ziemi.
usiadł na suchym materiale, uważając, by przypadkiem nie zgnieść jednego z wrzosów. jego ciężkie powieki po kilku chwilach opadły, pozwalając na krótki moment wyciszenia. nie trwał on jednak długo, ponieważ do uszu chłopaka dotarł odgłos znajomych kroków.
– wstałeś wcześnie – zauważył Liam, przysiadając obok niego na skraju kurtki. – To do ciebie nie podobne – stwierdził, spoglądając na młodszego.
brunet wzruszył ramionami w odpowiedzi i zlustrował spojrzeniem szatyna. musiał przed sobą przyznać, że mężczyzna wyglądał wyjątkowo dobrze, nawet w luźnych dresowych spodniach i obszernej bluzie. kiedy tylko przepłynęło to przez myśli Théo, zaczerwienił się on mocno i pospiesznie odwrócił wzrok w drugą stronę.
– nie mogłem już dłużej siedzieć w łóżku – wyznał przyciszonym głosem, splatając ze sobą zziębnięte palce. – przez całą noc męczyły mnie koszmary. a poza tym, musiałem się wyciszyć po rozmowie z Alexandrem – dodał, zagryzając dolną wargę. – trochę na niego wczoraj naskoczyłem.
– ty? – zachichotał zaskoczony Payne, wpatrując się w zielonookiego z widocznym rozbawieniem. – ten uroczy, słodki Théo? – dodał, opanowawszy przyciszony śmiech.
– n–nazwałeś mnie uroczym? i–i słodkim? – policzki Théo przybrały jeszcze głębszy odcień czerwieni, gdy dotarły do niego słowa opiekuna. – och… – szepnął, już bardziej do siebie, pozwalając kącikom ust unieść się w górę o kilka milimetrów.
Théo i Liam, jak na komendę odwrócili spojrzenia w przeciwne strony i zamilkli. jednakże cisza nie była jedną z tych, którą chce się przerwać za wszelką cenę. ta po prostu wypełniała miejsce rozmowy, pozwalając im cieszyć się swoją obecnością, bez wypowiadania zbędnych słów.
Théo potarł palcami zaczerwienione policzki i przymknął powieki, kładąc się wygodnie na kurtce. chwilę później poczuł, że starszy wykonuje dokładnie ten sam ruch. Théo  uśmiechnął się szerzej i przysunął do niego, chcąc poczuć przyjemne ciepło, promieniujące z jego ciała. bądź, co bądź było mu nieco zimno, bez ciepłej kurtki, którą zwykle nosił na ramionach.
mijały kolejne minut, spędzone w milczeniu, przerywanym tylko przyjemnymi dla ucha westchnieniami. dookoła szumiał wiatr, niosący ze sobą śmiechy tych, którzy również zdecydowali się na poranny spacer. jednak w żaden sposób nie przeszkadzało to w zaznaniu upragnionego odpoczynku.
– auć! – nagle z ust Théo wydarł się syk, kiedy ten przekręcił głowę, a jego kark przeszedł ostry ból. – aua – dodał, rozcierając palcami obolałe miejsce. – chyba źle spałem – wyjaśnił, wyłapawszy zatroskane spojrzenie Liama i podniósł się z powrotem do pozycji siedzącej.
w mgnieniu oka, szatyn znalazł się za swoim podopiecznym i położył ciepłe
dłonie na jego ramionach. kiedy usłyszał cichy pomruk zadowolenia, zachęcony przyłożył się do masażu. wkrótce potem, jego palce wślizgnęły się pod koszulkę Théo i zaczęły błądzić po jego jasnej skórze pleców.
Théo przymknął powieki i oparł głowę o ramię brązowookiego. zaraz jednak rozchylił oczy, żeby móc patrzeć na opiekuna nieco zaspanym wzorkiem.
zauważył przy tym, że chęć wpatrywania się w szatyna jest znacznie silniejsza od jego woli, jednak szybko odsunął te myśli na bok.
– podoba ci się? – zapytał Payne, otulając ciepłym oddechem jego ucho, czym
wywołał drżenie na całym ciele młodszego. – hm? Théo? – wyszeptał, nie otrzymawszy od niego żadnej odpowiedzi i uśmiechnął się pod nosem, gdy zauważył lekkie skinienie głową.
Théo odwzajemnił gest i odsunął się nieco od Liama, a potem odwrócił przodem do niego. kiedy poczuł silne dłonie na swoich biodrach, zarumienił się mocno i zachichotał nerwowo. nie miał pojęcia do czego zmierza sytuacja, ale atmosfera zaczęła się wyraźnie zagęszczać.
wtem, brązowooki przyciągnął młodszego do swojej piersi, na której ten
wylądował z zaskoczonym wyrazem twarzy. szeroki uśmiech zaczął znikać z twarzy starszego, kiedy wpatrywał się z zaciekawieniem w zielone tęczówki drobniejszego chłopaka. widoczne zadowolenie ustąpiło miejsca niepewności, która towarzyszyła obu do momentu, gdy ich wargi spotkały się ze sobą w czułym pocałunku.
wydawało się, że wszędzie dookoła zaległa kompletna cisza. wiatr przestał wiać silnymi tchnieniami, wszyscy ludzie powrócili do zamku, jedynie mgła zagęściła się dookoła dwójki osób. dawało im to wrażenie, jakby znaleźli się na świecie zupełnie sami.
mijały kolejne minuty, które zdawały się ciągnąć godzinami, aż w końcu Théo odsunął się od Liama z niepewnym wyrazem twarzy. jego policzki były zarumienione, a oczy błyszczały dziwnym światłem, które do tej pory w nich nie gościło. na opuchnięte wargi wkradł się nieśmiały uśmiech, a on pospiesznie uciekł wzrokiem, kiedy napotkał intensywne spojrzenie starszego.
– chyba powinniśmy wracać do zamku – powiedział cicho szatyn, ujmując zimne dłonie Monoda w swoje i delikatnie pocierając je palcami. – nie powinieneś się spóźniać na lekcje – zaśmiał się nerwowo, a potem podniósł z ziemi i pociągnął za sobą bruneta.
– a odprowadzisz mnie na zajęcia? – zapytał z nadzieją zielonooki, mocniej zaciskając swoje skostniałe palce na jego dłoni. – proszę – dodał i zagryzł dolną wargę tak mocno, że niemal pokazała się na niej krew.
nie mając dużego wyboru, Payne skinął głową i podniósł spomiędzy wrzosów granatową kurtkę, którą pomógł młodszemu nasunąć na ramiona. gdy już ruszyli do zamku, odruchowo objął go ramieniem i przyciągnął do swojej piersi, co Théo przyjął z radością, której po sobie nie pokazał.

piątek, 14 września 2018

39

siedział na huśtawce trochę zbyt długo. właściwie nie był pewien ile, ale niebo z czerwonego zaczęło przechodzić w granatowe, a whiskey w szklance się skończyło. odstawił ją więc na ziemię i pochylił lekko do przodu, opierając łokcie na kolanach.
zdał sobie sprawę, że zbytnio naskoczył na Théo. nie chciał go ani popychać, ani na niego warczeć. ale po prostu to był kruchy temat i wciąż w pewien sposób bolesny. nie lubił o tym wszystkim mówić. nie powiedział nawet Zaynowi, a przecież przyjaźnili się tak długo. żałował teraz swojego zachowania.
kątem oka dostrzegł czarne vansy bruneta i zagryzł lekko dolną wargę. powoli podniósł na niego wzrok. stał przed nim z rękoma skrzyżowanymi na piersi, naburmuszony i z miną pod tytułem: mam to gdzieś, bo i tak cię nie lubię. westchnął głośno i znów spuścił wzrok na swoje buty.
– przepraszam, za moje zachowanie – odezwał się cicho. – po prostu nie lubię o tym rozmawiać.
francuz westchnął ciężko i minął go. przysiadł koło niego przez co mógł poczuć jego ciepło obok siebie. było dziwnie przyjemne i tak dobrze znajome. wiedział też czego chce brunet. przebiegł więc palcami przez swoje brązowe włosy.
– moja mama była zupełnie jak ty. była pure–blood związanym z ziemią. ojciec był zwykłym śmiertelnikiem – zaczął cicho Liam. – miałem czternaście lat.
tamtego dnia byłem chory, gdy słudzy mroku do nas przyszli. schowałem się pod łóżkiem, gdy zaczęły dochodzić mnie okropne dźwięki z dołu. wyszedłem dopiero po kilku godzinach od momentu jak ucichły. zszedłem na dół i… – zawiesił głos, przełykając głośno ślinę. – krew była wszędzie, a ja zadzwoniłem do Daryla. wtedy od dwóch lat prowadził Violet Hill. przyjechał po mnie osobiście i to właśnie tu mnie umieścił. na początku myślał, że odziedziczyłem zdolności po matce, ale potem mu się przyznałem, że posiadam dar telekinezy. mieszkałem w zamku, ucząc się jak wy i chodząc na dodatkowe szkolenia dla przyszłych szpiegów. potrzebujesz więcej?
– myślę, że to mi wystarczy – odpowiedział Théo, wyciągając rękę w jego stronę i gładząc go po ramieniu. – wiesz co duchy powiedziały mi w Świątyni?
szatyn podniósł głowę, spoglądając na niego swoimi sarnimi oczyma i niemo, pytając o ciąg dalszy.
– mówiły, że granice Violet Hill są w niebezpieczeństwie. że mrok rośnie w siłę – wyznał mu w końcu. – mówił też bym patrzył ponad charakter. twój charakter.
– coś z nim nie tak? – zapytał Payne, na rozluźnienie ponurej atmosfer, co chyba mu się udało, bo na usta bruneta wkradł się uśmiech, a moment potem opuścił je cichy chichot.
młodszy chłopak zadrżał, więc Liam podniósł się z huśtawki i podał mu rękę, którą on chwycił. wrócili do ciepłego domu i rozsiedli na kanapie w salonie. wziął drinka, którego zrobił dla niego Albert i zerkał co jakiś czas na korytarz, czekając na powrót Tima.
poczuł jak głowa bruneta opadła na jego ramię i odruchowo spojrzał na niego. jego rzęsy zatrzepotały, kiedy starał się utrzymać powieki otwarte. uśmiechnął się delikatnie i pogładził po policzku, a zmęczone, zielone oczy spojrzały na niego.
 – jeszcze troszkę i będziemy wracać – zapewnił go i w tym samym momencie usłyszeli kroki i głosy na korytarzu. obaj podnieśli się z kanapy, a chwilę potem Alexander i Tim wkroczyli do pomieszczenia.
– w takim razie Liam jutro we wszystko cię wprowadzi – odparł mężczyzna i uścisnął mu dłoń. – a teraz wybaczcie. mam jeszcze trochę papierów do przejrzenia.
– jasne, już wiem co twoje: mam trochę papierów znaczy – prychnął Liam. – poza tym, Théo jest zmęczony. tak czy siak byśmy wracali.
weszli na korytarz, gdzie chłopak założył swój płaszcz. pożegnali się z Alexandrem i wyszli kierując się w stronę zamku. Payne objął Théo ramieniem, widząc jak jego ciało drży. był wieczór, było chłodno, a w zamkowych oknach paliły się światła.
odprowadzili najpierw Warnera do jego pokoju, pożegnali się z nim i ruszyli w stronę pokoju Monoda. szatyn pożegnał się z nim jak zwykle – mierzwiąc jego ciemną grzywkę. nową rzeczą był mocny uścisk i całus w policzek. po prostu uznał to za właściwe.

środa, 12 września 2018

38

Théo zacisnął usta w wąską kreskę, a dłonie w pięści, odprowadzając wzrokiem swojego opiekuna. stał tak w bezruchu, nie zwracając uwagi na pojawienie się Alexandra w pomieszczeniu czy nerwowe chrząkanie swojego przyjaciela. skupił się raczej na bólu, który nie tylko promieniował z pogłębiających się ran, utworzonych przez ostre paznokcie, ale także serca.
nie mogąc dłużej znieść panującego napięcia oraz łez, cisnących się do oczu, brunet odwrócił się na pięcie i wypadł z salonu. dziwnym trafem, pierwszym pomieszczeniem na jakie trafił, była niewielka łazienka, wyłożona białymi płytkami. na jednej ze ścian wisiało ogromne lustro, w którym – chcąc, nie chcąc – chłopak widział swoje całe odbicie.
położywszy drżące dłonie na krawędzi niedużej umywalki, zamknął oczy i pozwolił pierwszym łzom spłynąć po zaczerwienionych policzkach. poczuł się upokorzony całą zaistniałą sytuacją, chociaż nie był do końca pewny dlaczego. przez chwilę myślał, że może uczucie jest tylko wyolbrzymione, ale nie zdołał zatuszować znajomego palenia w klatce piersiowej.
minęło kilka minut, zanim Théo zdecydował się wyprostować i rozchylić powieki, zlepione łzami. gdy zerknął przy tym na swoje odbicie, zorientował się, jak żałośnie wygląda, przejmując się słowami Liama. przecież od początku wiedział, że szatyn nie darzy go zbyt wielką sympatią, a na zostanie opiekunem zgodził się za pewnie po to, by nie mieć problemu. mimo tego przekonania, brunet pozwolił sobie na rozbudzenie nadziei, że Payne lubi go choć trochę. i teraz boleśnie przekonał się, że wcale tak nie jest.
pociągnąwszy cicho nosem, zielonooki odkręcił kurek, regulujący dopływ zimnej wody, a potem wsunął dłonie pod cienki strumień. po przemyciu twarzy i tym samym pozbyciu się zdradzieckich łez, wytarł mokrą skórę o miękki ręcznik i poprawił granatowy sweterek.
nie chcąc dłużej przeciągać swojej nieobecności, opuścił łazienkę, uśmiechając się tak, jak gdyby nic się nie stało. do salonu wszedł, przeczesując palcami przydługą grzywkę, którą Tim obiecał mu podciąć w ciągu najbliższych dni.
– wybaczcie, sprawa niecierpiąca zwłoki – powiedział z niewinnym uśmiechem, siadając na kanapie obok swojego przyjaciela, który posyłał mu niepewne spojrzenia. – w jakim celu nas tutaj… wezwałeś? – zapytał, nie tracąc radosnego tonu głosu. miał przy tym nadzieję, że jest on doskonale słyszalny z miejsca, w którym znajdował się Liam.
 – sądzę, że się pan tego domyśla, panie Monod – odparł spokojnie Alexander, rozpierając się wygodniej na szarym fotelu. – od momentu odwiedzenia przez pana Świątyni Druidów, nie otrzymaliśmy żadnej informacji na temat wydarzeń, jakie tam zaszły – mówił dalej, wpatrując się w bruneta niezbyt przyjemnym spojrzeniem. – z
panem Warnerem mam do przedyskutowania nieco inne kwestie. jednakże zostawię to na koniec.
Tim i Théo zerknęli na siebie niepewnie, a potem wrócili spojrzeniem do Alexandera, który przyglądał im się spod uniesionych brwi. żadne nie miało pojęcia, jak zinterpretować ową mimikę twarzy, więc po prostu zamilkli, oczekując na rozwój wydarzeń.
– jeśli pozwolicie, chciałbym przeprowadzić te rozmowy na osobności. proszę, panie Monod – mężczyzna podniósł się z miejsca i skinął na Théo, by ten poszedł za nim. – a pan może się bez obaw rozgościć i czuć jak u siebie w domu – dodał, stojąc już w progu.
chłopak skinął krótko głową i wstał razem z brunetem, ściskając jego dłoń w geście pocieszenia. nie wiedział, czego spodziewać się po swojej konwersacji z Alexandrem, ale miał przeczucie, że będzie o niebo przyjemniejsza od tej Théo.
Théo wziął głęboki oddech i przeszedł za starszym mężczyzną do osobnego pomieszczenia. miało ono podobny wystrój, co gabinet, w którym został przyjęty podczas pierwszego dnia w Violet Hill. było przestronne i urządzone minimalistycznie. jedną ze ścian, stanowiły duże okna, zajmujące niemal całą powierzchnię od podłogi do sufitu. w rogu stała skórzana kanapa, a po przeciwnej
stronie biurko, na którym piętrzył się stos różnych papierów.
– proszę, niech pan usiądzie – rzucił Alexander, siadając na swoim fotelu za biurkiem. jego dłonie od razu zostały splecione i oparte na ciemnym blacie, a cała sylwetka pochyliła się do przodu. – zakładam, że nie skończymy zbyt szybko – warknął ostro, marszcząc krzaczaste brwi.
nagła zamiana nastawienia, zbiła z tropu zielonookiego, który niepewnie usiadł na brzegu niewygodnego krzesła. zaczynał się czuć, jak na przesłuchaniu, mającym trwać tak długo, aż nie przyzna się do wszystkich swoich występków.
– co ma mi pan do powiedzenia na temat wydarzeń ze Świątyni? I proszę nie
odpowiadać, że nic. ponieważ obaj wiemy, że dzieje się coś niepokojącego – zaczął od
razu Alexander, podnosząc się z fotela i składając dłonie za plecami.
teraz nie przypominał tego miłego faceta, którym wydawał się przy pierwszym spotkaniu. zielonookiego uderzyło, jak bardzo podobnie zachował się Liam kilkanaście minut wcześniej. nastawienie obu mężczyzn potrafiło zmienić się w mgnieniu oka, kiedy wydawało im się, że tracą nad tym kontrolę. przynajmniej tak wydawało się młodszemu.
– j–ja… – głos bruneta zadrżał niebezpiecznie, kiedy spróbował wypowiedzieć na głos swoje zagmatwane myśli.
mimo tego, że od ostatniej wizyty w Świątyni minęło trochę czasu, to nadal nie zdołał poukładać sobie w głowie tego wszystkiego. nie chodziło tylko o spotkanie z duchami, ale także o to, co wydarzyło się do tej pory i nie zostało w żaden sposób wyjaśnione.
– są niespokojne – zaczął jeszcze raz, spuszczając zielone spojrzenie na swoje kolana, żeby móc się lepiej skupić. – ale to pewnie wie pan od Liama – dodał szybko, słysząc niezadowolone warknięcie gdzieś za sobą. – nie mówiły jakoś wybitnie składnie, tylko cały czas o niebezpieczeństwie i grani…
– dokładnie. masz powtórzyć dokładnie to, co ci wtedy powiedziały – zagrzmiał Alexander, uderzając dłonią o blat biurka. – chyba sobie, chłopcze, nie zdajesz sprawy z tego, jak cenne są dla nas te informacje – syknął, spoglądając na Théo spod zmarszczonych brwi.
zielonooki zacisnął wargi i pięści, podnosząc się powoli z fotela. owszem, w niektórych sytuacjach bał się mężczyzny, ale nie zamierzał pozwalać na obrażanie siebie. doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co mogą dać słowa, usłyszane od duchów, ale nie miałyby one żadnego znaczenia, gdyby dokładnie ich nie przeanalizował i nie przemyślał.
– tak, to pan może mówić do swoich podwładnych, ale na pewno nie do mnie – powiedział z mocą Monod, celując w Alexandra wyciągniętym palcem wskazującym prawej dłoni. – beze mnie i innych pure-blood, byłby pan nikim, czy tak? – zapytał i kontynuował, nie czekając nawet na odpowiedź.
wziąwszy głęboki oddech, pozwolił opaść napiętej atmosferze. kiedy miał pewność, że nikt na nikogo nie naskoczy, odsunął swoje krzesło i podszedł do okna.
jego zielone oczy zaczęły przeczesywać najbliższy teren, w czym drobny chłopak odnalazł dziwne ukojenie.
– jak mówiłem, w kółko powtarzały coś o niebezpieczeństwie – zaczął ponownie, nie patrząc na Alexandra, stojącego za nim i dokładnie przysłuchującemu się każdemu słowu. – mówiły niebezpieczeństwo, strach, zło, granice, niebezpieczeństwo, zło, mrok, siła – powtórzył dokładnie zasłyszane słowa i otworzył usta, żeby mówić dalej. – i… – urwał natychmiastowo, przypominając sobie najwyraźniejsze zdania, którym mimo wszystko nie chciał się z nikim dzielić. – i tak w kółko – zakończył nieco kulawo, mając nadzieję, że nie zostanie przyciśnięty do muru.
ponad charakter. patrzeć ponad charakter. serce ważniejsze. zakołatało w głowie francuza, który uśmiechnął się mimowolnie pod nosem. nieprzyjemne uczucia, kłębiące się w nim od momentu konfrontacji z Liamem nagle zniknęły. odetchnął dzięki temu z ulgą, nie czując już nieprzyjemnego palenia w klatce piersiowej.
– jeśli to już wszystko, to pozwoli pan, że wrócę do salonu – rzucił pospiesznie i ruszył do drzwi, czując dziwną potrzebę porozmawiania ze swoim opiekunem, który prawdopodobnie znajdował się gdzieś w okolicy domu. – poproszę do pana Tima – dodał, zamykając za sobą drzwi.
odnalazłszy drogę do salonu bez najmniejszego trudu, Théo wszedł do środka i posłał chłopakowi delikatny uśmiech. pytanie o przebieg rozmowy zbył machnięciem ręki i poinformował go, że Alexander czeka w swoim gabinecie. od razu poinstruował go,
jak tam dotrzeć. kiedy Tim zniknął  z pomieszczenia, zielonooki rozejrzał się dookoła i poszedł w tym samym kierunku, co Liam, kiedy opuszczał pomieszczenie.
gdy dotarł do tylnych drzwi, zawahał się przez moment, ale nacisnął klamkę i
wyszedł z budynku, szukając wzrokiem szatyna.

poniedziałek, 10 września 2018

37

słońce powoli chowało się za horyzontem, gdy wyszedł na korytarz. poprawił mankiety swojej czarnej marynarki i dopiął guzik. rzadko ubierał się tak elegancko. nie przepadał za tym zbytnio, ale sytuacja tego wymagała. może to nie była jakaś wystawna kolacja, ale bądź co bądź szli na rozmowę z Alexandrem.
stanął przed drzwiami pokoju Théo skąd dochodziły chichoty. uniósł rękę by zapukać, kiedy wstrzymał się w ostatniej chwili, wsłuchując w śmiech bruneta. nie słyszał go nigdy odkąd go tu przywiózł. nie śmiał się, jego usta rzadko wyginały się w uśmiechu. oczy nie błyszczały, a policzki nie były od niego zarumienione.
spuścił wzrok i westchnął cicho, wsłuchując się w głośny wybuch śmiechu po drugiej stronie drzwi. jego kąciki ust uniosły się ku górze, gdy zdał sobie sprawę jak zaraźliwy jest śmiech chłopaka. nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, który jednak zelżał, gdy zdał sobie, że to nie on go wywołał. to wtedy zapukał w pomalowane drewno.
śmiechy ucichły, a zastąpiło je głośne „ciiii”. moment potem drzwi otworzyły się, a na progu stanął Tim, poprawiając swoje brązowe włosy. wyszczerzył zęby w uśmiechu i nachylił się by przywitać się z nim cmoknięciem w policzek.
– wyglądasz dobrze, Li – stwierdził, lustrując go.
– ty też – oświadczył prześlizgując się po czerwonej koszuli, która podkreślała jego kształty. za
nią pojawił się Théo w czarnych spodniach, białej koszuli i granatowym sweterku z
białymi lamówkami. wyglądał uroczo z wypiekami na twarzy i błyskiem radości w oku.
– wow, Liam – odparł patrząc na niego, a potem na siebie. – m–może powinienem się przebrać?
– nie. nie trzeba – zaprzeczył, chwytając Monoda za ramię, gdy miał zamiar wrócić do pokoju. – wyglądasz ślicznie.
zarumieniony brunet zamknął więc drzwi i skierowali się do wyjścia z zamku. szatyn zarzucił na ramiona czarny płaszczyk wiosenny. wyszli na dolne miasto i skręcili na lewo kierując się na granice miasta.
stał tam duży nowoczesny dom. salon na parterze był widoczny już z daleka; przeszklony i oświetlony jasnymi lampami. oni skierowali się do drzwi, w które szatyn zapukał i wziął głęboki wdech, gdyż rzadko tu bywał odkąd w wieku osiemnastu lat przeprowadził się do centrum miasta po zakończeniu swojego szkolenia.
drzwi otworzył im kamerdyner. był to elegancki starszy pan o wdzięcznym imieniu Albert. przywitał ich ciepłym uśmiechem i z łagodnością w szarych oczach.
– dzień dobry, paniczu Liamie – zwrócił się do niego, po czym spojrzał na resztę.
– dzień dobry, Albercie – odpowiedział, przekraczając próg i rozglądając się po korytarzu. moment potem odwrócił się na pięcie i spojrzał na Théo oraz Tima. – wuj już jest?
– pan Alexander dzwonił przed chwilą i kazał przekazać, że spóźni się dziesięć minut – odpowiedział mężczyzna, odbierając od Tima płaszcz. – prosił byście rozgościli się w salonie.
Liam od razu wyłapał zaskoczone spojrzenie Théo. odkaszlnął dla oczyszczenia gardła i wszedł do przeszklonego pomieszczenia. od razu udał się do komody, na której stała srebrna tacka, a na niej szklanki i karafka. otworzył ją i nalał sobie whiskey. moment potem usłyszał czyjeś kroki co znaczyło, że zarówno Tin jak i Théo znaleźli się w pokoju. przez moment panowała cisza, którą w
końcu przerwał zielonooki.
– Daryl Alexander, szef ISMIO jest twoim wujkiem? – zapytał, nie dowierzając i podchodząc bliżej Payne’a.
– tak bardzo cię to dziwi? – odpowiedział chłodno szatyn, upijając łyk alkoholu. Tim stał przy białej kanapie obserwując ich.
– no… tak – powiedział zawiedziony brunet. – mogłeś mi powiedzieć.
– mogłeś zapytać – odparł opiekun. – poza tym nie muszę ci się z tego zwierzać.
– oh. czyli ty możesz wiedzieć o mnie wszystko i rozpowiadać, że jesteś moim chłopakiem, podczas gdy ja nie mam prawa się dowiedzieć, że Daryl Alexander jest twoim wujem, tak?! – wybuchnął Théo mocno przy tym gestykulując.
Liam zacisnął usta, ustawiając wokół siebie znajomy mur. spiorunował bruneta spojrzeniem i lekko odepchnął od siebie, nie chcąc go tak blisko. napiął mięśnie jakby szykując się do walki. dlatego nigdy nie chciał zostać opiekunem. nie lubił tego całego zwierzania się i zawierania znajomości. wolał jechać w teren, pozabijać parę demonów i przywieźć jakiegoś pure-blood tutaj. to było o wiele
lepsze. nie potrzeba było opowiadać o sobie.
– odwal się – warknął przez zaciśnięte zęby, ciskając błyskawice w kierunku młodszego chłopaka. moment potem trzasnęły drzwi do domu.
odwrócił się i dolał sobie więcej whiskey, po czym wyminął kanapę. wyszedł na korytarz gdzie przystanął, patrząc w ciemne oczy Daryla. upił łyk trunku, który zaczął palić jego gardło.
– są w salonie – rzucił i udał się w stronę tylnego wyjścia. wyszedł na ogród gdzie zaczerpnął świeżego powietrza. przeszedł przez niego i usiadł na bujanej ławce, a ostatnie promienie słońca musnęły jego twarz. lekki, chłodnawy, kwietniowy wiatr zatańczył w jego włosach i otulił twarz. przymknął oczy i westchnął ciężko, obracając w palcach szklankę z alkoholem. upił kolejny łyk i odchylił głowę do tyłu.

piątek, 7 września 2018

36

Théo westchnął cicho i przechyli głowę, odprowadzając wzrokiem swojego opiekuna. ciemnozielone spojrzenie sunęło przez chwilę po umięśnionych plecach, aż w końcu zniknęło pod opadającymi powiekami. na jego wąskie usta wkradł się delikatny uśmiech, który pozostał tam na dłuższą chwilę.
– uroczy jest – odezwał się znajomy, chłopięcy głos tuż nad uchem bruneta. – bylibyście bardzo ładną parą – dodał chłopak, stając obok swojego przyjaciela.
Théo zaczerwienił się i zamrugał szybko powiekami, spoglądając w dół na swoje stopy. nie był przekonany co do usłyszanych słów, ale aż zachichotał, kiedy w jego głowie pojawił się romantyczny scenariusz. szybko jednak wyrzucił go z myśli, żeby nie rozpraszać się za bardzo.
– no wiesz, Tim! jak ty w ogóle możesz mówić takie rzeczy – oburzył się, krzyżując ramiona na piersi i teatralnie marszcząc brwi. – przecież to Liam i… – urwał, odwracając się powoli w stronę brunetki, stojącej po jego prawej stronie. – Tim! – wrzasnął uradowany, zanim rzucił się mu na szyję. – co? jak? ale… skąd się tutaj wziąłeś?! – zapiszczał zielonooki, podskakując dookoła niczym kauczukowa piłeczka.
– no już, uspokój się! – zachichotał brązowooki i przyciągnął go do kolejnego, silnego uścisku i ucałował w zaczerwieniony policzek. – będziesz musiał podziękować przystojnemu koledze – stwierdził, poruszając przy tym zabawnie brwiami. – nie rób takich min, wiesz, że mam rację – wzruszył ramionami i jednym z nich objął chłopaka w pasie.
brunet tylko prychnął i poprowadził go w stronę swojego pokoju, opowiadając z podekscytowaniem o wszystkim, co do tej pory zrobił. oczywiście pominął szczegóły niektórych treningów, ponieważ skarżenie mogło się źle skończyć dla Toma. i być może Liama, bo Tim mógł obwinić o to także jego – był do tego zdolny.
– cieszę się, że tu ze mną jesteś – powiedział zielonooki, wskakując na swój materac. – no… teraz przynajmniej nie będę tak całkiem sam, kiedy on znowu wyjedzie – westchnął ze smutkiem i ponownie powił się rumieńcem. – nieważne.
Warner uniósł wyżej jedną brew i uśmiechnął się pod nosem, kładąc się obok przyjaciela i całując lekko jego skroń. też był uradowany tym, że ma go z powrotem przy sobie, ponieważ ostatnie tygodnie spędził na zamartwianiu się o niego. jednak z drugiej strony nie był pewien, jak poradzi sobie w nowym środowisku, z którym nie miał nic wspólnego.
ciche westchnienie uleciało z jego warg, kiedy oparł głowę na ramieniu Théo i przymknął oczy. zaraz potem poczuł na swoim czole pocałunek, delikatny jak dotyk skrzydeł motyla, przez co kąciki jego ust powędrowały do góry.
– nie ma się czym martwić – szepnął do niego przyjaciel, gładząc go uspokajająco po ramieniu. – ci ludzie w większości są… indywidualistami, ale znaczną część da się polubić – stwierdził z uśmiechem, siadając wygodniej na materacu i poprawiając poduszkę. – jutro przedstawię ci Nialla. Louisa i Zayna to przy okazji, a Liama siłą rzeczy znasz – zachichotał i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
brunet przymknął powieki i mocniej przytulił przyjaciela, nie mogąc przestać się uśmiechać czy cicho śmiać. rozpierała go taka radość, że nie potrafił się powstrzymać. nie dość, że zrobił coś, co mogło pomóc Malikowi, to jeszcze znowu miał przy sobie Tima. bardzo podniosło go to na duchu, zwłaszcza po licznych porażkach, jakie odniósł pod nieobecność opiekuna.
– dobrze, że znowu jesteś – wymamrotał w końcu, po dłuższej chwili milczenia, w czasie której oboje wsłuchiwali się w bicia swoich serc oraz zawieruchę, panującą za oknem. – zostajesz u mnie na noc? jeszcze się rano obudzę i pomyślę, że to był tylko sen – wzruszył ramionami, kiedy napotkał zaskoczone spojrzenie.
– a twój chłopak nie będzie zazdrosny? – wypalił chłopak i zagryzł dolną wargę, uciekając w bok swoim spojrzeniem. – zignoruj mnie, gadam głupoty ze zmęczenia – dodał szybko i zsunął się z materaca. – to ja może jednak pójdę… wrócę rano, dobrze? zanim się obudzisz – zaświergotał z uśmiechem, muskając wargami policzek przyjaciela.
chłopak odprowadził go wzrokiem do drzwi, siedząc na łóżku z lekko rozchylonymi ustami. zastanawiał się czyim chłopakiem miałby być w końcu brunet, jak do tej pory spotkał jedynie Liama. więc o kogo mogło chodzić?
– o matko – Théo otworzył usta mocniej, a jego oczy rozszerzyły się do rozmiaru pięciopensówek. – jestem ciekawy, co on mu nagadał – pokręcił głową z niedowierzaniem i zszedł z posłania, jednocześnie zsuwając z siebie swoją koszulkę.
przez emocje, które towarzyszyły mu od rana, nie miał siły nawet myśleć, więc ponownie napuścił wody do wanny i wsunął się tam. kiedy ciepła ciecz, pachnąca wanilią, otuliła jego zmysły, zamknął oczy i oparł głowę o krawędź.
– mój chłopak – ponownie pokręcił głową z lekkim uśmiechem na ustach i zachichotał cicho. – jestem tylko ciekaw, co mu odbiło, żeby tak powiedzieć – mruknął, a następnie zacisnął wargi, postanawiając się zrelaksować.
pół godziny później, kiedy rozległo się niecierpliwe drapanie, brunet wyszedł z jękiem z wanny i wytarł się pospiesznie ręcznikiem. owinął go niedbale wokół bioder i wszedł do sypialni, zamierzając wpuścić Johna do środka. fretka zapiszczała w podziękowaniu, wsunęła się do środka i od razu skuliła na jednej z miękkich poduszek.
Monod prychnął i wywrócił oczami, odrzucając na bok wilgotny ręcznik. przez pokój przeszedł nago, zanim naciągnął na biodra bieliznę. brudną koszulkę, noszoną przez cały dzień, zastąpił tą, którą zakładał do spania. po ekspresowym ogarnięciu pokoju, zgasił światło i położył się na materacu, drapiąc swojego zwierzaka za uchem.
– spóźniłeś się. powinienem cię zostawić na korytarzu – wyszeptał, pozwalając pupilowi owinąć się dookoła swojej szyi. – ale jesteś przyjemnie cieplutki, więc ci daruję. ale następnym razem idziesz spać do Lokiego – ostrzegł, układając się do snu.
ciężkie powieki w końcu przysłoniły ciemnozielone tęczówki, ale mimo tego brunet nie mógł zasnąć przez dłuższy czas. do jego myśli ciągle powracały słowa Tima oraz jego opiekun. druga z rzeczy nie była niczym dziwnym, ponieważ myślał o nim bardzo często.
policzki bruneta pokryły się czerwienią, kiedy dotarło do niego, jak często rozmyśla o Liamie. wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, przez co zrobiło mu się wstyd. w końcu nie powinien o nim myśleć w ten czy inny sposób.
– jeden baran… drugi baran – mamrotał gorączkowo pod nosem, próbując szybko zapaść w sen, którego bardzo potrzebował. – trzeci baran. czwarty baran. dlaczego to do cholery nie pomaga? piąty baran – sapnął pod nosem, zaciskając powieki.
po długich godzinach, spędzonych na wierceniu się na łóżku, Théo usnął.
jednakże tym razem nie był to tak spokojny sen, jakiego zaznał, tuląc się do boku swojego opiekuna.

środa, 5 września 2018

35

Liam stał z boku, z rękoma splecionymi na piersi. skórzana kurtka leżała na łóżku. jego spojrzenie sarnich oczu było intensywne i uważnie śledziło każdy najdrobniejszy ruch dłoni bruneta. wstrzymywał oddech za każdym razem, gdy drżała mu niebezpiecznie przy sporządzaniu mikstury.
zaufał mu. po raz pierwszy zaufał komuś bezgranicznie, tak do końca. Théo znał się na roślinach, ich leczniczych właściwościach. musiał więc doskonale wiedzieć z czego przyrządzić wywar dla jego przyjaciela. więc zaufał mu, bo zasługiwał na to.
oblizał spierzchłe wargi i spojrzał na wywar, który chłopak przelał do podłużnej fiolki. miał on barwę turkusa. nachylił się i lekko zastukał w paznokciem, przyglądając się płynowi. po drugiej stronie spostrzegł Théo, który również spojrzał na swoje dzieło.
– i to pomoże Zaynowi? – zapytał niepewnie Liam, spoglądając na swojego podopiecznego.
– tak. chyba tak – odparł chłopak, lekko potrząsając fiolką. – wiesz. ma właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, bakteriobójcze, przyspiesza gojenie oraz pobudza rozbudowę komórek skórnych.
– myślę, że byłby z ciebie dobry medyk – wyznał zgodnie z prawdą i potargał ciemne kosmyki włosów. Théo zarumienił się lekko na co uśmiechnął się. – chodźmy do Zayna.
chwycił swoją kurtkę, którą wsunął na ramiona. otworzył drzwi i przepuścił w nich swojego podopiecznego, po czym obije ruszyli przez zamek. cicho zapukali do drzwi pokoju bruneta, a gdy usłyszeli ciche proszę, nacisnęli klamkę i weszli do środka.
w pomieszczeniu panował chłód. ich oddechy od razu zamieniły się w obłoczki pary. na szybach pojawił się mróz, malujący wzory. Louis leżał przy boku swojego opiekuna, z dłonią na jego piersi. szatyn podniósł na nich wzrok lustrując ich uważnym spojrzeniem.
– znów gorączkuje – wytłumaczył cicho szatyn, chcąc wytłumaczyć chłód panując w pokoju. –
c–chciałem tylko obniżyć temperaturę.
– nie musisz się tłumaczyć – zapewnił go Liam, podchodząc do niego i kładąc dłoń na ramieniu. – Théo znalazł lekarstwo.
– naprawdę? – zapytał z nadzieją w głosie Tomlinson, podnosząc się z materaca. brunet uśmiechnął się w odpowiedzi i podniósł do góry fiolkę z turkusowym wywarem, po czym podszedł do łóżka i ostrożnie przysiadł na brzegu materaca.
– mógłbyś przynieść mi apteczkę? – poprosił zwracając się do Payne’a. ten przytakną i wszedł do łazienki. w szafce odnalazł drewniane pudełeczko, z którym wrócił i podał je chłopakowi.
obserwował jak Théo ostrożnie podciąga koszulkę Zayna, by odsłonić jego pierś. zdjął zużyty opatrunek i posmarował swoją miksturą ranę. można było dostrzec grymas rysujący się na twarzy mulata, gdy jej dotykał. nie było jednak innego wyjścia. następnie rozerwał opatrunek, który przykleił, by nie wdało się zakażenie.
– myślę, że odpowiednie będzie smarowanie rany dwa razy dziennie – odparł, podając Louisowi fiolkę, który z wdzięcznością ją przyjął. – rano i wieczorem wystarczy. to dość silny wywar. dodałem troszkę więcej aloesu, by wzmocnić działanie.
– dziękuję, Théo – na twarz szatyna wkradł się delikatny uśmiech. następnie okrążył łóżko i przyciągnął go do uścisku, który ten odwzajemnił.
– będzie dobrze, zobaczysz – zapewnił go, odsuwając się. – pójdziemy już. zatroszcz się o Zayna
– jasne – przytaknął Tomlinson, mocno zaciskając w palcach wywar.
pożegnali się z nim uśmiechami, a Liam zaproponował, że może czuwać przy brunecie, gdy szatyn będzie na zajęciach, co przyjął z wdzięcznością. następnie zamknął za sobą cicho drzwi i wszedł na korytarz, gdzie czekał jego podopieczny.
staną przed nim i westchnął.
jego spojrzenie stało się niezwykle łagodne i pełne wdzięczności, gdy patrzył na tego drobnego chłopaka. był tak niepewny, przez co nie zdawał sobie sprawy z mocy która w nim drzemała. miał wielkie serce, wrażliwość i współczucie, co rzadko zdarzało się w jego świecie. i przez chwilę pomyślał, że to właśnie to sprawia, iż łagodnieje przy nim.
uśmiechnął się i wyciągnął do niego dłoń. przebiegł palcami przez ciemne włosy, a jego dłoń zjechała na kark. przyciągnął go do siebie składając czuły pocałunek na jego czole, po czym objął go mocno.
– dziękuję – szepnął cicho, opierając brodę na jego głowie i wzmacniając uścisk.
– nie ma za co – odparł Théo, odwzajemniając jego uścisk. – też lubię Zayna.
przymknął oczy i ucałował go w czubek głowy, pozwalając sobie na tę chwilę zapomnienia. chciał go tak potrzymać, by zapamiętać jak ciało omegi dopasowuje się do jego. jak oddech muska jego obojczyki. jak policzek opiera się na jego piersi. a gdy podniósł powieki dostrzegł na końcu korytarza Tima. chłopak przyglądał im się z uśmiechem i dłońmi splecionymi na piersiach. pomachał mu, a
on odpowiedział mu uśmiechem i odsunął od Monoda.
przeczesał jego ciemną grzywkę i chwycił w dłonie twarz, patrząc prosto w jego
zielone oczy. kciukami musnął zarumienione policzki.
– wiesz. będziesz wielki i poradzisz sobie z każdym wyzwaniem, które przed tobą stanie – odezwał się z niezwykłą łagodnością i ciepłem w głosie Liam. – tylko uwierz w swoją siłę. a gdy już to zrobisz, to nikt cię nie zatrzyma.
– nie jestem wielki – odpowiedział cicho, a smukłe palce zacisnęły się lekko na nadgarstkach szatyna.
– zabiłeś demona, nie wiedząc jeszcze nic o magii, którą się posługujesz. po trzech tygodniach nauki stworzyłeś wywar, który uratuje komuś życie – przypomniał mu. – innym zajmuje to zdecydowanie więcej czasu. wiem co mówię. naprawdę będzie wielki.
jeszcze raz nachylił i złożył lekki, ledwo wyczuwalny całus na czole chłopaka.
potargał jego czarną grzywkę, na co zmrużył oczy.
– muszę lecieć, Głodomorku, pozałatwiać parę spraw – odparł. – ale jakby co to wiesz gdzie mnie szukać.
rzucił jeszcze jedno krótkie spojrzenie chłopakowi za plecami francuza, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył korytarzem do wąskich schodów na końcu.
czuł, coś dziwnego i przez chwilę chciał z tym walczyć. ale poddał się, bo to było naprawdę przyjemne uczucie.

poniedziałek, 3 września 2018

34

blade obłoki przykryły częściowo wschodzące słońce, pozwalając jedynie cienkim promieniom przedrzeć się przez siebie i rozświetlić przyrodę, budzącą się do życia. w niemal wszystkich pokojach, uczniowie, ich opiekunowie oraz pupile spali spokojnie, ciesząc się wolnym dniem. jedyną osobą, która zwlekła się z łóżka wraz z nadejściem poranka był Théo. tę noc spędził w sypialni Liama, jednak wolał zniknąć stamtąd stosunkowo szybko.
brunet siedział nad książkami do później nocy, przeglądając wszystkie możliwe przepisy. próbował także wymyślić coś swojego, bazując jedynie na dostępnych informacjach o zastosowaniach roślin. mimo wszelkich starań, wszystkie próby spełzły na niczym, a zrezygnowany chłopak położył się spać. jednakże nie mógł zmrużyć oka przez dłuższy czas, więc zawitał do pokoju opiekuna i dopiero tam zyskał zasłużony odpoczynek.
po śniadaniu, zjedzonym na biegu i popitym mocną kawą, francuz wrócił do swojego pokoju i posprzątał go z nadzieją, że przyniesie to jakieś efekty. rozrzucone dookoła ubrania zostały wciśnięte do kosza na brudy lub do dużej szafy. chwilowo niepotrzebne książki trafiły na regał, a kurz zniknął ze wszystkich powierzchni.
– John? chcesz mi pomóc? – zapytał brunet, spoglądając na swojego zwierzaka, który stanął jak wryty i czym prędzej pognał w stronę uchylonych drzwi. – ty mały zdrajco! – pisnął donośnie Théo, zaciskając dłonie w pięści i tupiąc nogą. – tylko masz mi wrócić przed dwudziestą drugą! – wrzasnął jeszcze, wyglądając na korytarz. – diabelskie nasienie – stwierdził cicho i ruszył w stronę łazienki.
poranna toaleta zajęła mu dużo więcej czasu niż zwykle, ponieważ po krótkim prysznicu wziął jeszcze aromatyczną kąpiel. dodał do wody kilka kropel olejku waniliowego i zanurzył się w niej po samą brodę. usprawiedliwiał się tym, że potrzebuje relaksu, żeby móc znowu trzeźwo myśleć. chociaż nie chodziło tylko o to – jego umęczone ciało wręcz krzyczało o chwilę odpoczynku.
wyszedłszy z przyjemnej kąpieli, chłopak wytarł się puszystym ręcznikiem, który przerzucił niedbale przez krawędź umywalki. wkrótce potem na jego szersze biodra wsunęła się czysta bielizna oraz luźne, jasnoszare spodnie, które znalazł wcześniej na dnie szafy. zaparowane pomieszczenie opuścił z nagą klatką piersiową, na którą naciągnął bawełnianą koszulkę.
– no to bierzmy się do roboty – powiedział do siebie, krzyżując w kostkach swoje nagie stopy i przyciągnął bliżej tom, który przeglądał jako ostatni poprzedniego wieczora. – eukaliptus gałkowy. z młodych gałązek wytwarza się olejek eukaliptusowy… wykorzystywany w lecznictwie oraz perf… to są jakieś bzdury – jęknął, oburzony Monod i odsunął od siebie ciężką książkę. zrezygnowany chłopak oparł łokcie na krawędzi biurka i wsunął smukłe palce pomiędzy swoje wilgotne kosmyki. od intensywnego myślenia zaczynała boleć go głowa, a żołądek skręcał się z nerwów, za każdym razem, kiedy odkładał na bok kolejną pozycję nie znalazłszy w niej absolutnie nic. a przecież obiecał Louisowi, że spróbuje pomóc w jakiś sposób, żeby ulżyć Zaynowi w męczarniach, które za pewne
przechodził.
Théo nie przyznał tego przed nikim, nawet przed samym sobą, ale robił to także dla swojego opiekuna. odkąd zobaczył, jak bardzo martwi go stan przyjaciela, poprzysiągł sobie w duchu, że zrobi wszystko, by Liam przestał się obwiniać. złożył kolejną obietnicę, chociaż wcale nie musiał tego robić – nikt go przecież nie poprosił.
kilka minut później, gdy brunet ponownie zagłębił się w lekturze, drzwi pokoju uchyliły się i do środka wsunął się Payne. tak, jak zazwyczaj, jego umięśniony tors i ramiona opinała bawełniana koszulka, mająca kolor biały. ciemne dżinsy zsuwały się z jego wąskich bioder, a nogawki znikały w wysokich, czarnych butach. ramiona mężczyzny opinała skórzana kurtka, którą zostawił rozpiętą, by wyeksponować pozostałe części ubioru.
zielonooki zamarł na chwilę i rozchylił usta, napawając się tym widokiem. prawdopodobnie mógłby tak na niego patrzeć już zawsze, jednak szybko został wyrwany z otępienia. przez krótkie chrząknięcie szatyna, spoglądającego na niego niecierpliwie.
– wyszedłeś, zanim zdążyłem się obudzić – wypomniał mu opiekun, opierając się lekko o krawędź biurka. – powinienem ci to wybaczyć? – zapytał, unosząc wyżej jedną brew i uśmiechnął się słabo, udzielając odpowiedzi samemu sobie. – przyszedłbym wcześniej, ale zagadałem się z Louisem – przyznał po dłuższej chwili milczenia, przerywanej nerwowym stukaniem skuwką o drewno.
– w porządku, i tak byłem trochę zajęty – odparł Théo z westchnieniem, przesuwając wzrokiem po licznych papierach, rozrzuconych na całej powierzchni sporego blatu. – próbuję pomóc, ale naprawdę nie umiem – szepnął, zaciskając drobne palce na zielonym długopisie.
Liam pokiwał głową ze zrozumieniem i odepchnął się od blatu, zagryzając dolną wargę. zanim któryś z nich zdążył się zorientować w sytuacji, siedzieli obok siebie na miękkim materacu, obejmując się nawzajem. szatyn przesunął dłonią po ramieniu młodszego i uśmiechnął się pod nosem, kiedy ten przytulił buzię do jego szyi i połaskotał ją swoim delikatnym oddechem.
brunet przymknął powieki i rozluźnił się w ramionach swojego opiekuna, na moment wyciszając swoje zmysły. od kilku dni pracował na podwyższonych obrotach, próbując zająć się wszystkim, byle nie myśleć o Liamie. kiedy wrócił, uspokoił się częściowo, ale zaraz nadeszło kolejne zmartwienie.
– mam coś dla ciebie. w sumie to coś twojego – powiedział cicho Payne, swym tajemniczym głosem zmuszając młodszego do odsunięcia się i rozchylenia sklejonych powiek. – nie zezłościsz się, że myszkowałem ci w mieszkaniu? – upewnił się, zanim wysunął z kieszeni małe zawiniątko. – proszę – szepnął na koniec i położył przedmiot na chłodnej dłoni Théo.
chłopak zmarszczył lekko brwi i pospiesznie rozsunął kawałki materiału. jego oczy rozszerzyły się momentalnie do rozmiarów monety pięciopensowej, kiedy ukazał się im zegarek. i to nie byle jaki, bo ten, który wcześniej należał do jego dziadka.
dostał go, gdy mężczyzna, będący już w podeszłym wieku, zabrał go na długi spacer po zielonej łące. było to za czasów, kiedy Théo mieszkał we Francji razem z cała swoją rodziną. Théo pamiętał, że tamtego dnia słońce świeciło, jakby jaśniej niż zwykle, a dziadek Tom opowiadał mu historie o celtach. na tamto wspomnienie, na pełnych wargach wkradł się delikatny uśmiech, a w oczach zabłyszczały kryształowe łzy.
– dz–dziękuję – wyszeptał, drżącym głosem i złożył delikatny pocałunek na szorstkim policzku brązowookiego.
kciuk Monoda przesunął się po znajomym grawerunku, przedstawiającym inicjały zmarłego dziadka oraz rysunek aloesu. w tym samym momencie chłopak zamarł i wstrzymał na chwilę oddech. przez ten cały czas znajdował się o krok od odpowiedzi, a nazwa rośliny kilkakrotnie przewinęła się w czytanych fragmentach.
– bingo – mruknął pod nosem brunet i uśmiechnął się niemal szatańsko, podrywając do góry, by odtańczyć kilkusekundowy taniec radości. – chodź, pomożesz mi, bo jest sporo do zrobienia – rzucił jeszcze, zaciskając zimne palce na nadgarstku swojego opiekuna i dopadł do biurka, by pospiesznie przewertować jeden z tomów.
odnalazłszy odpowiedni fragment, zielonooki przeczytał go pospiesznie i zatrzasnął książkę. chwilę później znajdował się na drugim końcu pokoju i wyjmował z szuflad różne fiolki oraz szalki. w jego głowie powoli tworzył się przepis na lek, potrzebny w zaistniałej sytuacji.

sobota, 1 września 2018

33

wcale nie był zadowolony, że musiał iść dziś na trening. nie spał całą noc, bo jechał jak szalony, byle by uratować Zayna. potem poszedł z Timem do Alexandra, który podpisał odpowiednie dokumenty i na razie został mu przydzielony jeden z pokoi w zamku. chciał się przespać, ale gdy przechodził przez błonia, zaczepił go pan Reynolds i powiedział, że ma dziś przyjść na trening. i dobrze by było aby wziął swoje sztylety. poszedł więc do siebie, by choć trochę się odświeżyć i przebrał w szare dresy i czarną dopasowaną koszulkę.
zszedł na błonia zdecydowanie niezadowolony. z daleka dostrzegł rząd tarcz i już wiedział dlaczego miał wziąć swoje sztylety. będą się uczyć rzucać do celu. prychnął gdyż znów nauczyciel wysługiwał się nim. zaczął się zastanawiać czy coś potrafi, choć wątpił. z tym brzuchem? odnalazł w tłumie Théo stojącego na linii z innymi. jak zawsze miał swoją czarną bluzę i trochę się denerwował. delikatny uśmiech wkradł się na jego wargi, gdy go zobaczył. zdał sobie sprawę, jak bardzo brakowało mu jego widoku. tych zielonych oczu, rumieńców na policzku oraz czarnych kosmyków.
spojrzał na nauczyciela, który przystaną i zlustrował go swoimi małymi oczkami. cwaniacki uśmieszek wkradł się na jego usta.
– spóźnił się pan, panie Payne – zawołał, a głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę. od razu wyłapał spojrzenie Monoda, którego oczy rozbłysły, a na pełnych wargi, wkradł się uśmiech. trawa nagle pokryła się połacią stokrotek i szatyn przystanął by na to spojrzeć. następnie podniósł wzrok na bruneta, który spuścił wzrok na swoje tenisówki, a na policzkach wykwitły dorodne rumieńce.
– zademonstruje nam pan rzut do celu – oznajmi mężczyzna, gdy przed nim stanął.
– jasne. nie ma sprawy. myślę, że pański opasły brzuch jest idealnym celem – odparł i poklepał go po nim, przez co zebrana grupa zachichotała. – wystarczająco szeroki. a do tego miękki, więc broń na pewno się odbije.
– Panie Payne – sapnął nauczyciel, mrużąc groźnie oczy i podnosząc palec do góry. – niech pan zważa na słowa, bo…
– nie jestem już pana uczniem – odpowiedział i uniósł do góry jeden ze sztyletów przykładając do podbródka Reynoldsa. – a pan nie nadaje się na nauczyciela praktycznych podstaw obrony. więc niech z łaski swojej zejdzie mi pan z drogi, bo nie ręczę za siebie. nie spałem całą noc, mój przyjaciel leży na w pół żywy w łóżku i nie wypiłem mojej porannej herbaty malinowej. nie jestem w najlepszym humorze jak widzisz.
spiorunował mężczyznę, który przełknął ślinę i odsunął się od Liama robiąc kilka kroków. ten rozluźnił mięśnie, które napięły się, jak zawsze gdy szykował się do walki. a tego dupka zdecydowanie trzeba było zwalczyć, gdyż oni niczego się nie nauczą.
– będę musiał porozmawiać z wujem na pana temat – odparł, a gdy odwracał się na pięcie do uczniów, kątem oka dostrzegł jak twarz nauczyciela kompletnie pobladła. poczuł satysfakcję. wiedział, że to cios poniżej pasa, ale i tak porozmawia o tym z Darylem.
– dzisiejsze zajęcia poprowadzę ja. tamten pan – wskazał za siebie – niczego was nie nauczy. widzę, że będziecie uczyć się rzucać do celu – zawołał, spoglądając na zebranych uczniów. – jednak za nim pokaże wam jak to robić musicie nauczyć się przywoływać rzeczy, które zastąpią wam sztylet. zawsze może wam wypaść.
powoli przechadzał się wzdłuż linii, na której stali zebrani uczniowie. zatrzymał się przed szczupłym blondynem o szarych oczach, który spojrzał na niego z nieukrywaną wyższością. był to ten sam, który poturbował – na poprzednim treningu.
– panie Monod – zawołał wciąż miesząc się z Tomem. – czy mógłbyś pokazać pozostałym tego wielkiego kolca, którym zabiłeś demona?
i po raz kolejny zgasił dziś osobę, która miała się za nie widomo kogo. dostrzegł w szarych oczach blondyna zaskoczenie i niedowierzanie, a jego usta lekko się rozchylił. kącik warg Liama drgnął, gdy usłyszał szepty przebiegające przez grupę. wyprostował się i spojrzał na –, który wystąpił przed wszystkim. wyciągnął dłoń, a z ziemi wyskoczyło małe pnącze, które powoli wiło się w górę. na
jego zakończeniu pojawił się długi na dziesięć cali, ciemno brązowy kolec, który został zerwany przez bruneta.
– to jeden z pomysłów, ale może wy macie jakieś inne. – wyznał. – jednak dokładnie taki sam kolec przebił serce demona.
zerknął kątem oka na swojego podopiecznego, który znów się zarumienił i lekko podenerwowany przeczesał jasną grzywkę. zaczął obracać w palcach swoją broń i wrócił do szeregu. Liam natomiast odwrócił się w stronę tarcz i chwycił w prawą dłoń jeden ze swoich sztyletów. polecił uczniom by uważnie obserwowali pracę jego rąk oraz nóg, a on sam posłał czy smukłe mini mieczyki w sam środek jednej z tarcz. rozległy się brawa, które zignorował i kazał każdemu wyczarować takie same
kolce, które zaczęli posyłać do celów z mniejszą lub większą celnością.
krążył miedzy uczniami co jakiś czas poprawiając to jednego to drugiego, dając rady lub mówiąc co robią źle. pan Reynolds zmył się w połowie zajęć pozwalając Liamowi kompletnie przejąć pałeczkę. Równo o szesnastej dał znak do zakończenia zajęć i uczniowie zaczęli się rozchodzić.
zbierał swoje sztylety, które już po chwili z powrotem spadły na ziemię, gdy – rzucił się na niego. nie spodziewał się tego. a już na pewno nie spodziewał się jego paluszków zaciskających się na czarnej koszulce. uśmiechnął się jednak i odwzajemnił jego uścisk, mocno oplatając go w talii i gładząc po plecach.
– bałem się o ciebie – wyznał brunet w jego barki. – od rana krążyły plotki, że któryś z opiekunów wrócił ledwo żywy. bałem się, że to ty.
– nie tak łatwo się mnie pozbyć – odpowiedział z uśmiechem i odsunął się, by spojrzeć w zielone oczy. – radziłeś sobie przez ten tydzień?
– tak. jakoś dałem radę – wyznał. – a kiedy wróciłeś?
– dziś rano – odparł, a wyraz jego twarzy zmienił się. posmutniał i odwrócił wzrok, po czym odsunął od chłopca, zaczynając zbierać sztylety. – to ja przywiozłem Zayna.
– och… to znaczy. dzięki tobie pewnie wyjdzie z tego – próbował go pocieszyć młodszy chłopak.
– to ja go namówiłem na tę misję – wyznał, prostując się. spojrzał na zamek gdzie w jednym z pokoi leżał jego najlepszy przyjaciel. zastanawiał się jak mógł do tego dopuści. a po chwili zdał sobie sprawę, że coś mu w tym wszystkim nie pasowało. bo Zayn został ranny w potencjalnym gnieździe demonów, a gdy przyjechał na miejsce nie było śladu po nich. jakby czekały na mężczyznę. czy to równie dobrze mógł być Aiden lub jakikolwiek inny szpieg?
– nie obwiniaj się – wyrwał go z rozmyślań głos –. – to nie twoja wina. a jak twoja misja?
– em… moja misja. tak. udała się, bez większych problemów – odpowiedział. – sam zresztą zobaczysz. a teraz wracajmy. muszę odpocząć.
objął bruneta ramieniem przyciągając blisko siebie. ucałował go w czubek głowy i obaj powoli skierowali się do zamku. miał tez nadzieję, że jego przyjaciel szybko wróci do siebie i będą mogli iść na piwo. albo soczek. na cokolwiek. byle by oblać kolejną misję, z której obaj wyszli cało.