od samego rana, atmosfera w całym zamku była ponura, a zwykle głośną salę jadalną, wypełniały tylko niechętne pomruki. krążyły pogłoski o jednym z opiekunów, który wrócił kilka godzin wcześniej i to w naprawdę beznadziejnym stanie. jedni twierdzili, że do Violet Hill jakimś cudem wkradł się demon, a inni, że rany są wynikiem nieudolności w walce z wysłannikiem mroku. jednakże większość opowieści była zmyślona lub przeinaczona, co nie było niczym dziwnym przy tak dużej liczbie osób.
Théo, siedzący w kącie pomieszczenia, razem z Niallem, rozglądał się dookoła z nadzieją, że zobaczy Liama. kiedy tylko usłyszał o rannym opiekunie, nieprzyjemne uczucie ścisnęło jego serce, ponieważ nieznane było imię owego mężczyzny. czyli mógł być nim Payne.
– ja nie wytrzymam tej bezczynności – sapnął chłopak, podnosząc się gwałtownie z krzesła, które przewróciło się i z głuchym hukiem uderzyło o posadzkę. – idę się dowiedzieć, o kogo chodzi i co się stało, zanim tutaj zwariuję – warknął, łapiąc przyjaciela za nadgarstek i zdecydowanym ruchem pociągnął go w stronę wyjścia.
blondyn wywrócił oczami w odpowiedzi i w ostatniej chwili chwycił jedną z kanapek, leżących na talerzu. chciał ją od razu skonsumować, ale powstrzymał się, widząc niebieskie tęczówki, ciskające w niego pioruny. na początku nie odpowiedział nic, wzruszając lekceważąco ramionami, na widok niezadowolonej miny.
– słuchaj, co cię tak nosi? – zapytał, mierzwiąc długimi palcami swoje blond kosmyki, oklapnięte bardziej niż zwykle. – nie sądzisz chyba, że chodzi o… och, okej. sądzisz – westchnął ciężko i, chcąc nie chcąc, podążył za niższym chłopakiem.
zielonooki spuścił głowę i wcisnął pięści do kieszeni spodni, próbując nie wybuchnąć. z jednej strony, poczułby ulgę, gdyby okazało się, że to nie jego opiekun, jednak z drugiej... cała ta sprawa wydawała mu się podejrzana. przecież takie rzeczy nie mogły się dziać po raz pierwszy. więc dlaczego panowała taka, a nie inna atmosfera? brunet zagryzł dolną wargę i rozejrzał się po pustym korytarzu, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zaniepokojony się stał.
zastanowiwszy się nad kierunkiem „spaceru” po korytarzach, Théo wypchnął policzek językiem i wzniósł oczy ku niebu. nie miał pojęcia jakim cudem miał się dowiedzieć, kto został zraniony, skoro nie wiedział gdzie go szukać. z tego, co wiedział, ranni przebywali zazwyczaj w swoich sypialniach, które były odpowiednio przygotowywane, jako miejsce odpoczynku chorego.
– dobra. czekaj tutaj, zaraz coś wykombinuję – mruknął pod nosem, zerkając spod grzywki na rozbawionego Nialla. – no nie patrz tak! to był impuls. zestresowałem się… – przyznał, także przed samym sobą, a jego serce znowu zacisnęło się w piersi. bo co, gdyby jego przeczucia okazały się trafne?
niebieskooki pokręcił głową z niedowierzaniem i trącił niższego ramieniem, a potem ruszył do swojego pokoju, nie reagując na krzyki. jasne, rozpierała go ciekawość, o kogo chodzi w tych wszystkich plotkach, ale uznał, że paniką czy domysłami, w niczym nie pomoże. a właściwie nawet zaszkodzi.
Théo zmarszczył brwi z niezadowoleniem i wyszedł przed zamek, gdzie za dwie godziny miał odbyć kolejne zajęcia z podstaw obrony. uznawszy, że ma jeszcze dużo czasu, przysiadł na jednym z kamieni i zapatrzył się na zieloną trawę. nim się zorientował, przy jego stopach wykwitły białe kwiaty, kołyszące się radośnie na wietrze. uśmiechając się pod nosem, chłopak ześlizgnął się z głazu i szybko zerwał roślinki, układając je w niewielki bukiet.
kiedy Théo podniósł się z kolan i rzucił szybkie spojrzenie na okna zamku, dostrzegł coś, co nie było widoczne w środku. w jednym z pokoi, znajdowało się coś, przypominające kroplówkę czy inny tego rodzaju sprzęt. zaniepokojony tym odkryciem, szybko policzył okna i wrócił z powrotem do budowli. jego serce kołatało w piersi, wybijając nierównomierny rytm i nie uspokoiło się ani na chwilę, kiedy szedł zimnymi korytarzami. gdy stanął przed – jak mu się wydawało – odpowiednimi drzwiami, zapukał niepewnie i wszedł, usłyszawszy ciche „proszę”.
– hej – szepnął brunet, wsuwając się do sypialni i przesunął wzrokiem po postaci, leżącej na materacu.
nic więcej nie zdążył powiedzieć, ponieważ jego gardło zacisnęło się, a w oczach stanęły łzy. pośród pościeli leżała znajoma mu osoba, która wyglądała naprawdę źle, jeśli miał to oceniać. ciemne cienie pod oczami i płytkie oddechy na pewno nie świadczyły o dobrym stanie mężczyzny, którego Théo zdążył już polubić.
– j–jak on się czuje? – zapytał niepewnie, zbliżając się do łóżka i przesuwając spojrzeniem po twarzy Zayna, pogrążonego w śnie. – wydobrzeje – stwierdził, kucając obok Louisa, który także nie wyglądał kwitnąco. – hej, na pewno nie chce widzieć, jak się smucisz – powiedział cicho, posyłając szatynowi pokrzepiający uśmiech, na co ten po prostu zgromił go spojrzeniem i mocniej zacisnął palce na bezwładnej dłoni swojego opiekuna.
Théo wypuścił z ust cichutkie westchnienie i podniósł się z kucek, a potem na palcach przeszedł do łazienki. znalazł tam niewielki pojemniczek, który napełnił wodą. wsunął do niego, przygotowany wcześniej, bukiet i położył go na parapecie, ożywiając nieco pomieszczenie.
nie mając najmniejszego zamiaru zostawiać obu osób w takim stanie, Théo usadowił się pod ścianą i zaczął bawić swoimi palcami. spod grzywki nieustannie obserwował poczynania Louisa oraz stan Zayna, który nie poprawił się w tak krótkim czasie.
– myślisz, że mógłbyś mu jakoś pomóc? – nagle w pomieszczeniu rozległ się zachrypnięty głos, a wciąż zaszklone tęczówki wbiły w chłopaka palące spojrzenie. – Théo, proszę cię. czy mógłbyś mu jakoś pomóc? – powtórzył błagalnie Tomlinson, wprawiając chłopaka w osłupienie.
brunet odchrząknął cicho i podniósł się niezdarnie z podłogi, a potem podszedł do łóżka. dłonie oparł delikatnie na materacu, jakby bał się wyrządzić Zaynowi krzywdę przez ten gest. jego spojrzenie nie wyrażało zbytniej pewności, odnośnie obietnicy, jaką zamierzał złożyć.
– nie wiem tego, Louis – odparł zgodnie z prawdą, przechylając głowę, by lepiej przypatrzyć się zabandażowanym ranom. – mogę tylko powiedzieć, że się postaram, ale naprawdę nie wiem co to da. nie chcę mu jeszcze bardziej zaszkodzić, przez jakieś nieudolne eksperymenty – przyznał z wahaniem w głosie, odwracając głowę, by nie widzieć błagalnej miny. – spróbuję – powiedział niebieskooki i od razu zacisnął wargi, przeklinając się w myślach. – wrócę po zajęciach, dobra? poszukam czegoś w książkach… a teraz, to będę zmykał – dodał na koniec z lekkim uśmiechem
na ustach i odruchowo cmoknął szatyna w policzek, a potem powoli ruszył do drzwi.
przez cały czas obwiniał się w myślach za durne przyrzeczenie, które właśnie złożył. prawdopodobnie nie był w stanie go dotrzymać, ale odmówić też nie potrafił. zwłaszcza w obliczu przeczucia o nadchodzącym niebezpieczeństwie, stale powracającym do jego świadomości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz