przekazał Théo tyle ile mógł i został z nim potem jeszcze dość długo. kołysał go w swoich ramionach, gładząc po plecach oraz udzie i składając drobne pocałunki na jego włosach, czole, policzkach. powtarzał, że nie jest sam i zawsze może do niego przyjść, cokolwiek by się działo. chciał by miał tego świadomość. nie chciał by coś skończyło się w niewłaściwy sposób.
godzinę przed kolacją opuścił jego pokój, chcąc doprowadzić się do względnego porządku. wziął więc szybki prysznic. przebrał się w czarne dżinsy i szarą koszulkę przylegającą dokładnie do jego ciała, która podkreślała jego dobrze zbudowane ciało. podciągnął jej rękawy i udał się do sali jadalnej.
odnalazł Théo, który jak zawsze siedział przy stoliku z Niallem oraz Louisem. usiadł naprzeciwko Zayna, z którym wymienił znaczące spojrzenia. zmusił się do zjedzenia czegokolwiek, bo zdenerwowanie zbytnio mu na to nie pozwalało. zerkał na Alexandra, który jadł swój posiłek przy stole z nauczycielami, wyczekując jego znaczącego spojrzenie.
– to dziwne – odezwał się Niall. – Alexander jada z nauczycielami tylko przy specjalnych okazjach. święta, zakończenie, początek roku. co robi tu dzisiaj?
– a co cię to interesuje, Horan – rzucił Louis, jak zwykle z nutą chłodu w głosie. – może wpadł na spotkanie towarzyskie.
Malik spojrzał spod grzywki na swojego przyjaciela, a ten wcisnął w usta kolejną porcję swojej sałatki i przeżuł. upił łyk soku, choć zdecydowanie wolałby by było to whiskey albo piwo. wesołe rozmowy, które go otaczały, drażniły go jeszcze bardziej niż się spodziewał.
znów zerknął na stół, przy którym siedział jego wuj. dostał od niego znaczące spojrzenie i wiedział, że zaraz zacznie się całe przedstawienie. odłożył sztućce na bok i odetchnął głęboko co nie umknęło uwadze wszystkich przy stole.
– pamiętaj co ci dziś mówiłem – odezwał się ściskając kolano bruneta. – zobaczymy się po kolacji u mnie.
Théo przytaknął, a on wstał od stołu, odprowadzonym zaskoczonymi spojrzeniami Louisa oraz Nialla. przemknął i podszedł do stołu nauczycielskiego. wziął od Alexandra plik kartek, na których został rozpisany harmonogram patroli. stanął za mężczyzną, który klasnął kilka razy w dłonie by uciszyć salę. gdy zapanowała kompletna cisza, przebiegł wzrokiem po uczniach i opiekunach, po czym odchrząknął i zaczął mówić.
– moi drodzy. jak wiecie mrok z każdym dniem rośnie w siłę. coraz więcej demonów zalewa ulice miasta i atakuje wam podobnych, wciąż nieświadomych swych zdolności – jego stanowczy i pewny głos, poniósł się echem po sali, a niektórzy wymienili zdziwione spojrzenia. mężczyzna posłał Liamowi spojrzenie, a ten ruszył między stolikami i zaczął rozdawać harmonogramy. – nastały niebezpieczne czasy. obawiamy się ataku na Violet Hill, dlatego ustaliliśmy harmonogram patroli granic. wraz z nauczycielami uznaliśmy również, że zajęcia zostaną skrócone do trzydziestu minut, a przerwy do dziesięciu. lekcję poranne więc będą zaczynać się o dziesiątej trzydzieści, a nie o dziewiątej. popołudniowe bez zmian zaczynają się od czternastej, ale również zostają skrócone.
– jeśli granice Violet Hill są zagrożone, to sami sobie nie poradzimy – odezwała się ze sali dziewczyna, które włosy były niczym płynna czekolada. patrzyła na harmonogram, który właśnie otrzymała od szatyna.
– proszę się nie martwić panno Collins – uspokoił ją Alexander. – powiadomiłem dziś rano oddziały ISMIO w Irlandii, Francji oraz Włoszech, tak więc na pewno wkrótce do nas zawitają.
– przepraszam, panie Alexander – ze swojego miejsca podniósł się nie kto inny jak Tom. Payne spojrzał na niego bykiem, gdy stanął u boku wuja. – ale skąd pomysł, że granice Violet Hill zostaną zaatakowane? – kilku uczniów poparło go głośno. – nic na to nie wskazuje.
– w tym roku trafił do nas wyjątkowy pure–blood. mrok wie, że on tu jest i będzie chciał go zabić, bo jest on jedyną osobą, która może mu zagrozić – odparł głośno mężczyzna, stanowczo patrząc na bruneta. – był w świątyni na południowych granicach, gdzie duchy przekazały mu, iż granicom grozi
niebezpieczeństwo. ostatnio, podczas Beltene, miał wizję, w której jasno zobaczył atak na nas. czekaliśmy na tą osobę od wieków. to Potomek Melina – przez jadalnie przeszła fala szeptów podekscytowania, a Liam odnalazł twarz Théo , który pobladł niesamowicie. – to Théodore Monod.
wszystkie oczy zwróciły się w stronę francuza, który siedział z głową spuszczoną na swoje kolana. nie chciał patrzeć na tych wszystkich ludzi. Payne przestąpił z nogi na nogę coraz bardziej się denerwując.
– zabierz go stąd – usłyszał szept wuja przy swoim uchu. nie trzeba było mu powtarzać dwa razy. przeszedł szybkim krokiem przez salę i wyciągnął dłoń do Théo. chłopak chwycił ją, a on odkrył, że jest okropnie zimna.
objął bruneta w pasie i opuścili salę jadalną. Monod cały czas miał głowę spuszczoną w dół. Liam mocno zacisnął palce na jego talii i ruszyli do jego pokoju. nacisnął klamkę i puścił go przodem, po czym wszedł za nim. i gdyby nie on, Théo prawdopodobnie osunąłby się na ziemię. złapał go jednak w ostatniej chwili i wziął na ręce. ostrożnie ułożył go na łóżku i przysiadł obok. Loki od razu pojawił się po drugiej stronie bruneta, układając łeb na piersi młodszego.
– Théo – odezwał się cicho, lekko klepiąc go po policzkach i próbując ocucić. – Théo. głodomorku, ty mój.
powieki chłopaka zatrzepotały, a chwilę potem wyłoniły się zza nich ciemnozielone tęczówki, które od razu odnalazły sarnie. uśmiechnął się do niego trochę z czułością, trochę z bólem i nachylił, by złożyć czuły pocałunek na jego czole.
– tak mi przykro – wyszeptał drżącym głosem i schował twarz w jego szyi. – tak mi przykro, że to wszystko spotyka akurat ciebie. gdybym mógł zrobiłbym co tylko w mojej mocy, by choć trochę cię odciążyć.
dłoń bruneta przebiegła po jego plecach i zacisnęła się na materiale jego szarej koszuli tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Liam złożył pocałunek na jego odsłoniętej szyi. chwilę potem Monod wtulił się mocno w swojego opiekuna, uczepiając się go niczym mała małpka. on tulił go i kołysał, póki nie usnął. Loki ułożył się za plecami młodszego mężczyzny, ogrzewając przyjemnie jego plecy, a
szatyn przebiegł palcami przez jego sierść i sam spróbował zasnąć.
skimming flowers.
poniedziałek, 12 listopada 2018
czwartek, 8 listopada 2018
59
Théo rozejrzał się niepewnie dookoła i zaraz spuścił spojrzenie na swoje dłonie. obracał w nich niewielki kwiatek, który wyrósł w szczelinie muru, kiedy przystanął w jednym miejscu na dłużej. zamierzał dać go swojemu opiekunowi, jednak nigdzie go nie widział. a mieli spotkać się po zajęciach, które zakończył ponad godzinę wcześniej.
zrezygnowany westchnął cicho i poprawił pasek torby, która zsuwała mu z ramienia. po przemyśleniu wszystkich opcji, jakie miał do wyboru, zdecydował się zajrzeć do Nialla. mimo wszystko potrzebował z nim porozmawiać. i było to bezpieczniejsze, niż włóczenie się po błoniach, zamku czy bibliotece, gdzie mógł go zaczepić każdy.
zostawiwszy swoje rzeczy w sypialni, przebrał się w wygodniejsze ubranie i ruszył w kierunku pokoju Horana. dotarł tam po niespełna pięciu minutach, unikając szerszych korytarzy. najpierw przysunął ucho do drzwi, żeby sprawdzić czy nie ma tam nikogo innego i zapukał donośnie. nie zaczekał na zaproszenie, tylko wsunął się do środka i posłał blondynowi delikatny uśmiech.
– hej, nie przeszkadzam ci? – zapytał nieśmiało brunet, przystając na progu i patrząc niepewnie na starszego. – przepraszam, potrzebuję z kimś posiedzieć. Liama nigdzie nie ma, Tim jest zajęta – dodał, łamiącym się głosem, wbijając paznokcie w wierzch swojej dłoni. – a nikogo innego właściwie tutaj nie znam na tyle, żeby…
brunet uciszył go machnięciem ręki i zsunął się z materaca, odrzucając na bok książkę. jej tytuł świadczył o tym, że nie jest to żaden z podręczników, a raczej romans o tytule „jezioro marzeń”. nie zawracając sobie głowy zaznaczeniem strony, stanął przed przyjacielem i przyciągnął go do uścisku.
– nie smuć się – poprosił niebieskooki, gładząc dłonią zaczerwieniony policzek
Théo. – daj spokój, wszystko jest w porządku – stwierdził, unosząc w górę kąciki swoich ust. – masz ochotę posłuchać muzyki? mam kilka nowych piosenek i myślę, że ci się spodobają – zaproponował, wdrapując się z powrotem na łóżko.
Théo przytaknął cicho i ułożył się obok, zrzucając wcześniej swoje tenisówki.
głowę ułożył na ramieniu starszego chłopaka i wsunął do ucha słuchawkę. ociężałe powieki przymknął, w oczekiwaniu na nadchodzącą melodię. kiedy rozbrzmiała, uśmiechnął się szeroko i wypuścił z ust ciche westchnienie.
– i jak? – zagadnął Niall po dłuższej chwili milczenia, lustrując go uważnie swoim błękitnym spojrzeniem. – a nie mówiłem, a nie mówiłem – zanucił zadowolony z siebie, kiedy otrzymał aprobującą odpowiedź.
Théo wywrócił oczami w odpowiedzi i podniósł się do siadu. od leżenia w niewygodnej pozycji rozbolały go plecy, więc potrzebował przeciągnąć się mocno. towarzyszył temu przeciągły jęk, przerwany w połowie przez donośnie pukanie do drzwi.
– proszę! – krzyknął Horan, wsuwając dłonie w swoje włosy, które i tak już były zmierzwione. – och, cześć Liam – powiedział nieco speszony, patrząc w sarnie oczy Payne’a i odsunął się nieco od bruneta.
– hej – skinął głową szatyn i utkwił spojrzenie w swoim chłopaku, zagryzając dolną wargę. – szukałem cię, głodomorku – powiedział, a jego ton stał się miękki i pełen troski. – przepraszam za spóźnienie? – rzucił z mniejszą pewnością siebie.
w odpowiedzi otrzymał niezadowolone prychnięcie. zielonooki zszedł niezgrabnie z materaca i nasunął na stopy trampki. pożegnawszy się z przyjacielem, mocno chwycił Liama za rękę i pociągnął w kierunku swojej sypialni. tym razem nie zawracał sobie głowy wymyślnymi okrążeniami zatłoczonych miejsc. jego mina i tak odstraszała wszystkich.
Théo wpadł do pomieszczenia i zatrzasnął drzwi, strasząc tym Johna, wygrzewającego się na parapecie. nie dając starszemu dojść do słowa, stanął na palcach i złączył ich wargi w czułym pocałunku. zamknąwszy oczy, ułożył dłonie na silnych ramionach i zacisnął na nich swoje palce.
– stęskniłem się – szepnął Théo, odsuwając się o kilka kroków i nagle zmarszczył brwi, rzucając opiekunowi niezadowolone spojrzenie. – piłeś – bardziej stwierdził niż zapytał, krzyżując ramiona na piersi.
brązowooki uniósł lekko brew i przysunął się, układając dłonie na jego krągłych biodrach. chciał coś powiedzieć, prawdopodobnie wytłumaczyć się, ale przerwało mu niezadowolone warknięcie.
– jest środek dnia! – sapnął brunet, odtrącając jego dłonie. – i właściwie dlaczego piłeś? a z resztą nieważne, nie odpowiadaj. ale wiedz, że mi się to nie podoba – tupnął nogą, wyglądając przy tym jak dziecko, któremu zabrano lizaka.
przepełniony wściekłością, przemaszerował przez pokój i zamaszystym ruchem strącił z biurka trzy książki. nie odzywając się więcej ani słowem, stanął przy oknie, odwrócony tyłem do Liama, ścisnął w drżących dłoniach brzeg swojej koszulki.
jego dolna warga drżała niebezpiecznie, zwiastując płacz, jednak w porę go powstrzymał.
czując, jak cała złość ulatuje w przeciągu kilku sekund, Théo przysiadł na parapecie i podciągnął kolana do klatki piersiowej. zanim objął je ramionami, na jego kolana wdrapał się John i pisnął pocieszająco, przesuwając szorstkim językiem po zaczerwienionych policzkach właściciela. chłopak uśmiechnął się, przebiegł palcami przez miękkie futerko i pozwolił zwierzakowi owinąć się dookoła swojej szyi.
– Théo, kochanie, nie złość się – poprosił Payne, po kilku minutach kompletnej ciszy, i przysiadł po przeciwnej stronie parapetu.
– przepraszam – szepnął Théo, a po jego policzku spłynęła samotna łza, którą otarł pospiesznie. – nie jestem zły na ciebie. po prostu… to wszystko się na mnie zwaliło i już zacząłem się gubić. i te wszystkie emocje potrzebowały ujścia, przepraszam, że padło na ciebie – załkał, owijając swoje chude ramiona wokół jego szyi.
– ćśśśś, już w porządku – szatyn przyciągnął go na swoje kolana i objął mocniej, kołysząc przy tym równomiernie. – rozumiem, staram się zrozumieć twoje położenie. i możesz mi uwierzyć na słowo, że nie jestem zachwycony tym, co się teraz dzieje wokół ciebie – powiedział spokojnie, sunąc dłonią wzdłuż drżących pleców. – porozmawiamy na spokojnie?
zielonooki pospiesznie otarł policzki i pokiwał głową. ułożył ją na ramieniu starszego, a palce zacisnął na jego koszulce, przygotowując się na słowa, jakie miały nadejść. nie był pozytywnie nastawiony, ale uspokoił się, czując, że nie został sam.
– po pierwsze, i za pewne najważniejsze – zaczął ostrożnie Liam, sunąc powoli dłonią po udzie swojego chłopaka – dzisiaj na kolacji zostanie ogłoszone coś ważnego. i powinieneś wiedzieć, że po tym staniesz się obiektem zainteresowań wszystkich adeptów. każda osoba będzie chciała ci się przypodobać, możesz być tego pewien – westchnął głosem, nie wyrażającym zadowolenia. – ale nie powinieneś ufać tym wszystkim pochlebstwom. jeśli mogę ci coś poradzić to to, żebyś trzymał się
ludzi, którym ufasz.
Théo skinął krótko głową i wtulił się mocniej w umięśnioną klatkę piersiową, poszukując tym samym ciepła i bezpieczeństwa. wiedziony przeczuciem, że nie jest to koniec rozmowy, posłał szatynowi pytające spojrzenie i zagryzł dolną wargę. od tej pory wszystko miało się stać o wiele trudniejsze.
zrezygnowany westchnął cicho i poprawił pasek torby, która zsuwała mu z ramienia. po przemyśleniu wszystkich opcji, jakie miał do wyboru, zdecydował się zajrzeć do Nialla. mimo wszystko potrzebował z nim porozmawiać. i było to bezpieczniejsze, niż włóczenie się po błoniach, zamku czy bibliotece, gdzie mógł go zaczepić każdy.
zostawiwszy swoje rzeczy w sypialni, przebrał się w wygodniejsze ubranie i ruszył w kierunku pokoju Horana. dotarł tam po niespełna pięciu minutach, unikając szerszych korytarzy. najpierw przysunął ucho do drzwi, żeby sprawdzić czy nie ma tam nikogo innego i zapukał donośnie. nie zaczekał na zaproszenie, tylko wsunął się do środka i posłał blondynowi delikatny uśmiech.
– hej, nie przeszkadzam ci? – zapytał nieśmiało brunet, przystając na progu i patrząc niepewnie na starszego. – przepraszam, potrzebuję z kimś posiedzieć. Liama nigdzie nie ma, Tim jest zajęta – dodał, łamiącym się głosem, wbijając paznokcie w wierzch swojej dłoni. – a nikogo innego właściwie tutaj nie znam na tyle, żeby…
brunet uciszył go machnięciem ręki i zsunął się z materaca, odrzucając na bok książkę. jej tytuł świadczył o tym, że nie jest to żaden z podręczników, a raczej romans o tytule „jezioro marzeń”. nie zawracając sobie głowy zaznaczeniem strony, stanął przed przyjacielem i przyciągnął go do uścisku.
– nie smuć się – poprosił niebieskooki, gładząc dłonią zaczerwieniony policzek
Théo. – daj spokój, wszystko jest w porządku – stwierdził, unosząc w górę kąciki swoich ust. – masz ochotę posłuchać muzyki? mam kilka nowych piosenek i myślę, że ci się spodobają – zaproponował, wdrapując się z powrotem na łóżko.
Théo przytaknął cicho i ułożył się obok, zrzucając wcześniej swoje tenisówki.
głowę ułożył na ramieniu starszego chłopaka i wsunął do ucha słuchawkę. ociężałe powieki przymknął, w oczekiwaniu na nadchodzącą melodię. kiedy rozbrzmiała, uśmiechnął się szeroko i wypuścił z ust ciche westchnienie.
– i jak? – zagadnął Niall po dłuższej chwili milczenia, lustrując go uważnie swoim błękitnym spojrzeniem. – a nie mówiłem, a nie mówiłem – zanucił zadowolony z siebie, kiedy otrzymał aprobującą odpowiedź.
Théo wywrócił oczami w odpowiedzi i podniósł się do siadu. od leżenia w niewygodnej pozycji rozbolały go plecy, więc potrzebował przeciągnąć się mocno. towarzyszył temu przeciągły jęk, przerwany w połowie przez donośnie pukanie do drzwi.
– proszę! – krzyknął Horan, wsuwając dłonie w swoje włosy, które i tak już były zmierzwione. – och, cześć Liam – powiedział nieco speszony, patrząc w sarnie oczy Payne’a i odsunął się nieco od bruneta.
– hej – skinął głową szatyn i utkwił spojrzenie w swoim chłopaku, zagryzając dolną wargę. – szukałem cię, głodomorku – powiedział, a jego ton stał się miękki i pełen troski. – przepraszam za spóźnienie? – rzucił z mniejszą pewnością siebie.
w odpowiedzi otrzymał niezadowolone prychnięcie. zielonooki zszedł niezgrabnie z materaca i nasunął na stopy trampki. pożegnawszy się z przyjacielem, mocno chwycił Liama za rękę i pociągnął w kierunku swojej sypialni. tym razem nie zawracał sobie głowy wymyślnymi okrążeniami zatłoczonych miejsc. jego mina i tak odstraszała wszystkich.
Théo wpadł do pomieszczenia i zatrzasnął drzwi, strasząc tym Johna, wygrzewającego się na parapecie. nie dając starszemu dojść do słowa, stanął na palcach i złączył ich wargi w czułym pocałunku. zamknąwszy oczy, ułożył dłonie na silnych ramionach i zacisnął na nich swoje palce.
– stęskniłem się – szepnął Théo, odsuwając się o kilka kroków i nagle zmarszczył brwi, rzucając opiekunowi niezadowolone spojrzenie. – piłeś – bardziej stwierdził niż zapytał, krzyżując ramiona na piersi.
brązowooki uniósł lekko brew i przysunął się, układając dłonie na jego krągłych biodrach. chciał coś powiedzieć, prawdopodobnie wytłumaczyć się, ale przerwało mu niezadowolone warknięcie.
– jest środek dnia! – sapnął brunet, odtrącając jego dłonie. – i właściwie dlaczego piłeś? a z resztą nieważne, nie odpowiadaj. ale wiedz, że mi się to nie podoba – tupnął nogą, wyglądając przy tym jak dziecko, któremu zabrano lizaka.
przepełniony wściekłością, przemaszerował przez pokój i zamaszystym ruchem strącił z biurka trzy książki. nie odzywając się więcej ani słowem, stanął przy oknie, odwrócony tyłem do Liama, ścisnął w drżących dłoniach brzeg swojej koszulki.
jego dolna warga drżała niebezpiecznie, zwiastując płacz, jednak w porę go powstrzymał.
czując, jak cała złość ulatuje w przeciągu kilku sekund, Théo przysiadł na parapecie i podciągnął kolana do klatki piersiowej. zanim objął je ramionami, na jego kolana wdrapał się John i pisnął pocieszająco, przesuwając szorstkim językiem po zaczerwienionych policzkach właściciela. chłopak uśmiechnął się, przebiegł palcami przez miękkie futerko i pozwolił zwierzakowi owinąć się dookoła swojej szyi.
– Théo, kochanie, nie złość się – poprosił Payne, po kilku minutach kompletnej ciszy, i przysiadł po przeciwnej stronie parapetu.
– przepraszam – szepnął Théo, a po jego policzku spłynęła samotna łza, którą otarł pospiesznie. – nie jestem zły na ciebie. po prostu… to wszystko się na mnie zwaliło i już zacząłem się gubić. i te wszystkie emocje potrzebowały ujścia, przepraszam, że padło na ciebie – załkał, owijając swoje chude ramiona wokół jego szyi.
– ćśśśś, już w porządku – szatyn przyciągnął go na swoje kolana i objął mocniej, kołysząc przy tym równomiernie. – rozumiem, staram się zrozumieć twoje położenie. i możesz mi uwierzyć na słowo, że nie jestem zachwycony tym, co się teraz dzieje wokół ciebie – powiedział spokojnie, sunąc dłonią wzdłuż drżących pleców. – porozmawiamy na spokojnie?
zielonooki pospiesznie otarł policzki i pokiwał głową. ułożył ją na ramieniu starszego, a palce zacisnął na jego koszulce, przygotowując się na słowa, jakie miały nadejść. nie był pozytywnie nastawiony, ale uspokoił się, czując, że nie został sam.
– po pierwsze, i za pewne najważniejsze – zaczął ostrożnie Liam, sunąc powoli dłonią po udzie swojego chłopaka – dzisiaj na kolacji zostanie ogłoszone coś ważnego. i powinieneś wiedzieć, że po tym staniesz się obiektem zainteresowań wszystkich adeptów. każda osoba będzie chciała ci się przypodobać, możesz być tego pewien – westchnął głosem, nie wyrażającym zadowolenia. – ale nie powinieneś ufać tym wszystkim pochlebstwom. jeśli mogę ci coś poradzić to to, żebyś trzymał się
ludzi, którym ufasz.
Théo skinął krótko głową i wtulił się mocniej w umięśnioną klatkę piersiową, poszukując tym samym ciepła i bezpieczeństwa. wiedziony przeczuciem, że nie jest to koniec rozmowy, posłał szatynowi pytające spojrzenie i zagryzł dolną wargę. od tej pory wszystko miało się stać o wiele trudniejsze.
niedziela, 4 listopada 2018
58
odprowadził Théo na zajęcia. pożegnał go mocnym uściskiem i obdarował soczystym buziakiem w policzek. na sam koniec posłał mu uśmiech i przypomniał by nie rozgadywał, iż objawiło mu się celtyckie bóstwo, a wypadek z upadkiem zwalił na alkohol i dym. zapowiedział też, że zobaczą się po południu, po zakończonych zajęciach.
gdy tylko drzwi do klasy zamknęły się za brunetem uśmiech na jego twarzy zastąpiła determinacja. zszedł do głównego holu, gdzie czekał już na niego Zayn i obaj skierowali się do siedziby ISMIO. weszli do środka, rzucając Deanowi, by
poinformował Alexandra, że idą. chwilę czekali na windę, która zawiozła ich na trzecie
piętro.
Liam zapukał, a gdy usłyszał „proszę” nacisnął klamkę i wraz z Malikiem wszedł do środka. mężczyzna podniósł na nich wzrok, a na jego twarz zawitał uśmiech, gdy oczy spoczęły na brunecie. wciąż dochodził do siebie, a Nick powiedział, że świeże powietrze i ruch dobrze mu zrobią.
– Zayn. tak się cieszę, że wróciłeś do zdrowia – odezwał się ich szef, gdy usiedli w fotelach.
– dziękuję, proszę pana – odpowiedział uprzejmie i spojrzał na Liama.
– mamy problem. i to całkiem spory problem – zaczął szatyn, a jego wuj ulokował na nim swoje brązowe oczy. – podczas Beltene, dym ze świętych drzew wpłynął na Théo. miał wizje. mrok wysłał lub wyśle swoich popleczników by zabili pure–blood, którzy nie są świadomi. widział jak demony dosięgają granic Violet Hill i… widział trupy na błoniach.
– w połączeniu z tym co powiedziały mu duchy w świątyni druidów, to ma sens – westchnął Daryl i opadł na oparcie swojego krzesła, splatając ręce na piersi.
– i jeszcze jedno – zaczął Payne, po czym spojrzał na swojego przyjaciela, który skinął mu głową, więc wznowił. – kiedy zaczęło wtedy padać. ukazał mu się Bóg. Olloudius. a ty najlepiej wiesz co to za rodzaj bóstwa.
– to opiekun danego terenu – mruknął mężczyzna, a jego wargi zacisnęły się w wąską linię. na czole pojawiła się zmarszczka. najwyraźniej myślał o czymś intensywnie. rozważając jakie decyzje może już podjąć, a jakie musi skonsultować z innymi dyrektorami ISMIO.
– dobrze. to poważna sprawa i nie możemy tego lekceważyć – odezwał się w
końcu Alexander. – dziś przy kolacji ogłosimy stan najwyższej gotowości. przygotuje harmonogram patroli i rozdamy go. będziemy musieli też powiedzieć kim jest Théo.
na razie tylko tyle mogę zrobić.
– rozumiem, że patrole w granicach Violet Hill – odezwał się Zayn, na co Alexander mu przytaknął. – no dobrze. zorganizujemy na razie patrole, a co potem? jeśli demony mroku faktycznie zaatakują nie zdołamy się obronić. pure–blood jest ledwo setka. z opiekunami i resztą szpiegów ponad dwie. sami nie damy rady.
– wiem. dlatego natychmiast wyślę wiadomości do oddziałów ISMIO w Irlandii, Francji oraz Włoszech, że to u nas pojawił się potomek – wyznał szef bruneta.
– północne skrzydło i część południowego są puste. pomieścimy ewentualne wsparcie. tak więc Liam – zwrócił się do swojego siostrzeńca. – miej na oku Théo przez resztę dnia. zobaczymy się na kolacji.
młodzi mężczyźni przytaknęli i skierowali się do wyjścia z gabinetu. szatyn nacisnął klamkę i przepuści przyjaciela w drzwiach. gdy był jedną nogą na korytarzu, zatrzymał się i na moment cofną z powrotem do środka.
– wuju – zwrócił na siebie jego uwagę, a gdy ciemne oczy mężczyzny spoczęły na nim uśmiechnął się lekko. – tym razem się nie pomyliłeś.
– to musiał być któryś ze związanych z naturą – odpowiedział. – a teraz uciekaj. od jutra czeka cię ciężka praca, będziesz musiał wytłumaczyć Théo wiele spraw.
przytaknął i w końcu opuścił gabinet. wraz z Zaynem zjechali windą na dół i udali się do mieszkania Payne’a w ciszy. dopiero gdy na stoliku stanęły dwa piwa, brunet odważył się przerwać ciszę.
– nie mogę pić – wyznał, a jego przyjaciel spojrzał na niego zaskoczony. dopiero po chwili Li przypomniał sobie, że brunet ledwo co wstał z łóżka i wciąż bierze leki. westchnął ciężko i odstawił butelkę do lodówki, po czym otworzył swoją. opróżnił pół butelki w kilku łykach i zaczął krążyć po niewielkim salonie.
to wszystko potoczyło się zbyt szybko. i nie martwił się w tej chwili o siebie, bo on radził sobie z nagłymi zmianami. tak był wyszkolony. tak się działo w tym świecie, pełnym potworów i magii. martwił się o Théo. ledwo półtorej miesiąca temu pojawił się w Violet Hill, a jego spotykały takie rzeczy, do których nie dopuszczano pure–blood lub wcale im się nie przytrafiały. ale wiedział, że Théo był wyjątkowy. wiedział to od momentu, kiedy zabił demona w jego mieszkaniu. jednak
nie wiedział, że jest aż tak wyjątkowy i ważny.
dopił piwo i poszedł po kolejne. pił, gdy się denerwował, a to nie był najlepszy nawyk. odstawił więc butelkę i porwał ze stolika paczkę papierosów oraz zapalniczkę. wyciągnął jednego, wsadził między wargi i odpalił. zaciągnął się dymem, który przytrzymał w płucach i dopiero po chwili wypuścił. znów zaczął krążyć po pokoju, zastanawiając się co powinien powiedzieć Théo, jak się dziś z
nim zobaczy. na pewno przestrzeże go przed tym by trzymał się tych, którzy go znają.
przyjaciół. by trzymał się blisko Louisa i Nialla, gdyż po tym co zostanie ogłoszone dziś wieczorem, będą mu potrzebni. by nie ufał tym, którzy nagle zechcą być jego znajomymi. najbliższe dni będą trudne. ciężkie.
– denerwujesz się jak facet, którego omega właśnie rodzi – odezwał się Zayn, który rozparł się na kanapie i patrzył na przyjaciela. – wrzuć na luz.
– nie potrafię – wyznał. – Théo… jest potężny, to prawda., ale boję się, że to może go przerosnąć.
– dlatego ma ciebie – przypomniał mu mulat. – musisz go uspokoić. powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Że nie jest sam.
– po dzisiejszym wieczorze na pewno nie będzie sam – stwierdził Liam, znów zaciągając się dymem i wypuszczając go z ust. – i przygotuj się. na pewno wybierze Louisa do kręgu.
– domyśliłem się od razu – przytakną Malik. – poprosił Théo by mi pomógł. niejako ma dług u niego. może nie są przyjaciółmi, ale są na tyle blisko, by mógł mu zaufać. poza tym Lou tylko gra zimnego. martw się raczej co z resztą.
– wybierze też Nialla – zauważył. – ale jeśli chodzi o resztę, to musi być ostrożny. każdy będzie chciał być blisko niego po tym.
– prawda – mruknął mulat i westchnął ciężko, odchylając głowę do tyłu. Payne dopalił papierosa i choć bardzo nie chciał to wypił drugie piwo.
gdy tylko drzwi do klasy zamknęły się za brunetem uśmiech na jego twarzy zastąpiła determinacja. zszedł do głównego holu, gdzie czekał już na niego Zayn i obaj skierowali się do siedziby ISMIO. weszli do środka, rzucając Deanowi, by
poinformował Alexandra, że idą. chwilę czekali na windę, która zawiozła ich na trzecie
piętro.
Liam zapukał, a gdy usłyszał „proszę” nacisnął klamkę i wraz z Malikiem wszedł do środka. mężczyzna podniósł na nich wzrok, a na jego twarz zawitał uśmiech, gdy oczy spoczęły na brunecie. wciąż dochodził do siebie, a Nick powiedział, że świeże powietrze i ruch dobrze mu zrobią.
– Zayn. tak się cieszę, że wróciłeś do zdrowia – odezwał się ich szef, gdy usiedli w fotelach.
– dziękuję, proszę pana – odpowiedział uprzejmie i spojrzał na Liama.
– mamy problem. i to całkiem spory problem – zaczął szatyn, a jego wuj ulokował na nim swoje brązowe oczy. – podczas Beltene, dym ze świętych drzew wpłynął na Théo. miał wizje. mrok wysłał lub wyśle swoich popleczników by zabili pure–blood, którzy nie są świadomi. widział jak demony dosięgają granic Violet Hill i… widział trupy na błoniach.
– w połączeniu z tym co powiedziały mu duchy w świątyni druidów, to ma sens – westchnął Daryl i opadł na oparcie swojego krzesła, splatając ręce na piersi.
– i jeszcze jedno – zaczął Payne, po czym spojrzał na swojego przyjaciela, który skinął mu głową, więc wznowił. – kiedy zaczęło wtedy padać. ukazał mu się Bóg. Olloudius. a ty najlepiej wiesz co to za rodzaj bóstwa.
– to opiekun danego terenu – mruknął mężczyzna, a jego wargi zacisnęły się w wąską linię. na czole pojawiła się zmarszczka. najwyraźniej myślał o czymś intensywnie. rozważając jakie decyzje może już podjąć, a jakie musi skonsultować z innymi dyrektorami ISMIO.
– dobrze. to poważna sprawa i nie możemy tego lekceważyć – odezwał się w
końcu Alexander. – dziś przy kolacji ogłosimy stan najwyższej gotowości. przygotuje harmonogram patroli i rozdamy go. będziemy musieli też powiedzieć kim jest Théo.
na razie tylko tyle mogę zrobić.
– rozumiem, że patrole w granicach Violet Hill – odezwał się Zayn, na co Alexander mu przytaknął. – no dobrze. zorganizujemy na razie patrole, a co potem? jeśli demony mroku faktycznie zaatakują nie zdołamy się obronić. pure–blood jest ledwo setka. z opiekunami i resztą szpiegów ponad dwie. sami nie damy rady.
– wiem. dlatego natychmiast wyślę wiadomości do oddziałów ISMIO w Irlandii, Francji oraz Włoszech, że to u nas pojawił się potomek – wyznał szef bruneta.
– północne skrzydło i część południowego są puste. pomieścimy ewentualne wsparcie. tak więc Liam – zwrócił się do swojego siostrzeńca. – miej na oku Théo przez resztę dnia. zobaczymy się na kolacji.
młodzi mężczyźni przytaknęli i skierowali się do wyjścia z gabinetu. szatyn nacisnął klamkę i przepuści przyjaciela w drzwiach. gdy był jedną nogą na korytarzu, zatrzymał się i na moment cofną z powrotem do środka.
– wuju – zwrócił na siebie jego uwagę, a gdy ciemne oczy mężczyzny spoczęły na nim uśmiechnął się lekko. – tym razem się nie pomyliłeś.
– to musiał być któryś ze związanych z naturą – odpowiedział. – a teraz uciekaj. od jutra czeka cię ciężka praca, będziesz musiał wytłumaczyć Théo wiele spraw.
przytaknął i w końcu opuścił gabinet. wraz z Zaynem zjechali windą na dół i udali się do mieszkania Payne’a w ciszy. dopiero gdy na stoliku stanęły dwa piwa, brunet odważył się przerwać ciszę.
– nie mogę pić – wyznał, a jego przyjaciel spojrzał na niego zaskoczony. dopiero po chwili Li przypomniał sobie, że brunet ledwo co wstał z łóżka i wciąż bierze leki. westchnął ciężko i odstawił butelkę do lodówki, po czym otworzył swoją. opróżnił pół butelki w kilku łykach i zaczął krążyć po niewielkim salonie.
to wszystko potoczyło się zbyt szybko. i nie martwił się w tej chwili o siebie, bo on radził sobie z nagłymi zmianami. tak był wyszkolony. tak się działo w tym świecie, pełnym potworów i magii. martwił się o Théo. ledwo półtorej miesiąca temu pojawił się w Violet Hill, a jego spotykały takie rzeczy, do których nie dopuszczano pure–blood lub wcale im się nie przytrafiały. ale wiedział, że Théo był wyjątkowy. wiedział to od momentu, kiedy zabił demona w jego mieszkaniu. jednak
nie wiedział, że jest aż tak wyjątkowy i ważny.
dopił piwo i poszedł po kolejne. pił, gdy się denerwował, a to nie był najlepszy nawyk. odstawił więc butelkę i porwał ze stolika paczkę papierosów oraz zapalniczkę. wyciągnął jednego, wsadził między wargi i odpalił. zaciągnął się dymem, który przytrzymał w płucach i dopiero po chwili wypuścił. znów zaczął krążyć po pokoju, zastanawiając się co powinien powiedzieć Théo, jak się dziś z
nim zobaczy. na pewno przestrzeże go przed tym by trzymał się tych, którzy go znają.
przyjaciół. by trzymał się blisko Louisa i Nialla, gdyż po tym co zostanie ogłoszone dziś wieczorem, będą mu potrzebni. by nie ufał tym, którzy nagle zechcą być jego znajomymi. najbliższe dni będą trudne. ciężkie.
– denerwujesz się jak facet, którego omega właśnie rodzi – odezwał się Zayn, który rozparł się na kanapie i patrzył na przyjaciela. – wrzuć na luz.
– nie potrafię – wyznał. – Théo… jest potężny, to prawda., ale boję się, że to może go przerosnąć.
– dlatego ma ciebie – przypomniał mu mulat. – musisz go uspokoić. powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Że nie jest sam.
– po dzisiejszym wieczorze na pewno nie będzie sam – stwierdził Liam, znów zaciągając się dymem i wypuszczając go z ust. – i przygotuj się. na pewno wybierze Louisa do kręgu.
– domyśliłem się od razu – przytakną Malik. – poprosił Théo by mi pomógł. niejako ma dług u niego. może nie są przyjaciółmi, ale są na tyle blisko, by mógł mu zaufać. poza tym Lou tylko gra zimnego. martw się raczej co z resztą.
– wybierze też Nialla – zauważył. – ale jeśli chodzi o resztę, to musi być ostrożny. każdy będzie chciał być blisko niego po tym.
– prawda – mruknął mulat i westchnął ciężko, odchylając głowę do tyłu. Payne dopalił papierosa i choć bardzo nie chciał to wypił drugie piwo.
czwartek, 1 listopada 2018
57
Théo ziewnął cicho i przysłonił usta pięścią, rozglądając się dookoła zaspanym spojrzeniem. pokój już od kilku godzin pogrążony był w półmroku, ciemność rozpraszało włączone światło dwóch lampek nocnych. jedną z nich jego chłopak przysunął bliżej łóżka, a drugą postawił przy fotelu. w ten sposób nikt nie męczył wzroku bardziej, niż było to potrzebne.
– ktoś ma ochotę na herbatę? – rzucił zielonooki, poprawiając poduszkę, którą wcześniej podłożył pod plecy. – halo? – sapnął z nutą niezadowolenia, kiedy nie otrzymał odpowiedzi. – zrobić komuś herbaty? – ponowił, zsuwając się z materaca.
zebrawszy zamówienia od Liama i Zayna, nasunął na stopy swoje tenisówki i ruszył w kierunku kuchni. korytarze były już opustoszałe, ponieważ zajęcia skończyły się dużo wcześniej. adepci zaszyli się w swoich pokojach lub w bibliotece, gdzie zwykle odbywało się odrabianie prac domowych.
nieustannie rozmyślając o tajemniczym mężczyźnie, którego zobaczył między strugami deszczu, Théo napełnił czajnik wodą i włączył go. oparł się plecami o krawędź blatu i skrzyżował ramiona na piersi, wbijając spojrzenie w przestrzeń.
pamiętał, że kiedyś czytał opis, zgadzający się z tym, co widział w niemal stu procentach.
brunet westchnął ze smutkiem i na moment zacisnął powieki. potrzebował odpocząć od rozmyślań na ten temat, ponieważ powoli wszystko zaczynało go drażnić. żeby nie tracić czasu, wyjął z szafki drewnianą tacę, na której ustawił trzy kubki oraz talerz z różnymi smakołykami. do odpowiednich naczyń wrzucił torebki z herbatą. dwie malinowe, dla niego i Liama, i jedna brzoskwiniowa dla Zayna.
po tym, jak w pomieszczeniu rozległ się charakterystyczny gwizd, nalał wrzątku do kubków i odczekał kilka chwil. złapawszy mocno tacę, opuścił kuchnię i ostrożnie przeszedł przez salę jadalną oraz korytarz. największym wyzwaniem okazało się wejście do pokoju, przy użyciu łokcia do otworzenia drzwi, jednakże udało mu się to zrobić bez wylania połowy napojów.
– proszę – powiedział zachrypniętym głosem, podając naczynia dwóm mężczyznom, którzy podziękowali mi po cichu.
sam chwycił swoje i zakopał się z powrotem pod kołdrą. żeby nie tracić czasu, przyciągnął do siebie zieloną książkę, opatrzoną tytułem „zarys wierzeń plemion celtyckich”. wyglądała na nową, więc nie obawiał się wielkiej katastrofy przez przypadkowe zalanie jej herbatą. przeczytawszy pobieżnie wstęp, zamrugał oczami i pokręcił głową. nie zrozumiał z niego absolutnie nic, ale zrzucił to na zmęczenie.
– niczego nie znaleźliście, prawda? – uniósł wzrok znad cienkiego tomu i napotkał dwa przepraszające spojrzenia, które odpowiedziały na jego pytanie. – okej, w porządku – mruknął bardziej do siebie i upił pierwszy łyk.
czując napływające uczucie zrezygnowania, zmarszczył brwi i desperacko wbił spojrzenie w tekst. pierwszym, co sprawdził był oczywiście spis treści, znajdujący się na początku książki. z niego dowiedział się, że informacji o bóstwach męskich powinien szukać w okolicach 127 strony, więc uczynił to bez szemrania.
pierwszy z podrozdziałów mówił o tak zwanym „bogu z rogami”. jednakże jego opis, ciągnący się przez około jedenaście stron, nie wniósł niczego nowego do poszukiwań. nie mając ochoty na czytanie drugiej, tak obszernej historii z kolei, Théo odsunął tom na bok i zajął się piciem herbaty, która zyskała temperaturę pokojową.
– może powinniśmy to odłożyć na jutro – stwierdził cichym głosem, kiedy wypił ostatni łyk napoju i odstawił kubek na bok. – nie wiem jak wy, ale ja już nie mam do tego siły – westchnął, wracając do lektury.
– zostało nam już tylko kilka książek – odparł Liam, tłumiąc ziewnięcie, które cisnęło się na jego wargi. – skończymy je przeglądać. jutro możemy spróbować znowu, jeżeli niczego nie znajdziemy – to stwierdzenie poparło aprobujące mruknięcie Zayna.
nie mając ochoty na sprzeczanie się ze starszymi od siebie, Théo wzruszył ramionami i zmienił pozycję. teraz leżał obok swojego opiekuna, podpierając łokcie na krawędzi materaca. książkę trzymał w dłoniach, uniesionych na wysokość twarzy, a bystrym spojrzeniem uważnie śledził kolejne słowa. w kilka minut przebrnął przez drugi podrozdział, chociaż zrobił to z wyraźnym trudem.
wiedząc, że nikt nie zauważy niedbalstwa, jedynie przebiegł wzrokiem po trzech kolejnych kartkach. zatrzymał się dopiero, kiedy jego uwagę przykuło jedno ze słów. cernucopia. chociaż miał wrażenie, że nie wniesie to niczego nowego, wrócił do początku akapitu. w miarę czytania krótkiego tekstu, jego oczy rozszerzały się co raz bardziej, aż w końcu odsunął od siebie książkę.
– znalazłem – powiedział z niedowierzaniem, nieco przyciszonym głosem. – olloudius. ten mężczyzna, którego wtedy zobaczyłem się tak nazywa – dodał, kręcąc głową. – on jest bogiem… podobno napis na figurce, znalezionej w Belgii sugeruje, że można go czcić, jako opiekuna danego terenu – odchrząknął nieznacznie i usiadł na brzegu łóżka.
zielonooki zaczął nerwowo bawić się swoimi palcami, czując zdziwione spojrzenia utkwione w sobie. jego policzki momentalnie pokryły się głębokim odcieniem czerwieni, który próbował zatuszować przez przysłonięcie go włosami. nie dało to zbyt wiele, ponieważ grzywka okazała się o wiele za krótka. ale Zayn i Liam szybko stracili przesadne zainteresowanie, wertując książki w poszukiwaniu większej ilości informacji.
– Liam? – spomiędzy wąskich warg Théo wydobyło się ciche pytanie, nad którym nie zdołał zapanować. – przepraszam, że wciągnąłem cię w to wszystko. n-nie powinienem był prosić o to, żebyś został moim opiekunem – wyszeptał drżącym głosem, nie unosząc wyżej spojrzenia. – chyba już pójdę, dobranoc.
zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Théo zebrał swoje rzeczy i wystrzelił z pokoju, jak z procy. jego serce biło w przyspieszonym tempie, a przez głowę przemykały tysiące myśli. żadna z nich nie napawała entuzjazmem. wszystkie wywoływały przerażenie, na które ciało Théo reagowało drżeniem oraz nagłym osłabieniem.
przeklinając po cichu samego siebie oraz wszystkie decyzje, jakie podjął zaraz po przyjeździe, zamknął drzwi na klucz i usiadł na podłodze. coś podpowiadało mu, że właśnie nimi ściągnął niebezpieczeństwo na siebie oraz tych, którzy znaczyli dla niego więcej niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
– ktoś ma ochotę na herbatę? – rzucił zielonooki, poprawiając poduszkę, którą wcześniej podłożył pod plecy. – halo? – sapnął z nutą niezadowolenia, kiedy nie otrzymał odpowiedzi. – zrobić komuś herbaty? – ponowił, zsuwając się z materaca.
zebrawszy zamówienia od Liama i Zayna, nasunął na stopy swoje tenisówki i ruszył w kierunku kuchni. korytarze były już opustoszałe, ponieważ zajęcia skończyły się dużo wcześniej. adepci zaszyli się w swoich pokojach lub w bibliotece, gdzie zwykle odbywało się odrabianie prac domowych.
nieustannie rozmyślając o tajemniczym mężczyźnie, którego zobaczył między strugami deszczu, Théo napełnił czajnik wodą i włączył go. oparł się plecami o krawędź blatu i skrzyżował ramiona na piersi, wbijając spojrzenie w przestrzeń.
pamiętał, że kiedyś czytał opis, zgadzający się z tym, co widział w niemal stu procentach.
brunet westchnął ze smutkiem i na moment zacisnął powieki. potrzebował odpocząć od rozmyślań na ten temat, ponieważ powoli wszystko zaczynało go drażnić. żeby nie tracić czasu, wyjął z szafki drewnianą tacę, na której ustawił trzy kubki oraz talerz z różnymi smakołykami. do odpowiednich naczyń wrzucił torebki z herbatą. dwie malinowe, dla niego i Liama, i jedna brzoskwiniowa dla Zayna.
po tym, jak w pomieszczeniu rozległ się charakterystyczny gwizd, nalał wrzątku do kubków i odczekał kilka chwil. złapawszy mocno tacę, opuścił kuchnię i ostrożnie przeszedł przez salę jadalną oraz korytarz. największym wyzwaniem okazało się wejście do pokoju, przy użyciu łokcia do otworzenia drzwi, jednakże udało mu się to zrobić bez wylania połowy napojów.
– proszę – powiedział zachrypniętym głosem, podając naczynia dwóm mężczyznom, którzy podziękowali mi po cichu.
sam chwycił swoje i zakopał się z powrotem pod kołdrą. żeby nie tracić czasu, przyciągnął do siebie zieloną książkę, opatrzoną tytułem „zarys wierzeń plemion celtyckich”. wyglądała na nową, więc nie obawiał się wielkiej katastrofy przez przypadkowe zalanie jej herbatą. przeczytawszy pobieżnie wstęp, zamrugał oczami i pokręcił głową. nie zrozumiał z niego absolutnie nic, ale zrzucił to na zmęczenie.
– niczego nie znaleźliście, prawda? – uniósł wzrok znad cienkiego tomu i napotkał dwa przepraszające spojrzenia, które odpowiedziały na jego pytanie. – okej, w porządku – mruknął bardziej do siebie i upił pierwszy łyk.
czując napływające uczucie zrezygnowania, zmarszczył brwi i desperacko wbił spojrzenie w tekst. pierwszym, co sprawdził był oczywiście spis treści, znajdujący się na początku książki. z niego dowiedział się, że informacji o bóstwach męskich powinien szukać w okolicach 127 strony, więc uczynił to bez szemrania.
pierwszy z podrozdziałów mówił o tak zwanym „bogu z rogami”. jednakże jego opis, ciągnący się przez około jedenaście stron, nie wniósł niczego nowego do poszukiwań. nie mając ochoty na czytanie drugiej, tak obszernej historii z kolei, Théo odsunął tom na bok i zajął się piciem herbaty, która zyskała temperaturę pokojową.
– może powinniśmy to odłożyć na jutro – stwierdził cichym głosem, kiedy wypił ostatni łyk napoju i odstawił kubek na bok. – nie wiem jak wy, ale ja już nie mam do tego siły – westchnął, wracając do lektury.
– zostało nam już tylko kilka książek – odparł Liam, tłumiąc ziewnięcie, które cisnęło się na jego wargi. – skończymy je przeglądać. jutro możemy spróbować znowu, jeżeli niczego nie znajdziemy – to stwierdzenie poparło aprobujące mruknięcie Zayna.
nie mając ochoty na sprzeczanie się ze starszymi od siebie, Théo wzruszył ramionami i zmienił pozycję. teraz leżał obok swojego opiekuna, podpierając łokcie na krawędzi materaca. książkę trzymał w dłoniach, uniesionych na wysokość twarzy, a bystrym spojrzeniem uważnie śledził kolejne słowa. w kilka minut przebrnął przez drugi podrozdział, chociaż zrobił to z wyraźnym trudem.
wiedząc, że nikt nie zauważy niedbalstwa, jedynie przebiegł wzrokiem po trzech kolejnych kartkach. zatrzymał się dopiero, kiedy jego uwagę przykuło jedno ze słów. cernucopia. chociaż miał wrażenie, że nie wniesie to niczego nowego, wrócił do początku akapitu. w miarę czytania krótkiego tekstu, jego oczy rozszerzały się co raz bardziej, aż w końcu odsunął od siebie książkę.
– znalazłem – powiedział z niedowierzaniem, nieco przyciszonym głosem. – olloudius. ten mężczyzna, którego wtedy zobaczyłem się tak nazywa – dodał, kręcąc głową. – on jest bogiem… podobno napis na figurce, znalezionej w Belgii sugeruje, że można go czcić, jako opiekuna danego terenu – odchrząknął nieznacznie i usiadł na brzegu łóżka.
zielonooki zaczął nerwowo bawić się swoimi palcami, czując zdziwione spojrzenia utkwione w sobie. jego policzki momentalnie pokryły się głębokim odcieniem czerwieni, który próbował zatuszować przez przysłonięcie go włosami. nie dało to zbyt wiele, ponieważ grzywka okazała się o wiele za krótka. ale Zayn i Liam szybko stracili przesadne zainteresowanie, wertując książki w poszukiwaniu większej ilości informacji.
– Liam? – spomiędzy wąskich warg Théo wydobyło się ciche pytanie, nad którym nie zdołał zapanować. – przepraszam, że wciągnąłem cię w to wszystko. n-nie powinienem był prosić o to, żebyś został moim opiekunem – wyszeptał drżącym głosem, nie unosząc wyżej spojrzenia. – chyba już pójdę, dobranoc.
zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Théo zebrał swoje rzeczy i wystrzelił z pokoju, jak z procy. jego serce biło w przyspieszonym tempie, a przez głowę przemykały tysiące myśli. żadna z nich nie napawała entuzjazmem. wszystkie wywoływały przerażenie, na które ciało Théo reagowało drżeniem oraz nagłym osłabieniem.
przeklinając po cichu samego siebie oraz wszystkie decyzje, jakie podjął zaraz po przyjeździe, zamknął drzwi na klucz i usiadł na podłodze. coś podpowiadało mu, że właśnie nimi ściągnął niebezpieczeństwo na siebie oraz tych, którzy znaczyli dla niego więcej niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
wtorek, 30 października 2018
56
obudził się dość późno. dochodziła dziesiąta, gdy otworzył oczy, a jasne promienie podrażniły jego tęczówki. mrukną niezadowolony, mrużąc oczy i zamykając je jeszcze na chwilę. schował nos w jasne kosmyki Théo i wdychając ich przyjemny zapach, leżał jeszcze przez jakiś czas, zaczynając myśleć o tym wszystkim co mu opowiedział w nocy.
jego wizje były niepokojące. musiał o nich opowiedzieć Darylowi. musieli wzmocnić granice Violet Hill. wyznaczyć jakieś patrole, rzucić czary obronne.
przygotować się do ataku. ale przed powiadomieniem o wizji Théo swojego wuja, musiał wiedzieć jedną rzecz. kim był mężczyzna, którego zobaczył podczas burzy.
ostrożnie wygrzebał się z pościeli, tak by nie obudzić bruneta, który wciąż spał smacznie, tuląc się do rąbka pościeli. zwinięty niczym mały kociak, z włosami rozrzuconymi na poduszce i rumieńcami na policzkach, wyglądał niezwykle uroczo. na usta Liama mimowolnie wkradł się uśmiech, gdy patrzył tak na śpiącego Théo.
jeszcze szerzej uśmiechnął się, gdy zdał sobie sprawę, że jest jedyną osobą, przy której on może spokojnie spać.
potrząsnął głową i wsunął na stopy trampki. na pomiętą, szarą koszulkę, zarzucił bluzę i cicho wyszedł z pokoju, by nie obudzić chłopaka. podciągnął rękawy do łokci, kierując się do biblioteki. za winklem wpadł na Zayna.
– och. szukałem cię – odezwał się brunet. – chciałem zapytać co z Théo.
– w porządku – odpowiedział Liam, przystając i spoglądając na przyjaciela. – był trochę roztrzęsiony i miał nocne koszmary, ale w końcu zasnął.
– powiedz mi. co się właściwie stało na błoniach? – zapytał mulat, wciskając ręce w kieszenie spodni i obaj ruszyli w stronę biblioteki.
– Théo miał wizję, która potwierdziła tylko to co usłyszał od duchów w świątyni druidów – wyznał, splatając ręce na piersiach. – mrok, chce zniszczyć Violet Hill. najpierw wybić wszystkich pure-blood, którzy są nieświadomi swojej mocy, a potem zaatakować nas.
– jeśli pozbędzie się tego miejsca, pure-blood nie będą mieli gdzie się szkolić – przeanalizował Malik. – a jeśli nie będą mieli gdzie uczyć się kontroli nad mocą, ona ich pochłonie i wszyscy potomkowie druidów znikną z ziemi. to logiczne.
– to prawda. chce wyeliminować potencjalnego przeciwnika, który będzie miał moc zgładzenia go – przytaknął mu Payne. – a przynajmniej. stłumienia go do na kolejne kilkaset lat.
– on poluje na Théo – stwierdził Zayn, a szatyn mocniej zacisnął wargi. – doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? on od początku był inny. silniejszy. ale potrzebuje drużyny.
– ma już ogień i lód – wyznał pamiętając o jego przyjaźni z Niallem i Louisem. – potrzebuje jeszcze wody, powietrza i eteru.
– czyli… ta bitwa na granicach Violet Hill, będzie jedną z wielu? – zapytał brunet, a on ze zrezygnowaniem przytaknął. – w takim razie, musimy się do niej
przygotować. trzeba powiadomić Simona.
– tak, wiem, ale zanim to zrobimy, musimy się dowiedzieć jeszcze jednej rzeczy – podkreślił Liam, a widząc spojrzenie przyjaciela dodał: – poza wizją, którą nie wiem co wywołało, zobaczył jeszcze jakiegoś mężczyznę. dlatego idę do biblioteki.
– w jakim dziale, będziemy szukać? – spytał Zayn, a szatyn spojrzał na niego. – no co? pomogę wam szukać tego gościa.
– myślę nad historią. może to był jakiś prastary duch – odpowiedział, kiedy wchodzili do biblioteki. od razu skierowali się na dział z historią i zaczęli wyszukiwać tomy, które mogły wydać się najbardziej niezbędne. krążyli między regałami ściągając kolejne książki.
– ogniska – odezwał się niespodziewanie brunet, a Payne spojrzał na niego marszcząc brwi. – wielkie ogniska. były przecież z dziesięciu świętych drzew, a Théo jest związany z naturą. może ich dym wywołał to wszystko.
– wiesz… wiesz, że możesz mieć rację – przyznał, marszcząc brwi. – kiedy był na błoniach, jego spojrzenie było zamglone, głupawy uśmieszek błąkał mu się na ustach. jakby się naćpał. a kiedy poszliśmy na plażę, z dala od ognisk, to ustąpiło. jak wróciliśmy na błonia, znów się nasiliło.
– no widzisz. jeśli Théo jest tym kim jest, to takie imprezy mogą silnie na niego wpływać – stwierdził Zayn, ściągając z wyższej półki kolejną książkę. – wywoływać wizje i tym podobne.
Liam przytakną i też ściągnął kolejny tom z półki. obładowani książkami różnej wielkości oraz grubości, opuścili bibliotekę i skierowali się z powrotem do pokoju szatyna. nacisnął klamkę łokciem i pchnął drzwi biodrem wchodząc do środka. jego spojrzenie padło na zaspanego Théo, który siedział na łóżku przecierając oczy, a Loki rozłożył się na jego kolanach. bezwiednie głaskał go po głowie i drapał za uszami.
– dzień dobry, głodomorku – przywitał się, a brunet odpowiedział mu leniwym uśmiechem. – chcesz coś na śniadanie?
– tosty i herbatę – wydukał wciąż lekko zaspany, ziewając głośno, kiedy Payne, odkładał książki na biurko. Zayn poszedł w jego ślady i spojrzał na Théo witając się z nim szerokim uśmiechem.
– opowiedz Zaynowi o tym mężczyźnie. pomoże nam szukać – poprosił na powrót kierując się do drzwi. – a ja skoczę zrobić ci śniadanie.
i wyszedł pospiesznie kierując się do kuchni. zrobił swojemu chłopakowi tosty z dżemem truskawkowym oraz twarożkiem i skrojonymi w plasterki owocami.
przyrządził mu swoją ulubioną herbatę malinową i tak zaopatrzony wrócił do pokoju.
Zayn siedział w fotelu, przerzucając strony książki. Théo robił to samo, siedząc wciąż nakryty pierzyną. jednak podniósł wzrok, gdy szatyn wszedł do środka. posłał mu uroczy uśmiech na widok pysznego śniadania i odebrał je od niego uprzednio
odsuwając ciężki tom. Payne przysunął go do siebie, wyciągając się w poprzek łóżka i
zaczynając przewracać strony.
jego wizje były niepokojące. musiał o nich opowiedzieć Darylowi. musieli wzmocnić granice Violet Hill. wyznaczyć jakieś patrole, rzucić czary obronne.
przygotować się do ataku. ale przed powiadomieniem o wizji Théo swojego wuja, musiał wiedzieć jedną rzecz. kim był mężczyzna, którego zobaczył podczas burzy.
ostrożnie wygrzebał się z pościeli, tak by nie obudzić bruneta, który wciąż spał smacznie, tuląc się do rąbka pościeli. zwinięty niczym mały kociak, z włosami rozrzuconymi na poduszce i rumieńcami na policzkach, wyglądał niezwykle uroczo. na usta Liama mimowolnie wkradł się uśmiech, gdy patrzył tak na śpiącego Théo.
jeszcze szerzej uśmiechnął się, gdy zdał sobie sprawę, że jest jedyną osobą, przy której on może spokojnie spać.
potrząsnął głową i wsunął na stopy trampki. na pomiętą, szarą koszulkę, zarzucił bluzę i cicho wyszedł z pokoju, by nie obudzić chłopaka. podciągnął rękawy do łokci, kierując się do biblioteki. za winklem wpadł na Zayna.
– och. szukałem cię – odezwał się brunet. – chciałem zapytać co z Théo.
– w porządku – odpowiedział Liam, przystając i spoglądając na przyjaciela. – był trochę roztrzęsiony i miał nocne koszmary, ale w końcu zasnął.
– powiedz mi. co się właściwie stało na błoniach? – zapytał mulat, wciskając ręce w kieszenie spodni i obaj ruszyli w stronę biblioteki.
– Théo miał wizję, która potwierdziła tylko to co usłyszał od duchów w świątyni druidów – wyznał, splatając ręce na piersiach. – mrok, chce zniszczyć Violet Hill. najpierw wybić wszystkich pure-blood, którzy są nieświadomi swojej mocy, a potem zaatakować nas.
– jeśli pozbędzie się tego miejsca, pure-blood nie będą mieli gdzie się szkolić – przeanalizował Malik. – a jeśli nie będą mieli gdzie uczyć się kontroli nad mocą, ona ich pochłonie i wszyscy potomkowie druidów znikną z ziemi. to logiczne.
– to prawda. chce wyeliminować potencjalnego przeciwnika, który będzie miał moc zgładzenia go – przytaknął mu Payne. – a przynajmniej. stłumienia go do na kolejne kilkaset lat.
– on poluje na Théo – stwierdził Zayn, a szatyn mocniej zacisnął wargi. – doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? on od początku był inny. silniejszy. ale potrzebuje drużyny.
– ma już ogień i lód – wyznał pamiętając o jego przyjaźni z Niallem i Louisem. – potrzebuje jeszcze wody, powietrza i eteru.
– czyli… ta bitwa na granicach Violet Hill, będzie jedną z wielu? – zapytał brunet, a on ze zrezygnowaniem przytaknął. – w takim razie, musimy się do niej
przygotować. trzeba powiadomić Simona.
– tak, wiem, ale zanim to zrobimy, musimy się dowiedzieć jeszcze jednej rzeczy – podkreślił Liam, a widząc spojrzenie przyjaciela dodał: – poza wizją, którą nie wiem co wywołało, zobaczył jeszcze jakiegoś mężczyznę. dlatego idę do biblioteki.
– w jakim dziale, będziemy szukać? – spytał Zayn, a szatyn spojrzał na niego. – no co? pomogę wam szukać tego gościa.
– myślę nad historią. może to był jakiś prastary duch – odpowiedział, kiedy wchodzili do biblioteki. od razu skierowali się na dział z historią i zaczęli wyszukiwać tomy, które mogły wydać się najbardziej niezbędne. krążyli między regałami ściągając kolejne książki.
– ogniska – odezwał się niespodziewanie brunet, a Payne spojrzał na niego marszcząc brwi. – wielkie ogniska. były przecież z dziesięciu świętych drzew, a Théo jest związany z naturą. może ich dym wywołał to wszystko.
– wiesz… wiesz, że możesz mieć rację – przyznał, marszcząc brwi. – kiedy był na błoniach, jego spojrzenie było zamglone, głupawy uśmieszek błąkał mu się na ustach. jakby się naćpał. a kiedy poszliśmy na plażę, z dala od ognisk, to ustąpiło. jak wróciliśmy na błonia, znów się nasiliło.
– no widzisz. jeśli Théo jest tym kim jest, to takie imprezy mogą silnie na niego wpływać – stwierdził Zayn, ściągając z wyższej półki kolejną książkę. – wywoływać wizje i tym podobne.
Liam przytakną i też ściągnął kolejny tom z półki. obładowani książkami różnej wielkości oraz grubości, opuścili bibliotekę i skierowali się z powrotem do pokoju szatyna. nacisnął klamkę łokciem i pchnął drzwi biodrem wchodząc do środka. jego spojrzenie padło na zaspanego Théo, który siedział na łóżku przecierając oczy, a Loki rozłożył się na jego kolanach. bezwiednie głaskał go po głowie i drapał za uszami.
– dzień dobry, głodomorku – przywitał się, a brunet odpowiedział mu leniwym uśmiechem. – chcesz coś na śniadanie?
– tosty i herbatę – wydukał wciąż lekko zaspany, ziewając głośno, kiedy Payne, odkładał książki na biurko. Zayn poszedł w jego ślady i spojrzał na Théo witając się z nim szerokim uśmiechem.
– opowiedz Zaynowi o tym mężczyźnie. pomoże nam szukać – poprosił na powrót kierując się do drzwi. – a ja skoczę zrobić ci śniadanie.
i wyszedł pospiesznie kierując się do kuchni. zrobił swojemu chłopakowi tosty z dżemem truskawkowym oraz twarożkiem i skrojonymi w plasterki owocami.
przyrządził mu swoją ulubioną herbatę malinową i tak zaopatrzony wrócił do pokoju.
Zayn siedział w fotelu, przerzucając strony książki. Théo robił to samo, siedząc wciąż nakryty pierzyną. jednak podniósł wzrok, gdy szatyn wszedł do środka. posłał mu uroczy uśmiech na widok pysznego śniadania i odebrał je od niego uprzednio
odsuwając ciężki tom. Payne przysunął go do siebie, wyciągając się w poprzek łóżka i
zaczynając przewracać strony.
sobota, 27 października 2018
55
Théo przekręcił się z boku na bok, a jego twarz wykrzywił grymas strachu. z każdą kolejną minutą chłopak poruszał się co raz niespokojniej, po jego policzkach płynęły łzy, a z ust wydzierały się krótkie okrzyki. w pewnym momencie usiadł gwałtownie, otwierając oczy szeroko ze strachu i krzyknął głośno, zaciskając palce na pościeli.
jego smukłe palce na moment zacisnęły się na krawędzi kołdry, a następnie odrzuciły ją na bok. nie chcąc ponownie zapaść w sen, Théo zsunął się z materaca i stanął na zimnej podłodze. zajął miejsce przy biurku, na nieco niewygodnym krześle, i oparł na nim łokcie, wsuwając dłonie w swoje krótkie włosy.
zaczął już przeklinać samego siebie w myślach o to, że odprawił Liama, argumentując to chęcią samotności. teraz pragnął poczuć wokół siebie jego silne ramiona i wywietrzały zapach perfum, a także usłyszeć słowa uspokojenia szeptane do ucha.
westchnąwszy ciężko, brunet ułożył przedramiona płasko na blacie i oparł na nich policzek, nucąc pod nosem cichą melodię, którą pamiętał ze święta. całość zabawy pamiętał jak przez mgłę, wiedział, że tańczył z Liamem i puścił razem z nim lampion. w jego głowie zaświtało też wspomnienie ich intymnego momentu, więc zaczerwienił się dosyć mocno. jednakże nie umiał przypomnieć sobie żadnych szczegółów, co mocno go przerażało.
wkrótce po głębokich rozmyślaniach na temat minionych godzin, powieki chłopaka zaczęły mu ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki. jego sen
nie trwał jednak długo, ponieważ znowu wybudził się z niego gwałtownie. tym razem zdołał pohamować wrzask, ale nie łzy strachu, które spłynęły po jego zaczerwienionych policzkach.
nie rozmyślając długo nad tym, co powinien zrobić, Théo chwycił w dłonie swoje tenisówki i podszedł do drzwi, nie zakładając ich na bose stopy. stojąc na korytarzu zawołał cicho swojego zwierzaka, który zerwał się ze swojego posłania i pomknął do odpowiedniego pokoju jako pierwszy. gdy Théo już tam dotarł, John grzecznie siedział pod drzwiami, patrząc na swojego właściciela ślepkami, błyszczącymi nawet w ciemności.
zielonooki uśmiechnął się lekko, pospiesznie otarł policzki i wsunął się do pokoju. przypilnował, żeby fretka weszła razem z nim i zwinęła się na posłaniu obok Lokiego, cmokając go wcześniej w czubek mokrego noska. dopiero wówczas odważył się unieść wzrok.
pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł było zatroskanie, widoczne w sarnich oczach Liama. gdy dostrzegł w jakim stanie znajduje się młodszy, odłożył na bok czytaną książkę i rozłożył ramiona. bez zadawania zbędnych pytań, przyciągnął go do uścisku i pogładził po plecach. kilka sekund później, miękkie wargi odnalazły rozpaloną skórę, na czole Théo, i tam już zostały.
– mam do ciebie pytanie – powiedział Payne po dłuższym czasie milczenia, spędzonym na kołysaniu bruneta w swoich ramionach. – masz może ochotę na herbatę? – szepnął i zaraz odwzajemnił szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy podopiecznego. – załóż buty i idziemy – poklepał go lekko po udzie i wysunął się z objęć, by nasunąć swoje tenisówki.
Théo poszedł za jego przykładem i chwycił wyciągniętą dłoń, by następnie ruszyć przez korytarz, pogrążony w mroku. po bezproblemowym odnalezieniu drogi do sali jadalnej, zakradli się do kuchni i zgodnie przystąpili do przygotowania napoju. Liam zajął się wstawieniem wody i odnalezieniem opakowania z malinową herbatą, a jego chłopak przeszperał szafki, w których znalazł dwa duże
kubki.
Théo chwycił naczynie wypełnione ciepłym napojem i splótł swoje palce z tymi szatyna. nie odzywając się ani słowem, ruszył w drogę powrotną o wiele wolniejszym krokiem, by przypadkiem nie polać się wrzątkiem. gdy dotarł do sypialni starszego, bez uronienia ani kropli, uśmiechnął się do siebie delikatnie i wsunął do pomieszczenia. usłyszał, jak brązowooki podąża za nim i zamyka drzwi z cichym kliknięciem.
nie mając ochoty na powrót do łóżka, zielonooki usadowił się na podłodze przy oknie sięgającym do samej podłogi. chwilę później na jego kolanach wylądował ciepły koc, na widok którego otworzył oczy ze zdziwieniem i zadarł głowę, żeby spojrzeć na swojego opiekuna. ten tylko wzruszył ramionami i usiadł obok niego, wsuwając nogi pod miękki pled.
wciąż nie rozmawiając o wydarzeniach z minionych godzin, mężczyźni zajęli się piciem swoich herbat. wokół rozlegały się dźwięki, które akompaniowały kroplom deszczu, uderzającym o okno.
– chyba potrzebuję o tym komuś opowiedzieć – nagle odezwał się zduszony głos Théo, który spojrzał na opiekuna załzawionymi oczami. – nie mogę tak. nie mogę przez to spać, bo się boję – szeptał gorączkowo, ledwie utrzymując kubek w swoich drżących dłoniach. – pewnie to nie pomoże jakoś wybitnie, ale po prostu… potrzebne mi to – po tych słowach zamilkł, wpatrując się w Liama błagalnie.
– mów, maluchu, nie będę ci przerywał – odparł tylko szatyn, obejmując go ciaśniej ramieniem i obdarowując krótkim pocałunkiem w policzek.
zielonooki pociągnął cicho nosem i odstawił na bok naczynie. głowę ułożył wygodniej na klatce piersiowej mężczyzny i opuścił powieki. wsłuchując się w regularne bicie serca, odetchnął głęboko i podjął wątek.
– na początku była ta wizja. po tym, jak upadłem na kolana i tak okropnie rozbolała mnie głowa – zaczął, bawiąc się swoimi zimnymi palcami. – na moment ten ból przeszedł, ale zaraz wrócił. znaczy, nie sam, bo razem z nim przyszły te wszystkie obrazy – przełknął głośno ślinę i mocniej wczepił się w tors szatyna, poszukując w tym poczucia bezpieczeństwa. – i nie były zbyt przyjemne. widziałem
demony, gromadzące się przy granicach i… to, jak mordują pure–blood – szepnął, drżąc
na całym ciele ze strachu.
Payne bez słowa złapał go za biodra i przyciągnął na swoje uda. po zamknięciu go w uścisku, przycisnął wargi do jego ucha i wyszeptał kilka uspokajających słów, nie przerywając gładzenia go po plecach. minęło kilka minut, zanim Théo uspokoił się na tyle, żeby kontynuować przerwany wywód.
– z–zabijały tych, którzy nie b–byli niczego świadomi i całkiem bezbronni. t–tych,
którzy nie byli w Violet Hill i nawet nie wiedzieli kim są – powiedział na początku, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – potem był kolejny obraz. błonia zasłane trupami. większość z ludzi, którzy tam byli, znałem – po tych słowach brunet wybuchnął niekontrolowanym płaczem, czując, jak całe napięcie uchodzi z jego ciała.
– ćśśśśśś, to wcale nie musi się spełnić – zauważył Liam, powracając do kołysania go w swoich ramionach. – prawda? jeśli przygotujemy się odpowiednio, to damy radę odeprzeć każdy atak – zauważył z pewnością siebie słyszalną w przyciszonym głosie. – Théo? widziałeś potem coś jeszcze – bardziej stwierdził niż zapytał.
chłopak pokiwał głową i oparł głowę na jego ramieniu. zanim zdążył się zastanowić nad tym, co powiedzieć, słowa same wypłynęły z jego ust. opowiedział o mężczyźnie, którego zobaczył w momencie, kiedy nad błoniami zerwała się burza.
opisał go w każdym najdrobniejszym szczególe, jaki zdołał zapamiętać, mimo szoku i przerażenia.
– czy możemy iść już spać? – zapytał nieśmiało zielonooki, kiedy już skończył mówić. – jestem zmęczony – uznał, przecierając pięścią powiekę, która ciążyła mu już od dłuższego czasu.
Payne pokiwał głową w ramach odpowiedzi i obaj podnieśli się z zimnej podłogi. naczynia ustawili na stoliku nocnym, a jeden z nich rzucił koc w nogi łóżka, do którego potem się wsunęli. brunet ułożył się tyłem do swojego opiekuna, a ten objął go w pasie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. w krótkim czasie obaj odpłynęli w sen, który był na tyle twardy, że pozwolił im zaznać spokoju przez kilka godzin.
jego smukłe palce na moment zacisnęły się na krawędzi kołdry, a następnie odrzuciły ją na bok. nie chcąc ponownie zapaść w sen, Théo zsunął się z materaca i stanął na zimnej podłodze. zajął miejsce przy biurku, na nieco niewygodnym krześle, i oparł na nim łokcie, wsuwając dłonie w swoje krótkie włosy.
zaczął już przeklinać samego siebie w myślach o to, że odprawił Liama, argumentując to chęcią samotności. teraz pragnął poczuć wokół siebie jego silne ramiona i wywietrzały zapach perfum, a także usłyszeć słowa uspokojenia szeptane do ucha.
westchnąwszy ciężko, brunet ułożył przedramiona płasko na blacie i oparł na nich policzek, nucąc pod nosem cichą melodię, którą pamiętał ze święta. całość zabawy pamiętał jak przez mgłę, wiedział, że tańczył z Liamem i puścił razem z nim lampion. w jego głowie zaświtało też wspomnienie ich intymnego momentu, więc zaczerwienił się dosyć mocno. jednakże nie umiał przypomnieć sobie żadnych szczegółów, co mocno go przerażało.
wkrótce po głębokich rozmyślaniach na temat minionych godzin, powieki chłopaka zaczęły mu ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki. jego sen
nie trwał jednak długo, ponieważ znowu wybudził się z niego gwałtownie. tym razem zdołał pohamować wrzask, ale nie łzy strachu, które spłynęły po jego zaczerwienionych policzkach.
nie rozmyślając długo nad tym, co powinien zrobić, Théo chwycił w dłonie swoje tenisówki i podszedł do drzwi, nie zakładając ich na bose stopy. stojąc na korytarzu zawołał cicho swojego zwierzaka, który zerwał się ze swojego posłania i pomknął do odpowiedniego pokoju jako pierwszy. gdy Théo już tam dotarł, John grzecznie siedział pod drzwiami, patrząc na swojego właściciela ślepkami, błyszczącymi nawet w ciemności.
zielonooki uśmiechnął się lekko, pospiesznie otarł policzki i wsunął się do pokoju. przypilnował, żeby fretka weszła razem z nim i zwinęła się na posłaniu obok Lokiego, cmokając go wcześniej w czubek mokrego noska. dopiero wówczas odważył się unieść wzrok.
pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł było zatroskanie, widoczne w sarnich oczach Liama. gdy dostrzegł w jakim stanie znajduje się młodszy, odłożył na bok czytaną książkę i rozłożył ramiona. bez zadawania zbędnych pytań, przyciągnął go do uścisku i pogładził po plecach. kilka sekund później, miękkie wargi odnalazły rozpaloną skórę, na czole Théo, i tam już zostały.
– mam do ciebie pytanie – powiedział Payne po dłuższym czasie milczenia, spędzonym na kołysaniu bruneta w swoich ramionach. – masz może ochotę na herbatę? – szepnął i zaraz odwzajemnił szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy podopiecznego. – załóż buty i idziemy – poklepał go lekko po udzie i wysunął się z objęć, by nasunąć swoje tenisówki.
Théo poszedł za jego przykładem i chwycił wyciągniętą dłoń, by następnie ruszyć przez korytarz, pogrążony w mroku. po bezproblemowym odnalezieniu drogi do sali jadalnej, zakradli się do kuchni i zgodnie przystąpili do przygotowania napoju. Liam zajął się wstawieniem wody i odnalezieniem opakowania z malinową herbatą, a jego chłopak przeszperał szafki, w których znalazł dwa duże
kubki.
Théo chwycił naczynie wypełnione ciepłym napojem i splótł swoje palce z tymi szatyna. nie odzywając się ani słowem, ruszył w drogę powrotną o wiele wolniejszym krokiem, by przypadkiem nie polać się wrzątkiem. gdy dotarł do sypialni starszego, bez uronienia ani kropli, uśmiechnął się do siebie delikatnie i wsunął do pomieszczenia. usłyszał, jak brązowooki podąża za nim i zamyka drzwi z cichym kliknięciem.
nie mając ochoty na powrót do łóżka, zielonooki usadowił się na podłodze przy oknie sięgającym do samej podłogi. chwilę później na jego kolanach wylądował ciepły koc, na widok którego otworzył oczy ze zdziwieniem i zadarł głowę, żeby spojrzeć na swojego opiekuna. ten tylko wzruszył ramionami i usiadł obok niego, wsuwając nogi pod miękki pled.
wciąż nie rozmawiając o wydarzeniach z minionych godzin, mężczyźni zajęli się piciem swoich herbat. wokół rozlegały się dźwięki, które akompaniowały kroplom deszczu, uderzającym o okno.
– chyba potrzebuję o tym komuś opowiedzieć – nagle odezwał się zduszony głos Théo, który spojrzał na opiekuna załzawionymi oczami. – nie mogę tak. nie mogę przez to spać, bo się boję – szeptał gorączkowo, ledwie utrzymując kubek w swoich drżących dłoniach. – pewnie to nie pomoże jakoś wybitnie, ale po prostu… potrzebne mi to – po tych słowach zamilkł, wpatrując się w Liama błagalnie.
– mów, maluchu, nie będę ci przerywał – odparł tylko szatyn, obejmując go ciaśniej ramieniem i obdarowując krótkim pocałunkiem w policzek.
zielonooki pociągnął cicho nosem i odstawił na bok naczynie. głowę ułożył wygodniej na klatce piersiowej mężczyzny i opuścił powieki. wsłuchując się w regularne bicie serca, odetchnął głęboko i podjął wątek.
– na początku była ta wizja. po tym, jak upadłem na kolana i tak okropnie rozbolała mnie głowa – zaczął, bawiąc się swoimi zimnymi palcami. – na moment ten ból przeszedł, ale zaraz wrócił. znaczy, nie sam, bo razem z nim przyszły te wszystkie obrazy – przełknął głośno ślinę i mocniej wczepił się w tors szatyna, poszukując w tym poczucia bezpieczeństwa. – i nie były zbyt przyjemne. widziałem
demony, gromadzące się przy granicach i… to, jak mordują pure–blood – szepnął, drżąc
na całym ciele ze strachu.
Payne bez słowa złapał go za biodra i przyciągnął na swoje uda. po zamknięciu go w uścisku, przycisnął wargi do jego ucha i wyszeptał kilka uspokajających słów, nie przerywając gładzenia go po plecach. minęło kilka minut, zanim Théo uspokoił się na tyle, żeby kontynuować przerwany wywód.
– z–zabijały tych, którzy nie b–byli niczego świadomi i całkiem bezbronni. t–tych,
którzy nie byli w Violet Hill i nawet nie wiedzieli kim są – powiedział na początku, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – potem był kolejny obraz. błonia zasłane trupami. większość z ludzi, którzy tam byli, znałem – po tych słowach brunet wybuchnął niekontrolowanym płaczem, czując, jak całe napięcie uchodzi z jego ciała.
– ćśśśśśś, to wcale nie musi się spełnić – zauważył Liam, powracając do kołysania go w swoich ramionach. – prawda? jeśli przygotujemy się odpowiednio, to damy radę odeprzeć każdy atak – zauważył z pewnością siebie słyszalną w przyciszonym głosie. – Théo? widziałeś potem coś jeszcze – bardziej stwierdził niż zapytał.
chłopak pokiwał głową i oparł głowę na jego ramieniu. zanim zdążył się zastanowić nad tym, co powiedzieć, słowa same wypłynęły z jego ust. opowiedział o mężczyźnie, którego zobaczył w momencie, kiedy nad błoniami zerwała się burza.
opisał go w każdym najdrobniejszym szczególe, jaki zdołał zapamiętać, mimo szoku i przerażenia.
– czy możemy iść już spać? – zapytał nieśmiało zielonooki, kiedy już skończył mówić. – jestem zmęczony – uznał, przecierając pięścią powiekę, która ciążyła mu już od dłuższego czasu.
Payne pokiwał głową w ramach odpowiedzi i obaj podnieśli się z zimnej podłogi. naczynia ustawili na stoliku nocnym, a jeden z nich rzucił koc w nogi łóżka, do którego potem się wsunęli. brunet ułożył się tyłem do swojego opiekuna, a ten objął go w pasie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. w krótkim czasie obaj odpłynęli w sen, który był na tyle twardy, że pozwolił im zaznać spokoju przez kilka godzin.
środa, 24 października 2018
54
brunet westchnął głośno w usta starszego i uniósł w górę kąciki swoich, ponownie atakowanych przyjemnymi pocałunkami. wiedziony przeczuciami, wsunął palce w miękkie włosy Liama i tam lekko zacisnął, mocniej przyciągając do siebie. w odpowiedzi na uścisk dłoni na swoich biodrach, mruknął cicho i rozchylił wargi.
jego umysł przejaśnił się nieco w czasie pobytu na plaży, jednak został z powrotem przytłumiony. nie tylko przez pieszczoty, którymi bywał obdarowywany, ale także smugi dymu. ogniska, zostawione bez nadzoru na kilkanaście minut, wystrzeliły swoimi płomieniami jeszcze wyżej i spaliły polane.
– chyba powinniśmy wracać – wydyszał Payne, opierając się czołem o czoło młodszego i wysunął dłonie spod jego pomiętej koszulki. – co, głodomorku? wracamy? – powtórzył, przesuwając zimnymi palcami po rozpalonym policzku Théo.
Théo wzruszył ramionami i odepchnął się o drzewa. jego spojrzenie natychmiast pomknęło w dół, a dłonie pospiesznie poprawiły ubranie. twarz pokryła się głębszym odcieniem czerwieni, a w zielonych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki. owa radość znalazła ujście w cichym, melodyjnym śmiechu, wypływającym z pomiędzy malinowych warg.
po spleceniu palców swoich i opiekuna, Monod odchrząknął znacząco i zmierzwił dłonią swoją grzywkę. nie poprawiło to jej wyglądu, a nawet znacznie go pogorszyło. uśmiechając się głupio pod nosem, ruszył w kierunku skraju drzew i z niewinną miną wyszedł na polanę.
– oooooch! – wykrzyknął z zachwytem chłopak, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości. – zatańczymy? zatańczymy, Li? proszę! – pisnął podekscytowany, mocniej ściskając jego dłoń. – proszę, obiecuję, że to będzie już ostatni – jęknął błagalnie, wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
nie mając wyboru, szatyn wywrócił oczami i pociągnął młodszego chłopaka w kierunku majowego słupa. ustawił go w odpowiednim miejscu, ucałował w czoło i podał czerwoną wstążkę, którą ten ścisnął. odsunąwszy się o kilka kroków, posłał mu szeroki uśmiech i skrzyżował ramiona na piersi, obserwując zabawę z pewnej odległości.
zielonooki uśmiechnął się szeroko i pomachał do niego wolną ręką, a potem mocniej ścisnął wstążkę, postrzępioną na końcu. kiedy rozległ się początek melodii, rozejrzał się dookoła, by zobaczyć co robią inni, a potem podążył za ich przykładem. co kilka chwil, z jego ust ulatywał cichy chichot lub głośny śmiech. jednak ten drugi był o wiele częstszy.
pląsając dookoła maypole, brunet oddychał głęboko, nieświadomie wciągając do płuc kolejne dawki odurzającego dymu. jego tęczówki na powrót stały się zamglone, a uśmiech bardziej rozleniwiony. do wcześniejszych, nasilonych, objawów dołączył ból głowy, który wywołał niezadowolony pomruk.
brunet zmarszczył brwi i potarł wolną dłonią nasadę nosa, wyczuwając nieprzyjemne swędzenie w tym właśnie miejscu. jego podcięta grzywka opadła na czoło i przylepiła się do kropelek potu, które właśnie na nie wstąpiły. wzrastająca temperatura ciała, zmusiła chłopaka do zsunięcia z ramion czarnej marynarki, którą potem rzucił niedbale na trawę. na to, że jego opiekun pochylił się i zmiął ją w swoich palcach, nie zwrócił już uwagi.
zatracony w dobrej zabawie Théo nawet nie zauważył, kiedy jego drobne ramiona zaczęły drżeć, a obraz rozmazywać się przed oczami. spostrzegł to dopiero w chwili, kiedy potknął się o wystającą kępkę trawy i opadł na kolana. dookoła rozległy się niezadowolone okrzyki, więc Théo podniósł się szybko i odszedł kilka kroków, by potem wpaść w ramiona swojego chłopaka.
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogromny ból eksplodował w jego czaszce, a przeraźliwy wrzask opuścił malinowe wargi. przyciskając pięści do swojej skroni, Théo osunął się na kolana i zacisnął powieki. jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, przez co mógł łapać tylko płytkie oddechy.
zebrany na błoniach tłum zaszemrał cicho, zbijając się w ciasny okrąg wokół przerażonego Théo. nie zauważył on jednak niezdrowego poruszenia, jakie zapanowało pośród uczniów, opiekunów czy nauczycieli. pod jego powiekami przesuwały się niekontrolowane rozbłyski światła, powodujące co raz większe cierpienie.
w jednym momencie, ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. brunet otworzył szeroko usta i wciągnął do płuc dużą dawkę powietrza. krople potu powoli skapywały z jego bladego czoła, kiedy pochylił się nad ziemią i wsunął palce w kępki trawy.
– n–nic mi… – zaczął Théo, usiłując podnieść się o własnych siłach, jednak z powrotem osunął się na kolana, zaciskając wargi z powodu kolejnej fali bólu.
kiedy nadeszła, nie była takim zaskoczeniem, jak wcześniejsza. jednak szokiem okazało się to, co przyszło razem z nią. obrazy, przesuwające się przed szeroko otwartymi oczami Théo, które straciły swój intensywny kolor na rzecz wyblakłego odcienia zieleni.
zastępy demonów, gromadzące się przy granicach Violet Hill. wysłannicy mroku mordujących kolejnych pure–blood z zimną krwią. błonia dookoła zamku zasłane trupami osób, które twarze wydawały mu się znajome. przeraźliwe wrzaski cierpienia, które na ułamek sekundy zadudniły w uszach zielonookiego.
– Théo? Théo, co się dzieje? – głos Liama, wypełniony szczerym przerażeniem wyrwał młodszego z transu i pozwolił mu się otrząsnąć z wizji. – błagam, możesz na mnie spojrzeć? możesz powiedzieć, że już wszystko w porządku? – mówił dalej szatyn, a jego ton stawał się co raz bardziej błagalny z każdą chwilą.
– myślę, że tak – wydyszał brunet i odchrząknął cicho, pocierając zmarznięte ramiona swoimi skostniałymi dłońmi. – odprowadzisz mnie do zamku? – poprosił, rzucając szybkie spojrzenie wszystkim zgromadzonym.
w tłumie dostrzegł kilka gestów, wyrażających zmartwienie i troskę o niego. wśród nich było niebieskie spojrzenie Nialla, drżące dłonie Tima, twarz Zayna wykrzywiona przez lekki grymas, a nawet zmarszczone brwi Louisa. na widok ludzi, będących dla niego najbliższymi w całym Violet Hill, w sercu Théo rozlało się przyjemne ciepło.
jego umysł przejaśnił się nieco w czasie pobytu na plaży, jednak został z powrotem przytłumiony. nie tylko przez pieszczoty, którymi bywał obdarowywany, ale także smugi dymu. ogniska, zostawione bez nadzoru na kilkanaście minut, wystrzeliły swoimi płomieniami jeszcze wyżej i spaliły polane.
– chyba powinniśmy wracać – wydyszał Payne, opierając się czołem o czoło młodszego i wysunął dłonie spod jego pomiętej koszulki. – co, głodomorku? wracamy? – powtórzył, przesuwając zimnymi palcami po rozpalonym policzku Théo.
Théo wzruszył ramionami i odepchnął się o drzewa. jego spojrzenie natychmiast pomknęło w dół, a dłonie pospiesznie poprawiły ubranie. twarz pokryła się głębszym odcieniem czerwieni, a w zielonych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki. owa radość znalazła ujście w cichym, melodyjnym śmiechu, wypływającym z pomiędzy malinowych warg.
po spleceniu palców swoich i opiekuna, Monod odchrząknął znacząco i zmierzwił dłonią swoją grzywkę. nie poprawiło to jej wyglądu, a nawet znacznie go pogorszyło. uśmiechając się głupio pod nosem, ruszył w kierunku skraju drzew i z niewinną miną wyszedł na polanę.
– oooooch! – wykrzyknął z zachwytem chłopak, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości. – zatańczymy? zatańczymy, Li? proszę! – pisnął podekscytowany, mocniej ściskając jego dłoń. – proszę, obiecuję, że to będzie już ostatni – jęknął błagalnie, wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
nie mając wyboru, szatyn wywrócił oczami i pociągnął młodszego chłopaka w kierunku majowego słupa. ustawił go w odpowiednim miejscu, ucałował w czoło i podał czerwoną wstążkę, którą ten ścisnął. odsunąwszy się o kilka kroków, posłał mu szeroki uśmiech i skrzyżował ramiona na piersi, obserwując zabawę z pewnej odległości.
zielonooki uśmiechnął się szeroko i pomachał do niego wolną ręką, a potem mocniej ścisnął wstążkę, postrzępioną na końcu. kiedy rozległ się początek melodii, rozejrzał się dookoła, by zobaczyć co robią inni, a potem podążył za ich przykładem. co kilka chwil, z jego ust ulatywał cichy chichot lub głośny śmiech. jednak ten drugi był o wiele częstszy.
pląsając dookoła maypole, brunet oddychał głęboko, nieświadomie wciągając do płuc kolejne dawki odurzającego dymu. jego tęczówki na powrót stały się zamglone, a uśmiech bardziej rozleniwiony. do wcześniejszych, nasilonych, objawów dołączył ból głowy, który wywołał niezadowolony pomruk.
brunet zmarszczył brwi i potarł wolną dłonią nasadę nosa, wyczuwając nieprzyjemne swędzenie w tym właśnie miejscu. jego podcięta grzywka opadła na czoło i przylepiła się do kropelek potu, które właśnie na nie wstąpiły. wzrastająca temperatura ciała, zmusiła chłopaka do zsunięcia z ramion czarnej marynarki, którą potem rzucił niedbale na trawę. na to, że jego opiekun pochylił się i zmiął ją w swoich palcach, nie zwrócił już uwagi.
zatracony w dobrej zabawie Théo nawet nie zauważył, kiedy jego drobne ramiona zaczęły drżeć, a obraz rozmazywać się przed oczami. spostrzegł to dopiero w chwili, kiedy potknął się o wystającą kępkę trawy i opadł na kolana. dookoła rozległy się niezadowolone okrzyki, więc Théo podniósł się szybko i odszedł kilka kroków, by potem wpaść w ramiona swojego chłopaka.
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogromny ból eksplodował w jego czaszce, a przeraźliwy wrzask opuścił malinowe wargi. przyciskając pięści do swojej skroni, Théo osunął się na kolana i zacisnął powieki. jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, przez co mógł łapać tylko płytkie oddechy.
zebrany na błoniach tłum zaszemrał cicho, zbijając się w ciasny okrąg wokół przerażonego Théo. nie zauważył on jednak niezdrowego poruszenia, jakie zapanowało pośród uczniów, opiekunów czy nauczycieli. pod jego powiekami przesuwały się niekontrolowane rozbłyski światła, powodujące co raz większe cierpienie.
w jednym momencie, ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. brunet otworzył szeroko usta i wciągnął do płuc dużą dawkę powietrza. krople potu powoli skapywały z jego bladego czoła, kiedy pochylił się nad ziemią i wsunął palce w kępki trawy.
– n–nic mi… – zaczął Théo, usiłując podnieść się o własnych siłach, jednak z powrotem osunął się na kolana, zaciskając wargi z powodu kolejnej fali bólu.
kiedy nadeszła, nie była takim zaskoczeniem, jak wcześniejsza. jednak szokiem okazało się to, co przyszło razem z nią. obrazy, przesuwające się przed szeroko otwartymi oczami Théo, które straciły swój intensywny kolor na rzecz wyblakłego odcienia zieleni.
zastępy demonów, gromadzące się przy granicach Violet Hill. wysłannicy mroku mordujących kolejnych pure–blood z zimną krwią. błonia dookoła zamku zasłane trupami osób, które twarze wydawały mu się znajome. przeraźliwe wrzaski cierpienia, które na ułamek sekundy zadudniły w uszach zielonookiego.
– Théo? Théo, co się dzieje? – głos Liama, wypełniony szczerym przerażeniem wyrwał młodszego z transu i pozwolił mu się otrząsnąć z wizji. – błagam, możesz na mnie spojrzeć? możesz powiedzieć, że już wszystko w porządku? – mówił dalej szatyn, a jego ton stawał się co raz bardziej błagalny z każdą chwilą.
– myślę, że tak – wydyszał brunet i odchrząknął cicho, pocierając zmarznięte ramiona swoimi skostniałymi dłońmi. – odprowadzisz mnie do zamku? – poprosił, rzucając szybkie spojrzenie wszystkim zgromadzonym.
w tłumie dostrzegł kilka gestów, wyrażających zmartwienie i troskę o niego. wśród nich było niebieskie spojrzenie Nialla, drżące dłonie Tima, twarz Zayna wykrzywiona przez lekki grymas, a nawet zmarszczone brwi Louisa. na widok ludzi, będących dla niego najbliższymi w całym Violet Hill, w sercu Théo rozlało się przyjemne ciepło.
zielonooki przełknął głośno ślinę i mocno chwycił wyciągniętą dłoń swojego chłopaka, który natychmiast przygarnął go do silnego uścisku. rozluźniwszy się w jego ciepłych ramionach, czemu towarzyszyło poczucie bezpieczeństwa, przymknął oczy i zdobył się na delikatny uśmiech.
nieoczekiwanie granatowy firmament, nie przysłonięty przez żadną chmurę, przecięła jasna błyskawica. ułamek sekundy później przez błonia potoczył się towarzyszący jej grom. ulewa, jaka zerwała się po nim, w mgnieniu oka przepłoszyła do zamku wszystkich. stoły zostały sprawnie wniesione do środka, podobnie jak piętrzące się na nich butelki i kubki. ogniska ugaszono, a żarzące się węgle zostały zduszone przez krople deszczu.
jedynymi osobami, które nie uległy ogólnemu zamieszaniu byli Théo i Liam, stojący nieustannie w tym samym miejscu. drugi z nich, obejmował młodszego w opiekuńczym geście, szepcząc do jego ucha uspokajające słowa. nie miał jednak pojęcia, że żadne z nich nie dotarło do jego umysłu.
Théo wziął głęboki oddech i postąpił o krok do tyłu, kręcąc powoli głową.
jego drobne ciało wypełniało niedowierzanie na widok tego, co miał przed sobą. kilka metrów od niego, stał rosły mężczyzna. jego głowa była stosunkowo mała, w odniesieniu do reszty ciała, które wydawało się być nieco wydłużone. w jednej z dłoni trzymał paterę. drugą zaś zaciskał na przedmiocie, zbliżonym wyglądem do rogu obfitości, pojawiającego się w mitach greckich. kiedy spojrzenia Théo i owego mężczyzny spotkały się ze sobą, ten skinął mu głową i rozpłynął się.
– w–widziałeś to? – wyszeptał zielonooki, zaciskając palce na przemoczonej koszulce swojego opiekuna. – Liam, powiedz mi proszę, że to widziałeś! – jęknął, napotykając na nierozumiejące spojrzenie sarnich tęczówek.
– Théo, ale co miałem widzieć? – zapytał Liam, odsuwając z rozpalonego czoła wilgotną grzywkę.
brunet zacisnął wargi w wąską kreskę i odwrócił wzrok, czując przyspieszone bicie serca w swojej klatce piersiowej. coś zdecydowanie było nie tak.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)