poniedziałek, 24 września 2018

44

kiedy John przybiegł pod drzwi jego pokoju i zaczął skrobać pazurkami po drewnie czytał kolejną głupią książkę. odrzucił ją od razu i wpuścił zwierzaka bruneta, który momentalnie doskoczył do Lokiego. uśmiechnął się na ten widok, a po chwili zdał sobie sprawę, dlaczego fretka jest tutaj.
jego przypuszczenia potwierdziły się gdy zszedł na kolację i nie dostrzegł na niej Théo. zmarszczył brwi, pospiesznie zjadł posiłek i wrócił do swojego pokoju. zaczął przetrząsać najgłębsze zakamarki swojej szafy, aż znalazł w jednym z pudeł granatowy segregator. wyciągnął go wyraźnie z siebie dumny i wyprostował. rzucił go na łóżko podwijając rękawy swojej koszuli i spoglądając na zwierzaki. John siedział na grzbiecie Lokiego z przekrzywioną główką. jego pies też wpatrywał się w
niego uważnie.
– panowie. idziemy – zwrócił się do pupili. biała fretka zeskoczyła z psa i wspięła po ręce szatyna, gdy przykucną, by owinąć się wokół jego szyi. jego pies poderwał się, merdając wesoło ogonem, a on zgarną z łóżka segregator. zamknął drzwi i udał się do kuchni.
zrobił kubek gorącej czekolady. do jednej torebki wrzucił trochę muffin, a do drugiej – pączki z lukrem. tak zaopatrzony, z segregatorem pod pachą udał się pokoju
Théo. gdy tam się znalazł małym palcem nacisnął klamkę, a Loki załatwił resztę sprawy, wchodząc do środka z głośnym szczeknięciem.
– mam kubek gorącej czekolady oraz torebkę muffin i pączków, dla pana Monoda – odezwał się, kopniakiem zamykając drzwi i podniósł wzrok. jego spojrzenie padło na bruneta. jego włosy były potargane, a oczy jakby zapełniły się łzami w wyniku bezradności.
– cukier pomaga w nauce. pobudza szare komórki do pracy. poza tym poprawia humor – postawił kubek na biurku, a obok niego położył torebki.
– dzięki – mruknął w odpowiedzi Théo i posłał mu słaby uśmiech.
– poza tym, mam ci do przekazań, że jutrzejszy trening został odwołany z powodu egzaminów – oznajmił Payne, kucając i pozwalając fretce zejść po jego ramieniu i uciec do Lokiego. – a poza tym, Reynolds wyleciał. ciekawe czemu?
Liam zrobił nazbyt zamyśloną minę, co sprawiło, że Théo zachichotał cicho pod nosem. moment potem uśmiechnął się do niego ciepło i stanął za jego krzesłem, patrząc na to co nad czym pracował. wyglądało to na Anatomię Demonów, na co uśmiechnął się. sięgnął do podręcznika i zamknął mu go podobnie, jak jego notatki.
– hej! – zawołał oburzony i spojrzał na granatowy segregator, który szatyn przed nim otworzył. – co to?
 – otwórz – polecił mu, prostując się. przeszedł przez pokój i usiadł na brzegu łóżka. usłyszał jak okładka segregatora uderza cicho o drewno, a folia zaczyna szeleści, kiedy przewracał kolejne stronice.
 – notatki. począwszy od historii druidów, poprzez mitologię, a na anatomii demonów kończąc – oznajmił Payne, a Théo spojrzał na niego z błyszczącymi ze szczęścia oczyma. – byłem szkolony na szpiega, ale musiałem znać się przecież na demonach i druidach.
Théo zerwał się z miejsca i podbiegł do niego. jego ręce oplotły się wokół karku szatyna i usiadł okrakiem na jego udach. chwilę potem pełne usta wpiły się w te Liama, składając z nich słodki pocałunek. starszy mężczyzna odwzajemnił go, oplatając młodszego w talii i mocno go do siebie przyciągając. opadł na materac, co spotkało się z cichym chichotem bruneta.
spojrzał w jego zielone oczy, które zabłyszczały radością. sięgnął dłonią do policzka i przejechał po nim, po czym wplótł palce w ciemne, rozwichrzone kosmyki.
przyciągnął go do kolejnego pocałunku – delikatnego i niespiesznego, przewracając ich o sto osiemdziesiąt stopni. oparł dłonie po obu stronach głowy Théo i odsunął, prostując ręce w łokciach.
– co się mówi? – spytał szatyn na co Théo zaśmiał się ciągnąc go za koszulę.
– kocham cię – odpowiedział rozbawiony.
– nie – zaprzeczył Liam i potarł swoim nosem o jego. – ale ja ciebie też. a teraz co się mówi.
– dzię-ku-ję – przesylabizował zielonooki, a starszy uśmiechnął się i nachylił, dając w nagrodę kolejnego całusa. oparł się na jednym łokciu przy jego boku, wsuwając dłoń pod koszulkę i gładząc go po brzuchu. skóra była ciepła, miękka oraz delikatna i mógł jej dotykać przez cały czas.
– nie martw się tak. to tylko egzaminy śródsemestralne, jak coś nie wyjdzie będziesz mógł poprawić. bardziej bym martwił się tymi końcowymi – odezwał się cicho Liam, starając się uspokoić swojego podopiecznego. – ale wiem, że nie chcesz przynieść mi wstydu, więc jutro pomogę ci z resztą notatek i pouczymy się razem.
– nie musisz mi pomagać – odpowiedział Théo, przekręcając głowę w jego stronę.
 – wiem. dobrze to wiem, ale bardzo chcę – odparł, wsuwając dłoń pod jego plecy i przyciągając go bliżej. – poza tym. będąc obok, mniej będę cię rozpraszał niż będąc w swoim pokoju, nie sądzisz?
Théo westchnął cicho i przyznał mu rację pomrukiem. szatyn uśmiechnął się błądząc dłonią po skórze pleców, znacząc żebra i linię kręgosłupa. jego podopieczny niechętnie wyplątał się z jego objęć i wrócił do biurka. odwrócił się na plecy i spojrzał na niego podbierając na łokciach.
– Théo. jest późno. musisz odpocząć – odparł. – na w pół przytomny i ze zmęczonym umysłem nie zdziałasz wiele.
– daj mi jeszcze piętnaście minut – poprosił brunet na co on westchnął i opadł z powrotem na materac, układając głowę na dłoniach. przymknął oczy i wsłuchiwał się w stukający długopis, czekając cierpliwie, aż Monod zdecyduje do niego wrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz