wtorek, 31 lipca 2018

23

dzisiejszy dzień był słoneczny. na niebie błąkało się tylko kilka pierzastych chmurek, które nie mogły przynieść nawet kropelki deszczu.
wziął swój wiosenny, czarną kurtkę i zarzucił na ramiona. z szafki zgarną świstek papieru oraz granatową smycz. jego pies od razu znalazł się przy drzwiach, skrobiąc po nich i skomląc. dobrze wiedział, że smycz oznaczała długi spacer poza zamek. a Loki strasznie to uwielbiał.
Liam zaśmiał się przyjaźnie, a gdy napotkał niebieskie oczy swojego psa, pokręcił tylko głową i kucnął zapinając smycz na obroży.
– później ci ją odepnę – zapewnił psa, drapiąc go za uchem. – obiecuję.
haskie zaszczekał, a on wyprostował się, nacisnął klamkę drzwi i wyszli na korytarz. skierowali się do pokoju bruneta, a gdy zapukał odpowiedziała mu cisza.
zajrzał więc do środka, ale pomieszczenie okazało się puste. zamrugał zaskoczony i spojrzał na swój zegarek, zastanawiając się, czy przypadkiem się nie spieszy.
– no proszę. dziś postanowił być punktualny – mruknął do siebie pod nosem i ruszył wraz z Lokim przy nodze do głównego hallu. wyszli na dziedziniec i skierowali się na błonia, gdzie już zebrała się grupka związanych z naturą. Liam z oddali dostrzegł nauczyciela człapiącego między nimi. rozpoznał też Théo w swojej czarnej bluzie, przestępującego z nogi na nogę. najwyraźniej denerwował się dzisiejszym treningiem. nie dziwił mu się. po tym co przeszedł tydzień temu.
– ah. jest i pan Payne – zawołał pan Reynolds, a wszystkiego głowy odwróciły się w jego stronę. – wie pan, że nie wolno przyprowadzać zwierząt na trening? – zapytał mężczyzna i zlustrował go swoimi małymi oczkami. – i to chyba nie najodpowiedniejszy strój do ćwiczeń?
– ale odpowiedni na wyprowadzenie psa na spacer – stwierdził Liam i podał mężczyźnie kartę, który wziął ją od niego. sięgnął do kieszeni po okulary i zaczął studiować wiadomość. gdy spostrzegł parafkę Alexandra na końcu, podniósł wzrok na szatyna, który wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu.
– panie Monod – zaczął nauczyciel, oddając mu kartkę – jest pan zwolniony z dzisiejszych zajęć. proszę iść z panem Paynem.
szatyn wziął kartkę od mężczyzny i odwrócił się na pięcie. Loki, który grzecznie siedział przy jego nodze, podniósł się i podreptał przy nodze swojego pana. Liam puścił oczko do zaskoczonego bruneta i wyciągnął do niego dłoń, którą zacisnął lekko na jego ramieniu, by pociągnąć go ze sobą.
– ale jak to zwolniony z zajęć? – zapytał, gdy znaleźli się na dziedzińcu i skierowali się do miasta.
– myślałem, że się ucieszysz? – odpowiedział pytaniem na pytanie starszy mężczyzna. – biorąc pod uwagę, to jak zdenerwowany byłeś, gdy tam szedłem.
– nie no, cieszę się – przyznał brunet. – ale dlaczego zostałem zwolniony? i
kto wydał na to zgodę?
– Daryl oczywiście – oznajmił brązowooki, spoglądając na niego, gdy wyszli przez bramę miasta i ruszyli w las. – a zwolnił cię, bo… on widzi w tobie kogoś więcej niż zwykłego pureblood. powiedzmy… przywódcę. kogoś w rodzaju wybrańca.
– ja, przywódcą? – zdziwił się Théo, gdy weszli na południową ścieżkę, a szatyn odpiął smycz swojemu psu. – niby czego?
– tego idziemy się dowiedzieć – oświadczył, prostując się i patrząc jak Loki biegnie przed siebie wyraźnie szczęśliwy, że w końcu może się wyszaleć. Payne przewiesił sobie smycz przez kark i powoli ruszył ścieżką. zatrzymał się jednak po chwili i spojrzał na chłopaka wciąż stojącego w miejscu. był wyraźnie przestraszony, że ma dowodzić czemuś o czym nawet on sam nie ma pojęcia. wrócił więc do niego i przebiegł palcami przez jego czarne kosmyki.
– nie bój się. cokolwiek się stanie będę przy tobie – zapewnił go i pogładził kciukiem po policzku.
– obiecujesz? – zapytał niepewnie Monod, a on posłał mu ciepły uśmiech.
– obiecuję – przytaknął i objął go ramieniem. – nie ważne co będzie się działo, stanę za tobą murem.
brunet uśmiechnął się blado i zacisnął palce na jego kurtce. Liam pogładził go
po ramieniu i nie wypuszczając go powoli ruszyli ścieżką. co jakiś czas dochodziło ich radosne szczekanie Lokiego. on natomiast pogrążył się w rozmyślaniach. nie dziwił się młodszemu. był tu zaledwie dwa tygodnie, a nagle na jego głowę zwaliło się tak wiele rzeczy. umiejętność władania jakąkolwiek magią, demony czyhające na jego życie, a teraz wiadomość, że ma stanąć na czele czegoś. też by był przestraszony na jego miejscu. i nie dziwił mu się ani trochę. dlatego postanowił go wspierać, a pierwszym krokiem będzie sprowadzenie tutaj tego chłopaka ze zdjęcia. Tima. już kilka razy rozmawiał z Alexandrem, ale na marne. dziś zrobi kolejne podejście. jak tylko dowie się co się dzieje w świątyni.
– gdzie my właściwie idziemy? – pytanie Théo wyrwało go z rozmyślań, a gdy odwrócił głowę, napotkał duże brązowe oczy wpatrzone prosto w niego z nieukrywaną ciekawością.
– pamiętasz jak mówiłem ci o wyznacznikach granic Violet Hill? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a chłopak przytakną w odpowiedzi. – idziemy w jedno z tych miejsc. na granicę.
– po co? – dopytywał się brunet. już chciał odpowiedzieć, kiedy dostrzegł Lokiego idącego w jego stronę z podkulonym ogonem i skomlącego cicho. zdał sobie sprawę, że w świątyni muszą się dziać naprawdę nieprzyjemne rzeczy, skoro jego pies je wyczuł już pół kilometra przed łukiem.
– no chodź tu do mnie – przykucną, a pies podszedł. przytulił go do siebie i pogłaskał po głowie, spoglądając na łuk ozdobiony sznurkiem ze wstążkami. – jest jeszcze gorzej niż myślałem.
– co masz na myśli? – spytał Théo, spoglądając przed siebie. – i co to za miejsce?
– biegałem tu w poniedziałek i postanowiłem zajrzeć do Świątyni – wyznał głaszcząc uspokajająco psa po grzbiecie. – duchy były niespokojne, więc poinformowałem o tym Alexandra, ale dziś są jeszcze bardziej zaniepokojone. spójrz na Lokiego. cały się trzęsie. a jesteśmy pół kilometra od świątyni.
– ale przecież mówiłeś, że nie wolno do niej wchodzić – zawołał oburzony chłopak.
– tak, wiem co mówiłem. ale to dotyczy uczniów, którzy zapuścili by się tutaj – odparł, podnosząc się na równe nogi, za którymi skrył się pies. – my czasami do niej wchodzimy by sprawdzić czy duchy czym się niepokoją. na nas one nie zadziałają tak jak na was. na ciebie.
– to świątynia druidów – oświeciło Théo. – ja jestem ich potomkiem, więc teoretycznie…
 …duchy w niej zaklęte mogą się z tobą skontaktować – dokończył za niego i położył mu dłonie na ramionach, nawiązując z nim kontakt wzrokowy. – Alexander chcę byś tam wszedł i dowiedział się, czemu są tak bardzo niespokojne. nie dotykaj niczego, gdy już do niej wejdziesz. nawet wstążki, czy kamienia. chyba, że one tego od ciebie zażądają. to bardzo stare duchy, więc wysłuchaj ich uważnie i zapamiętaj wszystko co ci przekażą. będziesz to musiał powtórzyć Alexandrowi. zrozumiałeś?
– tak – szepnął wystraszony brunet.
– nie bój się – pocieszył go, znów gładząc po policzku. – nie masz czego. mogą cię wystraszyć, ale nie zrobią ci krzywdy. zaczekam tu na ciebie. a teraz idź.
potargał jego ciemną grzywkę i pogładził go po plechach, kiedy niepewnie ruszył w stronę łuku, przyozdobionego sznurkiem z kolorowymi wstążkami. chciał jeszcze za nim krzyknąć aby przypomnieć mu, by niczego nie dotykał. uznał to jednak za zbędne i odprowadził go swoimi sarnimi oczyma.

niedziela, 29 lipca 2018

22

słońce chowało się za horyzontem, kiedy Liam, planował wybrać się do Théo i sprawdzić czy już wrócił z biblioteki. przebiegł więc palcami przez brązowe włosy i przejechał po zarośniętym policzku dłonią, dochodząc do wniosku, że powinien się ogolić. chwilę potem drzwi jego pokoju otworzyły się z hukiem, a do środka wpadł mężczyzna o oliwkowej cerze ze splątaną czarną grzywką.
– idziemy pić – oznajmił i złapał go za nadgarstek. – ja stawiam.
– ale… - zająknął się Liam i w ostatniej chwili pochwycił swoją skórzaną kurtkę. spojrzał na przyjaciela, który ciągnął go przez korytarz. zlustrował go uważnym spojrzeniem i już wiedział, że coś się dzieje. Zayn rzadko pił. zazwyczaj, gdy któryś z nich wracał żywy z misji lub mieli ku temu powód, jak urodziny.
– dobra – zawołał, wyrywając się i zakładając swoją kurtkę na ramiona. – ale co się stało?
– a czy musiało się coś stać? – odpowiedział pytaniem na pytanie brunet. – po prostu chcę się napić.
Payne westchnął i postanowił nie naciskać. uznał, że gdy jego przyjaciel już się wstawi, to wyśpiewa mu wszystko, przy barze. wyszli więc z zamku i przeszli przez zalany zachodzącym słońcem dziedziniec. cienie wydłużyły się do granic swoich możliwości, dając przyjemny chłód, gdy przemierzali uliczki miasta do swojego ulubionego baru.
Zayn od razu zamówił kolejkę danielsa, wypił na raz i poprosił o dolewkę. barman więc zostawił mu butelkę, bo wiedział, że to jeden z tych klientów, który musi utopić smutki w alkoholu. kiedy Liam wypił swoją kolejkę, mulat zdążył już opróżnić pół butelki. wiedział, że będzie musiał go odprowadzić do domu, więc zamówił sobie swojego ulubionego drinka.
– wiesz. jak go tak bardzo lubię, a on mnie tak traktuje – odezwał się pijackim tonem Malik, dolewając sobie do szklanki ciemnego trunku, przy czym połowę rozlewając. oj, miał on słabą głowę.
– ale o kim rozmawiamy Zayn? – zapytał spokojnie Li, upijając łyk swojego napoju i obracając szklankę w palcach.
– no o Louisie, a o kim bym innym mówił – zawołał brunet i położył dłoń na ramieniu szatyna. – wiesz. on jest taki uroczy, kiedy nie jest zimny. ma naprawdę śliczny uśmiech, a te niebieskie oczęta błyszczą, kiedy jest szczęśliwy. widziałem, kiedy go obserwowałem. był taki słodki i uroczy.
– on jest związany z lodem – przypomniał mu przyjaciel. – nie wymagasz od niego zbyt wiele? bycie zimnym jest dla niego czymś naturalnym.
– mówisz jak on – prychnął mulat i wypił kolejną porcję alkoholu za jednym zamachem. – a myślałem, że mi pomożesz. że powiesz jak sprawić, by zwrócił na mnie uwagę. próbowałem już wszystkiego.
– a odciąć się od niego próbowałeś? – zapytał Payne, upijając łyk drinka, a ciemne oczy Zayna spoczęły na nim. – jego okres ochronny skończył się miesiąc temu, a ty wciąż chodzisz za nim niczym cień. po dwóch tygodniach rola opiekuna ogranicza się do kontroli ocen i postępu w nauce.
– wiem to – oburzył się brunet. – ale co to ma wspólnego ze sprawieniem by Louis mnie polubił?
– jesteś szpiegiem wyznaczonym do roli opiekuna, tak jak ja – przypomniał mu nachylając się do przodu. – pomyśl. teraz masz tylko kontrolować jego postępy. nie musisz przebywać z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zayn. wyjedź na misję. niech zatęskni. niech zobaczy, że czegoś mu brakuje. że jest jakaś pustka, gdy nie ma cię w pobliżu. nie może przyjść do ciebie w każdej chwili.
– aaaaaaa – zawołał Zayn, tak jakby właśnie odkrył Amerykę. Liam westchnął
i dodał:
– albo porozmawiaj z Aidenem. z tego co się orientuję dostał misję od Alexandra, na którą zbytnio nie chce jechać. ponoć gniazdo demonów do zlikwidowania w Oxfordzie. zaproponuj mu, że pojedziesz za niego, ale on weźmie twoją następną misję.
– to coś dla mnie – zauważył brunet, układa dając usta w dzióbek. – a twój pomysł nie głupi.
uśmiechnął się i puścił oczko przyjacielowi.
siedzieli do momentu, w którym Zayn nie opróżnił całej butelki i nie poprosił o następną. wtedy Payne definitywnie pokręcił głową do barmana, rzucił kilkanaście funtów na ladę i zgarnął swojego przyjaciele. wyszli na chłodne wieczorne powietrze, a gdy brunet zawisł na jego szyi, doszedł do wniosku, że zabierze go do jego mieszkania, ulicę dalej. przeczuwał, iż do zamku nie zdołał by go dowlec. i tak też było. ledwie dotoczyli się do kamienicy i wspięli na pierwsze piętro. zostawił przyjaciela na kanapie w salonie. zdjął mu ze stóp buty, a z nóg zdjął niewygodne spodnie. nakrył kocem i na stoliku do kawy zostawił aspirynę wodę i wiadomość:

wisisz mi dwadzieścia pięć funtów, a to ty miałeś stawiać. – Li xx.

zamknął za sobą cicho drzwi i powoli skierował się do zamku. zdążył w ostatniej
chwili przed zamknięciem bramy.
wspiął się po schodach i wśliznął przez ciężkie wrota do środka. spojrzał na swój zegarek, który wskazywał za piętnaście dwunastą i doszedł do wniosku, że odpuści sobie poranne bieganie. niewyspany marudziłby przez cały dzień. wcisnął ręce w kieszenie kurtki, a gdy podniósł wzrok zdał sobie sprawę, że odruchowo już skierował się do pokoju Théo. stwierdził, że skoro już tam szedł to
zajrzy do niego. nic przecież się nie stanie jak go skontroluję.
zapukał cicho w drzwi, a gdy odpowiedziała mu cisza, nacisnął klamkę i wsunął głowę do środka. w pokoju paliła się lampa z abażurem. odruchowo spojrzał na łóżko, ale nie dostrzegł tam bruneta. powędrował wzrokiem dalej i odnalazł go na parapecie, z głową opartą na szybie okna i książką spoczywającą na jego kolanach.
uśmiechnął się i wśliznął do pokoju, a John od razu zakręcił się pod jego stopami. przyłożył palec do ust, pokazując zwierzakowi, żeby był cicho i na palcach podszedł do Théo.
– Théo – powiedział cicho jego imię, ale powieki nie podniosły się w górę i teraz miał sto procent pewności, że młodszy chłopak zasnął. ostrożnie więc wziął książkę z jego kolan, a spomiędzy palców wyciągnął zdjęcie, które zapewne robiło za zakładkę.
spojrzał na fotografię i zdał sobie sprawę, że już je widział. raz. przelotnie. na pierwszej lekcji historii. Théo wyciągnął je z kieszeni. a był na nim chłopak. bardzo ładny, Liam musiał to przyznać sam przed sobą. zmarszczył brwi, zastanawiając się kim on mógł być dla bruneta. przyjacielem?
pokręcił głową, włożył zdjęcie między strony, zamknął książkę i odłożył ją na bok. następnie wsunął jedną rękę pod kolana Théo, a drugą oplótł wokół jego talii.
wziął go na ręce i głowa młodszego opadła na jego tors. dotarł do niego cichy pomruk, a zielone tęczówki zaczęły wyłaniać się spod powiek.
– ciiii. śpij, Théo – odezwał się łagodnie, odwracając w stronę łóżka. – śpij, głodomorku.
usłyszał w odpowiedzi cichy pomruk, a powieki Théo na powrót opadły w dół.
ułożył go delikatnie na materacu, odgarniając z czoła ciemną grzywkę. nakrył go dokładnie ciepłym kocem, a John wskoczył i zwinął się w kulkę na poduszce obok.
uśmiechnął się delikatnie i zgasił lampę, pociągając za sznureczek. na palcach wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi i dochodząc do wniosku, że jutro zajmie się brunetem ze zdjęcia. dziś był już zmęczony.

piątek, 27 lipca 2018

21

Théo odetchnął z ulgą, kiedy cichy dźwięk dzwoneczka ogłosił koniec zajęć z podstaw obrony. ostatnia godzina dłużyła się w nieskończoność, a wskazówki zegara zdawały się zatrzymać w miejscu. jednak mimo tego, chłopakowi udało się dotrwać do końca lekcji, nie marudząc zbytnio z powodu bólu, i był z siebie bardzo dumny.
ostatni uczniowie opuścili już klasę, więc Théo podniósł się z jękiem ze swojego miejsca i wsunął do torby zeszyt z notatkami. po pierwszym tygodniu obiecał sobie, że przyłoży się do nauki, żeby nie pozostać w tyle. dlatego zamierzał udać się do biblioteki w pierwszym wolnym momencie i popracować nad zadanym esejem, przynajmniej do kolacji.
– Théo? – usłyszał nad swoim uchem i zerknął na szatyna, stojącego obok. – odprowadzić cię do pokoju? – zapytał Liam, wsuwając dłonie do kieszeni obcisłych spodni.
– nie, nie wracam jeszcze – odpowiedział chłopak, poprawiając pasek torby, który zwisał mu z ramienia. – mam coś jeszcze do załatwienia – wyjaśnił, napotykając zaskoczone spojrzenie starszego. – praca na historię druidów – doprecyzował z westchnieniem, uzyskując w odpowiedzi skinienie głową.
– w takim razie do zobaczenia na kolacji – rzucił Payne, mierzwiąc włosy młodszego na pożegnanie. – idę po Lokiego, więc przy okazji odbiorę Johna – dodał na odchodne i ruszył korytarzem w kierunku wschodniego skrzydła zamku.
westchnąwszy cicho, zielonooki poszedł w przeciwnym kierunku, próbując sobie przypomnieć, którędy szedł z Liamem do biblioteki. jego pamięć nie była dobra, jeśli szło o zapamiętywanie położenia niektórych miejsc, więc trafił do poszukiwanego pomieszczenia po kilku próbach i błędach. tak, jak podejrzewał, o tej porze było tam pusto, ponieważ uczniowie woleli spędzić czas wolny w swoich pokojach lub na zewnątrz.
Théo uśmiechnął się pod nosem, grzecznie przywitał z bibliotekarką i ruszył w kierunku odpowiedniego działu. zorientowawszy się, gdzie stoją interesujące go książki, zostawił swoje rzeczy przy jednym ze stolików w czytelni i wszedł do odpowiedniego działu. czytając kolejne tytuły, marszczył brwi co raz mocniej, nie rozumiejąc żadnego z nich.
– wspaniale – jęknął cicho, zaciskając pięści tak mocno, że skóra pobielała w niektórych miejscach. – po prostu świetnie! – podniósł głos, co spotkało się z natychmiastową reakcją kobiety, stojącej za ladą. – przepraszam – wymamrotał zawstydzony chłopak i stanął na palcach, by wyjąć pierwszy lepszy tom.
w tym momencie po bibliotece rozszedł się donośny huk, któremu zawtórowało głośne przekleństwo. zaskoczony nagłym zwrotem akcji brunet, odłożył książkę i ruszył w kierunku źródła hałasu. kiedy wszedł w odpowiednią alejkę, zauważył chłopaka o niebieskich tęczówkach i blond farbowanych włosach.
– szlag by to wszystko trafił – szepnął nieznajomy, schylając się, żeby pozbierać książki, leżące w całej alejce. – dlaczego zawsze ja?
– nie mam pojęcia – odpowiedział z uśmiechem Théo i podszedł do blondyna, zbierając tomy, leżące mu pod nogami. – ale mogę ci pomóc to posprzątać, zanim stracisz głowę z rąk krwiożerczej bibliotekarki – zachichotał i zerknął za siebie, sprawdzając czy kobieta tam nie stoi.
chłopak zawtórował brunetowi i zaczął układać książki na odpowiednich – czy też nie – miejscach, a potem ulotnił się pospiesznie. rozbawiony Théo wywrócił oczami i poszedł za nim, skrywając się kilka działów dalej. przez jakiś czas zachowali ciszę, aż w końcu byli pewni, że nikt nie zwróci im uwagi za mały bałagan na regale.
– jestem Niall Horan. – powiedział niebieskooki, wyciągając rękę w jego stronę. – mam nadzieję, że nie narobię ci kłopotów swoją niezdarnością – uśmiechnął się do niższego, ruszając w kierunku stolików w czytelni.
Théo zakrył dłonią usta, żeby nie zaśmiać się zbyt głośno. w jego oczach, chłopak był naprawdę uroczy – nie byłby sobą, gdyby nie przyznał tego chociaż w myślach – i emanował od niego zaraźliwy optymizm. wprost nie dało się mieć złego humoru w jego obecności.
– Théo. i nie sądzę, żebyś wpędził mnie w większe kłopoty – odparł, wzruszając lekceważąco ramionami. – mam tak zwany ukryty talent do ładowania się we wszystko, co nie jest do końca dobre – dodał z wahaniem. – chyba trochę poplątałem, ale wiadomo co miałem na myśli.
Niall zagryzł dolną wargę i obrócił się przodem w stronę nowego znajomego, mierząc go iskrzącym spojrzeniem. prawda była taka, że miał słabość do wszystkich ludzi i nie ukrywał tego przed nimi, okazując sympatię na każdym kroku. czasem zdarzało się, że poczuł coś więcej, jednak nie były to zbyt częste przypadki.
– jeszcze zobaczymy – stwierdził, ruszając w kierunku wyjścia. – nie wiem, jak ty, ale ja wrócę tutaj jutro, bo dzisiaj za bardzo boję się czegokolwiek szukać – zrobił zabawną minę i mrugnął do bruneta, który zabrał swoje rzeczy i podreptał za nim. – może chcesz posiedzieć ze mną w pokoju? – zaproponował, ukazując dołeczki w zarumienionych policzkach.
Théo wzruszył ramionami i poszedł za blondynem jednym z korytarzy, który najwyraźniej prowadził do jego sypialni. mimo wszystko czas spędzony z nim, wydawał się znacznie lepszą perspektywą niż samotny wieczór z Johnem, spędzony nad książkami. dodatkowo, musiałby znieść kontrolę Liama, który na pewno zajrzałby raz czy dwa.
– i tak nie mam nic innego do roboty... esej muszę oddać w przyszłym tygodniu – wyszczerzył zęby w uśmiechu i zatrzymał się przed drzwiami, wykonanymi z jasnego drewna. prawdopodobnie jesionowego.
– bardzo mi miło, że mimo interesującego tematu pracy domowej, jestem tą lepszą opcją – niebieskooki zagryzł dolną wargę i przekręcił niewielki kluczyk w zamku, wywołując charakterystyczne kliknięcie. – witam w moich skromnych progach i z góry przepraszam za wszechobecny bałagan… o, w sumie nie jest tak źle – rozejrzał się po pomieszczeniu i pokiwał głową z uznaniem.
Théo zaśmiał się pod nosem i pokręcił głową, nie wierząc, że spotkał w zamku kogoś takiego jak on. zostawiwszy torbę na podłodze przy drzwiach, powiódł spojrzeniem po ścianach i meblach, utrzymanych w neutralnych barwach. biała farba idealnie komponowała się z szarymi regałami, ustawionymi na prostopadłych ścianach i łóżkiem o ramie w odcieniu beżu. na dwóch fotelach, stojących po przeciwnych stronach sypialni, ułożone były granatowe poduszki, nadające wszystkiemu odrobinę charakteru.
– podoba mi się tutaj – zawyrokował zielonooki po dłuższej chwili zastanowienia. – wygląda na to, że będziesz miał teraz częstego gościa – pisnął, przewracając się na miękki fotel, stojący obok niego. – i to bardzo częstego, bo mi tu strasznie wygodnie.

środa, 25 lipca 2018

20

było szaro, kiedy budzik Liama zadzwonił o piątej trzydzieści. przeciągnął się i niechętnie wygramolił spod pościeli. jednak rozleniwił się odrobinę w ciągu ostatnich dwóch tygodni i potrzebował wrócić do swoich dawnych nawyków.
postanowił zacząć od biegania rano. a od przyszłego tygodnia, kiedy nie będzie musiał chodzić za Théo jak cień, w końcu będzie mógł pójść na siłownie i poćwiczyć porządnie.
ziewając głośno ubrał czarną koszulkę w serek, na biodra wsunął szare
spodnie od dresu, a na stopy założył wygodne buty. chwycił z oparcia krzesła bluzę w kolorze spodni, z szafki nocnej zabrał iPoda i wyszedł z pokoju.
świtało. poranek zapowiadał się na chłodny, ale rześki. odetchnął powietrzem, kiedy wyszedł przez zamek, zapinając bluzę. wsadził słuchawki do uszu, z których już po chwili popłynęła muzyka idealna do porannego joggingu. rozciągnął na placu, po czym wybiegł przez bramę do dolnego miasta. minął gmach siedziby ISMIO i wybiegł z miasta.
skierował się na południe znajomą ścieżką. oddychał głęboko i równo. czuł znajomy ból w łydkach. to sprawiło, że poczuł się naprawdę dobrze. wkrótce pojawiły się też pierwsze kropelki potu na czole. biegł przed siebie zatracając się w muzyce, pierwsze promienie słońca zatańczyły między koronami drzew.
powoli zwalniał przechodząc do truchtu, a potem do marszu. oddychał ciężko, a płuca go paliły kiedy przekroczył kamienny łuk przyozdobiony sznurkiem z kolorowymi wstążkami. zgasił odtwarzacz, chowając słuchawki do bluzy i powoli stawiając kroki ruszył przez Świątynie Druidów.
nie była to typowa świątynia z wysokimi filarami oraz ołtarzem w centralnym punkcie. świątynie druidów były specyficzne. można było się na nie natknąć w lesie, a rozpoznawało się po sznurkach, do których przywiązane były kolorowe szmatki lub wstążki. zaś tak przyozdobione sznurki zwieszały się między koronami drzew, skałami, wyznaczając granice świętego miejsca.
podniósł głowę spoglądając na gałęzie, gdzie pojawiały się pierwsze pąki i listki. przeszedł go dreszcz, a chwilę potem poczuł chłodny podmuch za plecami. odwrócił się, jednak nic nie dostrzegł. dla odmiany poczuł kolejny po prawej. dotarły też do niego ciche, niespokojne szepty. stał jeszcze chwilę w miejscu po czym lekko skinął głową i wycofał się ze świątyni.
biegł szybko i mógłby przysiąc, że pobił swój własny rekord. jednak musiał jak najszybciej spotkać się z Alexandrem. potrzebował go widzieć natychmiast. wrócił więc do miasta w zastraszająco szybkim tempie i wpadł do siedziby ISMIO.
wprowadził kod, zeskanował tęczówkę, a po chwili stał przy recepcji.
– powiadom Alexandra, że chcę się z nim widzieć natychmiast – wysapał do Deana, który wpatrywał się w niego z wielkim zaskoczeniem. skinął jednak głową, podniósł słuchawkę i wybrał numer wewnętrzny.
– panie Alexander, Liam Payne chce się z panem widzieć w tej chwili – oznajmił do słuchawki i nastała chwila ciszy. – dobrze.
odłożył ją i spojrzał na niego. skinął głową w stronę windy, więc posłał mu tylko uśmiech i podszedł do niego łapiąc się za bok. czuł kolkę, która właśnie go złapała, więc gdy winda przyjechała wtoczył się do niej i oparł o chłodną metalową ścianę.
winda zatrzymała się na trzecim piętrze i mały dzwoneczek zawiadomił go o tym. chwilę potem drzwi rozsunęły się i wyszedł na znajomy korytarz. przeszedł go szybkim krokiem i zapukał do gabinetu, a gdy usłyszał „proszę”, pewnym krokiem wkroczył do środka.
Daryl spojrzał na niego zza biurka gdzie wypełniał raporty i zmierzył go uważnym spojrzeniem. Liam podszedł do stolika, na którym stał dzbanek z wodą i dwie szklanki. nalał sobie do jednej trochę napoju, a gdy ten wypełnił jego usta odetchnął z ulgą. wypił jeszcze jedną szklankę i dopiero wtedy usiadł na krześle naprzeciwko swojego pracodawcy.
– co się takiego stało, że chciałeś się ze mną tak nagle widzieć? – spytał mężczyzna składając parafkę pod dokumentem i odłożył czarne pióro na bok. splótł ręce na piersi i spojrzał na szatyna ciemnymi oczami.
Payne przebiegł palcami przez włosy i nawiązał kontakt wzrokowy z Alexandrem.
– biegałem, jak zwykle. dziś odwiedziłem południowe granice – wyznał i dodał z powagą. – duchy w świątyni są niespokojne. szepty nasilone. kilka nawet odważyło się koło mnie przelecieć, byle by zwrócić swoją uwagę.
– myślisz, że coś wyczuwają? – zapytał mężczyzna.
– to duchy. są związane z wszechświatem – przypomniał mu Liam.
zapadła chwila ciszy, podczas której Daryl rozmyślał. szatyn siedział naprzeciwko niego i przyglądał mu się uważnie, rozważając co wymyśli jego szef.
odpowiedź dostał już po chwili.
– zabierz tam Théo.
– co? – zawołał zaskoczony Payne.
– nam duchy nic nie powiedzą. nie jesteśmy potomkami Druidów – wyjaśnił Alexander. – ale mogą Théo. wiesz jakie pokładamy w nim nadzieje.
– tak, wiem – przytaknął i spoważniał.
– nie musisz tego robić dziś, ale zabierz go tam w najbliższych dniach. póki jeszcze sprawujesz nad nim pełną opiekę – poprosił go Alexander, na co przytaknął i bez słowa wyszedł z gabinetu.
nie spodziewał się takiej decyzji ze strony mężczyzny. jednak gdy wracał do zamku zdał sobie sprawę, że to może być całkiem dobre rozwiązanie. i jak najbardziej na miejscu. postanowił jednak, że zabierze tam Théo w sobotę, zamiast treningu praktycznego. domyślał się, jak cierpi chłopak, więc to będzie dla niego błogosławieństwo.
wrócił do swojego pokoju, gdy zdał sobie sprawę, że przegapił śniadanie.
wziął więc gorący prysznic, doprowadził się do porządku i ubrał w czarne dżinsy oraz szarą koszulkę, na którą zarzucił bluzę. wyszedł z pokoju, przebiegając palcami przez grzywkę i udał się do kuchni by coś zjeść. po posiłku udał się pod klasę w której odbywały się zajęcia z historii.
przywitał Théo ciepłym uśmiechem, który w zamian posłał mu spojrzenie spode łba. rana na policzku goiła się, jednak wciąż wyglądał na połamanego i poobijanego. potargał mu na powitanie ciemną grzywkę i delikatnie ułożył dłoń na jego plecach.
– gdzie byłeś? – spytał chłopak. – nie było cię na śniadaniu.
– byłem pobiegać, a potem musiałem wpaść spotkać się z Alexandrem – wyjaśnił. – dlatego nie pojawiłem się na śniadaniu. przepraszam, ale to wyszło tak niespodziewanie.
Théo skinął tylko głową i ruszył wraz z nim na kolejną lekcję.

poniedziałek, 23 lipca 2018

19

Théo wiercił się na miękkim materacu, marszcząc brwi i mamrocząc niezrozumiałe słowa. jego twarz nieustannie wykrzywiał grymas bólu, związany z licznymi obrażeniami po treningu. nigdy nie spodziewał się, że wszystko pójdzie aż tak źle, a on nie będzie miał siły chodzić. brunet westchnął ciężko i niespiesznie rozchylił powieki, rozglądając się dookoła zaspanym spojrzeniem. coś podpowiadało mu, że znajduje się w pokoju swojego opiekuna, ale nie był tego pewien, ponieważ
szatyna nigdzie nie było.
nagle drewniane drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a do środka wślizgnął się Liam, trzymający w dłoniach drewnianą tacę. wokół jego nóg kręciły się dwa zwierzaki, najwyraźniej mające nadzieję, że uda im się złapać jakiś smaczny kąsek. brązowooki zmarszczył brwi, uniósł wyżej trzymane przedmioty i spojrzał w dół, żeby przypadkiem nie nadepnąć na jeden z ogonów.
– chyba miałeś mnie obudzić – zauważył Théo, siadając na łóżku z grymasem na twarzy. – jakoś bym się dowlekł na tą kolację. jakoś – wymamrotał, mnąc w palcach miękki koc pod którym spał.
– nie chciałem cię przemęczać – odparł Payne, stawiając na jego udach drewnianą tacę, na której ułożone były talerze z przeróżnymi smakołykami. – poza tym nie chciałem ryzykować ponownego donoszenia cię tutaj – uniósł wyżej jeden z kącików ust i usiadł w nogach łóżka, podwijając nogi pod siebie.
Théo prychnął w odpowiedzi i oparł obolałe plecy o miękką poduszkę, wypuszczając z ust głębokie westchnienie ulgi. nie chciał się przyznawać, ale sądził, że nie dałby rady przejść pięciu metrów. nie mówiąc nawet o dojściu do sali jadalnej i powrocie do pokoju. dlatego był bardzo wdzięczny swojemu opiekunowi, że pomyślał o przyniesieniu mu jedzenia, o które żołądek dopominał się nawet w czasie snu.
uśmiechając się pod nosem, zielonooki przeniósł spojrzenie na talerze, leżące na jego udach. od razu zauważył, że znajdują się tam głównie różne warzywa, będące podstawą diety Théo. zaskoczyło go to, ponieważ był pewny, że szatyn nie zwracał uwagi na takie rzeczy – a tu taka niespodzianka.
– dziękuję. ratujesz mi życie po raz drugi – stwierdził brunet, odsunął na bok przeszkadzającą grzywkę i uniósł do ust pierwszą kanapkę. – och, nie. John nawet tak na mnie nie patrz, bo to moje jedzenie – prychnął, na widok błagalnego spojrzenia swojej fretki. idź pobaw się z Lokim....  czy coś.
zwierzak uniósł wyżej pyszczek i zeskoczył z materaca, a potem odmaszerował w kierunku drzwi, udając obrażonego. najwyraźniej zamierzał wyjść z pokoju, ale gdy zorientował się, że nie doskoczy do klamki, usiadł przy framudze i ostentacyjnie odwrócił łepek.
brunet wywrócił oczami i wrócił do pałaszowania swojej później kolacji. kilka razy spojrzał przy tym na Payne’a, który niezmiennie siedział na materacu, pogrążony w lekturze kryminału. najwyraźniej książka nie przypadła mu do gustu, ponieważ jego wargi ułożyły się w pogardliwy uśmieszek, a brwi nieustannie pozostawały zmarszczone.
pół godziny później, Théo skończył jedzenie kanapek i z wysiłkiem wychylił się, żeby odstawić tacę na stolik nocny. wówczas Liam odsunął na bok czytaną pozycję i przeciągnął się, wyciągając ramiona do góry.
– idziesz znowu spać? – zapytał zatroskany szatyn, widząc, jak jego podopieczny zaczyna ziewać, przysłaniając usta dłonią. – może chcesz się najpierw wykąpać? – zaproponował, podnosząc się sprawnie z łóżka.
– właściwie to chętnie – odparł Monod, podciągając do siebie nogi, żeby obejrzeć fioletowe siniaki, które wykwitły na jego jasnej skórze. – aua. to prędko nie zniknie – powiedział bardziej do samego siebie, wiedząc, jak jego ciało reaguje na różnego rodzaju obrażenia. wystarczyło lekkie uderzenie, a chodził z krwiakiem przez minimum trzy tygodnie.
szatyn pokiwał głową ze zrozumieniem i zmierzwił czarne kosmyki młodszego, zanim ruszył w kierunku łazienki. za nim podreptał nieufny Loki, który wsadzał swój ciekawski nosek wszędzie, gdzie tylko mógł. psiak trącił łebkiem łydkę swojego właściciela i oparł zabrudzone łapy na krawędzi wanny, do której już lała się ciepła woda.
– gotowy? – rzucił brązowooki, wychylając głowę z pomieszczenia wyłożonego kafelkami. – chodź, przeniosę cię, żebyś się nie męczył – dodał, widząc, jak jego podopieczny usiłuje podnieść się z materaca.
brunet spuścił wzrok, zawstydzony brakiem jakiejkolwiek sprawności i owinął ramiona wokół szyi starszego, pozwalając mu się podnieść. kilka sekund później odsunął się od mężczyzny, przysiadając na krawędzi wanny, która była wypełniona wodą już do połowy.
– to… zawołaj mnie, jak będziesz czegoś potrzebował – Liam uśmiechnął się pod nosem i opuścił łazienkę, zabierając ze sobą Lokiego, który o dziwo nie protestował. – miłej kąpieli, Théo – dodał, zamykając drzwi, żeby zapewnić młodemu odrobinę prywatności.
– dziękuję – wymamrotał pod nosem i stanął na drżących nogach, jednym ruchem zsuwając spodnie oraz bieliznę. – och, tak, zdecydowanie tego potrzebuję – skrzywił się i ostrożnie wszedł do wody, żeby nie poobijać się jeszcze bardziej. brunet zamruczał z wyraźnym zadowoleniem, kiedy ciepła ciecz oblała jego obolałe ciało i przyniosła chwilową ulgę. jednak jednocześnie sprawiła, że odczuł
większe zmęczenie, więc – chcąc, nie chcąc – chwycił za gąbkę i dokładnie umył posiniaczoną skórę. poczuł się przez to znacznie lepiej, ale nie przeciągał przyjemnej chwili, korzystając z nagłego przypływu silnej woli. złapał dłońmi za krawędź wanny, wyszedł z niej – o dziwo, nie robiąc sobie krzywdy – i wytarł się miękkim ręcznikiem, który odwiesił na kaloryfer.
 Liam? – zapytał głośno zielonooki, wyglądając do pokoju przez szparę między drzwiami, a framugą. – chcesz mi pożyczyć coś czystego do spania? – uśmiechnął się lekko do szatyna, który patrzył na niego pytająco. – dziękuję – szepnął, kiedy mężczyzna bez słowa podał mu bawełnianą koszulkę i flanelowe spodnie.
naciągnąwszy za duże ubrania na swoje drobne ciało, Théo wyszedł z łazienki, zabierając swoje brudne ubrania. kiedy znalazł się w pokoju od razu zauważył starszego mężczyznę, siedzącego na parapecie z książką położoną na kolanach. była to prawdopodobnie ta sama pozycja, którą czytał wcześniej, jednak tym razem brązowooki podśmiewał się pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– dobranoc – powiedział cicho brunet, niezgrabnie wsuwając się pod ciepłą kołdrę. – wybacz, ale dzisiaj nie masz większego wyboru, jak mnie przenocować – zachichotał i ułożył głowę na poduszce, obserwując Liama spod przymrużonych powiek.
Théo czekał na odpowiedź przez kilka minut, ale kiedy jej nie otrzymał, z westchnieniem wsunął się głębiej pod pierzynę i zamknął oczy. parę chwil później chrapał spokojnie, pogrążony w swojej własnej krainie marzeń. nie usłyszał przez to, jak Payne życzy mu dobrej nocy, posyłając mu zatroskane spojrzenie.

niedziela, 22 lipca 2018

18

Liam pożegnał się z panem Reynoldsem, który powoli zaczął człapać w stronę zamku. facet ewidentnie się nim wysługiwał, ale skoro już tu był nie miał nic przeciwko temu zajęciu. poza tym lubił przedrzeźniać nauczyciela za jego plecami. robił to nie raz, kiedy sam był uczniem
zamku. chyba był jedynym szpiegiem ISMIO, który został przeszkolony w zamku.
wziął głęboki wdech, kiedy podmuch bryzy dotarł aż tutaj i zatańczył z jego włosami. wcisnął ręce w kieszenie swoich dresowych spodni i przymknął oczy wystawiając twarz, do słońca, które wisiało dość nisko, odbijając się w oknach. lubił to miejsce. jego niczym niezmąconą ciszę i spokój. to tutaj praktycznie się wychował i poznał swoich przyjaciół.
cichy jęk wywołał go z tego błogiego stanu. był święcie przekonany, że został sam. myślał, że wszyscy uczniowie zawinęli się, by jak najszybciej dostać się do swoich pokoi i odpocząć. bądź co bądź, to był ciężki trening.
rozejrzał się po błoniach i w trawie, przy kamieniu dostrzegł znajomą postać. te czarne kosmyki rozpoznałby wszędzie. kąciki jego ust drgnęły ku górze i podszedł do chłopaka, stając przy jego głowie i dostrzegając paskudne rozcięcie na policzku. dostrzegł też poranione dłonie.
– wyglądasz okropnie – odezwał się, a spod powiek wyłoniły się zmęczone, zielone tęczówki. – ale świetnie się spisałeś.
– weź idź czymś się zająć i zostaw mnie w spokoju – odburknął Théo. – chcę umrzeć. tu i teraz. na tej przyjemnie miękkiej trawie.
Liam zaśmiał się przyjaźnie i ciepło w odpowiedzi, po czym przykucną i wsuwając ręce pod pachy swojego podopiecznego, podciągnął go do pozycji siedzącej. pomógł mu się też podnieś na równe nogi, które niebezpiecznie ugięły się pod nim. i dopiero teraz szatyn pomyślał, że to nie był najlepszy pomysł. spoważniał, przytrzymując młodszego blisko siebie.
– wskakuj na plecy – polecił mu, co Mark przyjął z miłą chęcią. jego ramiona oplotły się wokół jego szyi, a gdy rękaw czarnej bluzy podwinął się dostrzegł ciemnego sińca wokół nadgarstków. skrzywił się i chwycił go pod kolanami, po czym ruszyli w stronę zamku. – za tydzień nie ćwicz z Tomem – odezwał się po chwili ciszy Liam. – to jeden z tych typów, który ma się za niewiadomo kogo, ale prawda jest taka, że jesteś bardziej zdolny niż on.
Théo nie odpowiedział i gdyby nie równy oddech chłopaka, który czuł na swojej szyi, pomyślałby, że coś jest nie tak. moment potem wzmocnił uścisk wokół jego szyi i poprawił policzek na jego ramieniu.
– zmieniłeś się – odezwał się w końcu Théo, a jego głos był słaby i senny. – w sensie. zrobiłeś się jakiś taki… milszy? spokojniejszy?
– może to przez to miejsce. lubię je i czuję się tu dobrze – wyznał Payne. – to faktycznie mnie uspokaja.
w odpowiedzi dostał tylko pomruk i ciche westchnienie. i Liam zdał sobie sprawę, że to musiało być naprawdę męczące popołudnie dla młodszego chłopaka. wspiął się, więc po schodach prowadzących do pałacu i wśliznął przez uchylone drzwi. jego kroki odbiły się cichym echem, gdy przechodzili przez główny hall.
weszli na swoje piętro i starszy mężczyzna odruchowo skierował się do swojego pokój. zatrzymał się przy drzwiach i powoli postawił Théo na ziemi, który jęknął niezadowolony. przytrzymał go, owijając lewe ramię wokół jego talii. nacisnął klamkę pomalowanych na czarno drzwi o wprowadził bruneta do swojego pokoju.
ściany były w kolorze kawy z mlekiem. na białej podłodze rozłożony został czarny, pluszowy dywan. pod sufitem powieszony był szklany żyrandol. na wprost drzwi między dwoma oknami stała czarna komoda, a nad nią wisiało prostokątne lustro. po lewej stało łóżko z obitym w czarną skórę wezgłowiem. na ramie w tym samym kolorze ułożony został materac, a na nim kremowe poduszki i biały miękki koc. przy łóżku stała niewielka szafka nocna. po prawej znajdowało się wejście do
łazienki, a bliżej okna zostało ustawione biurko. na wprost okna stała nieduża czarna
szafa, a obok niej wąski regał.
Liam zamknął drzwi i poprowadził Théo do łóżka. pomógł mu zdjąć buty oraz bluzę i teraz w pełnej krasie dostrzegł siniaki na nadgarstkach i przedramionach. dokładniej przyjrzał się ranom na dłoniach oraz rozcięciu na policzku, które wyglądało na dość głębokie.
– zdejmę ci koszulkę, dobrze? – zapytał na co Monod przytaknął, podnosząc ręce do góry. chwycił więc rąbki bluzki zdjął ją z chłopaka. spojrzał na jego plecy. tam też było kilka siniaków.
– coś cię boli? – spytał i spojrzał na twarz bruneta.
– plecy – jęknął i zgarbił się.
– nie jestem medykiem, ale mogę się zająć ranami, a siniaki posmarować maścią – wyznał, przecierając kark dłonią. – jak poczujesz się trochę lepiej to możesz przygotować mi to coś i zrobię ci okłady.
– jasne – mruknął w odpowiedzi Théo.
– to czekaj – polecił mu i udał się do łazienki. do zlewu nalał gorącą wodę, do której wrzucił ręcznik, by się namoczył. z szafki natomiast wyciągnął apteczkę i wrócił do pokoju. usiadł koło Théo i chwycił jego podbródek. następnie wyciągnął wacik, namoczył go wodą utlenioną i przemył paskudne rozcięcie na policzku. widział jak młodszy skrzywił się.
– musisz do tego przywyknąć – odezwał się łagodnie. – rany. siniaki. naprawdę musisz się przyzwyczaić. to był tylko trening. widziałeś co potrafią zdziałać demony.
– wiem – odparł cicho brunet. – mam wrażenie, jakbym tu nie pasował.
– Théo, jesteś tu zaledwie od tygodnia. potrzebujesz czasu by odnaleźć się w nowej roli i w tym miejscu – odezwał się Liama, sięgając po malutkie, białe plasterki w kształcie muszek i przykleił kilka na całej długości rozcięcia. – nie skreślaj się już teraz. wiesz co potrafisz zdziałać. i w przeciwieństwie do Toma, pokonałeś demona.
delikatny uśmiech wkradł się na usta chłopaka. w jego zielonych oczach pojawiło się przyjemne ciepło, ale i zmęczenie. westchnął więc i wyciągnął rękę w jego stronę.
– daj łapki – poprosił.
– łapki? – zdziwił się chłopak.
– wolisz łapska? – odgryzł się, na co Théo zaśmiał się i wyciągnął w jego stronę dłonie. najdelikatniej jak umiał oczyścił niewielkie rany, po czym otwarł opatrunki i przyłożył do dłoni. sięgnął po bandaże i zaczął owijać wokół nadgarstka oraz między palcem wskazującym, a kciukiem.
– tak będzie najlepiej – wyznał, owijając bandażem drugą dłoń, na co brunet skiną głową, a Liam kątem oka dostrzegł zmęczenie rysujące się na jego twarzy.
– już – oświadczył i cofnął dłonie. – połóż się na brzuchu.
Théo wykonał jego polecenie i wygodnie ułożył się na materacu, przytulając się do poduszki. Payne wrócił z apteczką do łazienki i schował ją, zostawiając sobie tylko maść. wyjął z umywalki ręcznik, który wykręcił i wrócił do pokoju. najdelikatniej jak umiał wysmarował maścią plecy chłopaka, którego oczy powoli się zamykały. starał się je jednak utrzymać otwarte.
– prześpij się – odezwał się cichym i łagodnym tonem, układając mokry ręcznik na plecach Théo. – obudzę cię na kolację, głodomorku.
sięgnął po biały koc i nakrył nim dokładnie chłopaka. ten zasnął szybko, ciemna grzywka opadała na jego twarz, więc odgarnął ją. dopiero po tym geście udał się do wschodniego skrzydła odebrać Lokiego i Johna, którzy okazali się stać najlepszymi przyjaciółmi wciągu tygodnia.

piątek, 20 lipca 2018

17

promienie popołudniowego słońca prześlizgnęły się pomiędzy grubymi zasłonami i oświetliły łóżko, stojące pod ścianą. w dusznym pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie zduszonymi stuknięciami oraz przekleństwami. co kilka chwil przez pokój przebiegał jego właściciel, szukając tej czy innej rzeczy.
jego ciemne włosy były w nieładzie, a w oczach można było dojrzeć niezadowolenie i strach. za pół godziny miały zacząć się jego pierwsze zajęcia z praktyki obrony, więc było to uzasadnione. zwłaszcza, że Liam miał nie występować w roli jego opiekuna – tym razem miał pomagać mężczyźnie prowadzącemu lekcję. a to oczywiście jeszcze bardziej zestresowało Théo.
– no jasna cholera! – pisnął, kiedy po raz kolejny wylądował na podłodze przez własną nieuwagę. – zaraz nie zostanie mi żadne miejsce na siniaki – westchnął, gramoląc się niezdarnie z paneli.
zerknąwszy na zegarek, zielonooki naciągnął na ramiona luźną bluzę i zapiął
suwak. w drodze do drzwi założył tenisówki, ale nie miał już czasu na dokładne ich zawiązanie, jeśli chciał odprowadzić Johna do wschodniego skrzydła przy jednoczesnym nie spóźnieniu się na zajęcia. brunet rozejrzał się dookoła i uderzył dłonią w czoło, by po chwili wrócić do pokoju po swojego zwierzaka.
– nie mogłeś mi o sobie przypomnieć? – zapytał z wyrzutem, kiedy fretka owinęła się dookoła jego szyi z wyraźnym zadowoleniem wymalowanym na białym pyszczku. – do zobaczenia później, Johnny! – rzucił po kilku minutach, oddając go w ręce jednej z osób odpowiedzialnej za opiekę nad zwierzętami i ruszył biegiem w kierunku wyjścia.
gdy wypadł z zamku na zielone błonia, już z daleka zauważył, że większość osób już się zgromadziła. pamiętał jednak, iż ma jeszcze pięć minut zapasu, więc zwolnił kroku i zarumienił się, widząc spojrzenia wlepione w siebie. było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. przynajmniej na początku.
po wzięciu głębokiego oddechu, brunet wyprostował się i uśmiechnął lekko, udając, że nic go to nie obchodzi. jednak w głębi duszy dalej czuł się źle i marzył, żeby ktoś po prostu zamknął go w uścisku, nie pytając o nic.
– dzień dobry! – po błoniach potoczył się donośny głos, którego właściciel powoli kroczył w kierunku zebranej grupy.
był to niski mężczyzna – prawie tak niski jak Mark, a on do najwyższych nie należał – ubrany w czerwoną koszulkę polo, opiętą na jego okrągłym brzuchu. na szyi miał zawieszony plastikowy gwizdek, a na nogi naciągnął sportowe adidasy. chociaż po jego tuszy oraz ociężałym sposobie poruszania się było widać, że ze sportem ma niewiele wspólnego.
tuż obok niego szedł Liam, ubrany zupełnie inaczej niż na co dzień. czarna koszulka z dekoltem w serek dokładnie opinała jego umięśnioną klatkę piersiową, przez co Théo aż przełknął głośno ślinę, czując, jak pieką do policzki. na wąskich biodrach szatyna wisiały luźne spodnie dresowe, nieściągnięte sznureczkami.
– dzisiaj zaczniemy od przypomnienia z ostatnich zajęć, jako, że mamy nowego adepta – rozpoczął nauczyciel, mierząc bruneta nieprzychylnym spojrzeniem swoich brązowych tęczówek. – więc? – dodał, przesuwając wzrokiem po swoich pozostałych uczniach. – co ćwiczyliśmy w zeszłym tygodniu? – zapytał z nutą wyczekiwania w głosie.
żadna ze zgromadzonych osób nie pokusiła się o odpowiedź i wszyscy, jak jeden mąż, odwrócili wzrok, udając zainteresowanych swoimi butami czy stanem paznokci. z boku musiało to wyglądać naprawdę komicznie, jednak nikt nie miał odwagi, żeby się zaśmiać.
ciszę przerwało dopiero ciche parsknięcie Payne’a, które natychmiast przyciągnęło uwagę adeptów. na twarzach było wymalowane zdziwienie i oraz niedowierzanie, ponieważ jak do tej pory nikt nie miał odwagi zachować się tak na lekcji pana Reynoldsa.
– pozwolę sobie zauważyć, że marnujemy czas, którego mamy mało – powiedział brązowooki, wzruszając lekceważąco umięśnionymi ramionami i zerkając ukradkiem na otaczających go ludzi. – zostały nam nie więcej niż dwie godziny na przeprowadzenie zajęć, więc nie sądzę, żeby wracanie do poprzednich miało jakikolwiek sens – dodał z naciskiem, marszcząc przy tym kształtne brwi. – uważam, że pan Monod da radę wszystko nadrobić.
Théo spąsowiał, gdy tylko usłyszał swoje nazwisko i spuścił wzrok, pozwalając  grzywce opaść na oczy. nie chciał rzucać się w oczy bardziej, niż było to konieczne w tym wąskim gronie. zwłaszcza, że grupa osób związanych z ziemią była mniej liczna niż pozostałe – chociaż było ich więcej niż tych, którzy władali lodem czy eterem.
– myślę, że możemy zaczynać – burknął Reynolds, mierząc młodszego mężczyznę nieprzychylnym spojrzeniem. – dzisiaj zajmiemy się obroną. podzielcie się na pary – rzucił, składając dłonie za plecami. – teraz, a nie za trzy godziny!
wyrwani z zamyślenia adepci czym prędzej dobrali się w pary, wybierając swoich najbliższych znajomych. po krótkim zamieszaniu bez partnera pozostali tylko Théo i wysoki chłopak o bladej cerze, jasnoniebieskich tęczówkach oraz nadąsanej minie. chcąc nie chcąc,  stanęli obok siebie, czekając na dalsze wskazówki nauczyciela.
– jak już wspomniałem... obrona! – niepotrzebnie zaakcentował ostatnie słowo, przechadzając się niespiesznie w tą i z powrotem, jakby chciał swoim zachowaniem wzbudzić szacunek. otrzymywał efekt z goła odwrotny. – rozstawcie się! – zakrzyknął, machając ręką w nieokreślonym kierunku. – żebyście nie wpadali na siebie podczas ćwiczeń – dodał głośno.
z widocznym ociąganiem, pary ustawiły się na całej powierzchni przeznaczonej do ćwiczeń. nie wiedząc co ich czeka, stanęli na przeciwko partnerów i spojrzeli wyczekująco na Liama, z nadzieją, że zdoła powiedzieć im coś interesującego.
szatyn był jednak trochę zajęty robieniem śmiesznych min do swojego podopiecznego, za plecami otyłego mężczyzny. odpowiedzią były zduszone chichoty Théo, które ten próbował zdusić w rękawie swojej ciepłej bluzy. szło mu to opornie, ponieważ po kilku chwilach przyciągnął uwagę nauczyciela, który zmroził go spojrzeniem.
– co jest takie zabawne? – zapytał opryskliwie, stając niedaleko zielonookiego, który na powrót zalał się widocznym rumieńcem. – zamierza mi pan odpowiedzieć, panie…?
– Monod – podpowiedział odruchowo Liam i zerknął niepewnie na swojego podopiecznego, uciekającego wzrokiem w kierunku swoich rozwiązanych tenisówek.
– przepraszam, może lepiej zaczniemy?
– dobrze! – prychnął nauczyciel, wyrzucając ramiona w górę, jakby wołał o pomstę do nieba. – wszyscy są gotowi? ustalcie między sobą kto będzie atakował, a kto się bronił. zamienicie się rolami w połowie lekcji – poinformował i ruszył w kierunku cienia z wysoko uniesioną głową.
zielonooki zerknął na swojego opiekuna i rzucił mu pytające spojrzenie. nie miał pojęcia jak zazwyczaj przebiega praktyka obrony, a bał się zapytać kogokolwiek innego, bo Liamowi ufał, a nikogo innego nie znał, więc nie miał odwagi się odezwać. nawet do przyjaźnie wyglądającej brunetki o oczach w kolorze ciemnej czekolady.
szatyn wydął lekko wargi, przesunął spoconymi dłońmi po materiale ciemnych spodni i klasnął głośno, przyciągając uwagę wszystkich. sprawiał wrażenie, jakby doskonale wiedział co robi, chociaż istniała możliwość, że wcale tak nie jest.
– podzieleni? – powiódł wzrokiem po adeptach, zatrzymując się dłużej na Théo i posyłając mu krótki, pokrzepiający uśmiech. – sądzę, że lepiej będzie, jak staniecie w sporych odległościach od siebie, ale to za chwilę – zawahał się i wziął głęboki oddech, poszukując jakiejkolwiek podpowiedzi wśród zgromadzonych. – atakujecie, używając wszystkich znanych sobie umiejętności… bronicie się w podobny sposób, ale spróbujcie nie zrobić sobie zbyt dużej krzywdy. miłej zabawy – zakończył, uśmiechając się czarująco.
Théo odwzajemnił gest i zaraz skarcił się za to w myślach, zerkając na swojego partnera, który zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku środka pola. nie mając wielkiego wyboru, brunet podreptał za nim, zdejmując z ramion czarne okrycie i rzucając je niedbale na jeden z głazów.
ta chwila rozproszenia wystarczyła, żeby wysoki chłopak, którego imię dalej nie było znane chłopakowi, przyjął odpowiednią pozycję i posłał pierwszą serię ataków. zielone pędy w ułamku sekund owinęły się dookoła nóg niższego, uniemożliwiając mu poruszanie się. wówczas, niebieskooki uśmiechnął się kpiąco i pstryknął palcami, przyspieszając wzrost rośliny.
kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, Théo potrząsnął głową i zamknął oczy, skupiając w sobie energię. pnącza przestały wspinać się po jego ciele, opadły na podłoże i wniknęły w nie, wcześniej zmieniając kolor na brązowy. oddychając głęboko, uniósł wzrok i rzucił przeciwnikowi spojrzenie znaczące, że czeka ich interesująca walka.

środa, 18 lipca 2018

16

słońce już dawno skryło się za wierzchołkami wysokich drzew, a jego miejsce zajęło granatowe niebo, przysłonięte burzowymi chmurami. krople deszczu wybijały na szybach ustalony rytm, jednocześnie przysłaniając widok na najbliższą okolicę. światła w większości pokoi były jeszcze zapalone, ale mieszkańcy powoli szykowali się do snu. tylko nieliczni wciąż zajmowali się własnymi sprawami, które wymagały skończenia przed nastaniem następnego dnia.
jedną z tych nielicznych osób był Théo, siedzący na parapecie od przeszło dwóch godzin i wpatrujący się w krople, spływające po szybie. na jego udach leżał otwarty podręcznik z informacjami o roślinach obronnych, które musiał przyswoić przed następnym zajęciami z podstaw obrony. i naprawdę chciał się nauczyć tego wszystkiego, ale literki zaczęły tańczyć przed jego oczami, więc niechętnie zrezygnował.
u stóp chłopaka pochrapywała jego biała fretka, prawdopodobnie wykończona po całym dniu harców z innymi zwierzętami. Théo podejrzewał, że John bawił się przede wszystkim ze swoim nowym przyjacielem – Lokim.
nagle i gwałtownie brunet został wyrwany ze swoich rozmyślań przez głośne trzaśnięcie drzwi. odruchowo przeniósł zamglone spojrzenie na próg swojego pokoju i przetarł pięścią oko, wpatrując się pytająco w swojego opiekuna. a zwłaszcza w jego niepewną minę, której – za pewne – nie można było oglądać zbyt często.
– przepraszam, obudziłem cię? – zapytał Liam, wsuwając dłonie do kieszeni szarych spodni i przechodząc kilka kroków, żeby znaleźć się na środku sypialni. – bo mam małą prośbę, ale chyba może zaczekać do jutra, jeśli chcesz iść spać… czy coś – wymamrotał, spoglądając na swojego podopiecznego.
Théo podniósł się niezdarnie ze swojego wygrzanego miejsca na parapecie i odrzucił koc, nie zwracając uwagi na niezadowolone prychnięcie Johna, którego właśnie obudził. ten zwierzak często bywał niezadowolony, ale zdążył się już do tego przyzwyczaić i nie przejmował się każdym sapnięciem.
– nie przeszkadzasz, właściwie udawałem, że czytam – odparł zawstydzony
chłopak, chowając dłonie za plecami. – w czym mogę ci pomóc? – zainteresował się, a jego zielone tęczówki zabłyszczały z ciekawością.
szatyn otworzył usta, żeby mu odpowiedzieć, ale zaraz zagryzł dolną wargę i pokręcił głową. na początku chciał wytłumaczyć swój problem, jednak pokazanie go wydawało się znacznie łatwiejsze, więc bez wahania chwycił za brzeg czarnej koszulki i pociągnął go w górę. pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się w oczy była bez wątpienia jego klatka piersiowa oraz mięśnie, lecz kiedy Théo przesunął spojrzeniem po opalonej skórze dostrzegł to, o co chodziło naprawdę.
ciało mężczyzny dalej przyozdabiały rozległe siniaki. nie zmieniły one swojego wyglądu od momentu, kiedy brunet widział je po raz ostatni. nadal miały ciemnofioletowy kolor, który na brzegach przechodził w jaśniejszy odcień.
wyglądały też na bardzo bolesne, więc zielonooki odruchowo syknął.
– boli? – palnął głupio Théo i zaraz skarcił się za to w myślach, przesuwając zimnymi palcami po podłużnym krwiaku na lędźwiach szatyna. – przepraszam, nie odpowiadaj... czekaj, nie byłeś u medyka? – zmarszczył brwi i przeniósł spojrzenie na Liama, który tylko wzruszył ramionami i skrzywił się.
– byłem, ale jak widać, jego beznadziejne maści nie działają. pomożesz mi? – Payne powtórzył pytanie i poruszył ramionami, obracając się przodem w stronę bruneta. – proszę? – dodał, nie otrzymawszy żadnej reakcji i odetchnął z ulgą, kiedy Théo skinął głową.
– połóż się wygodnie – chłopak wskazał na materac, a sam ruszył do łazienki, przypominając sobie, że widział tam małe, drewniane pudełko, służące za efektowną apteczkę. – obym niczego nie sknocił – szepnął do siebie i chwycił za kasetkę, rzucając szybkie spojrzenie dookoła.
po krótkim zastanowieniu zabrał jeszcze czysty ręcznik i wrócił do pokoju, gdzie odłożył wszystko na stolik nocny. nie był pewien od czego powinien zacząć, ale przysiadł na brzegu materaca i jeszcze raz przestudiował ułożenie wszystkich siniaków. nie chciał pominąć żadnego z nich przy robieniu okładów. chociaż prawda była taka, że wiedział tylko z czego je zrobić.
brunet przesunął językiem po spierzchniętych wargach i opuścił powieki,
przypominając sobie, jak na zajęciach po prostu pozwolił magii popłynąć. wtedy wszystko działo się samo, ale pod jego częściową kontrolą, więc było dobrym rozwiązaniem. wiedziony przeczuciami chłopak zsunął się na podłogę i ułożył dłonie płasko na drewnianych panelach.
po upływie trzech czy czterech minut, spomiędzy palców Théo wychyliły się pierwsze, nieśmiałe kępki trawy. wkrótce pokryły one niewielki obszar dookoła łóżka, a co większe źdźbła niespiesznie przekształcały się w liście o znajomym wyglądzie i właściwościach. na ich widok, Théo rozpromienił się i prawie odtańczył taniec szczęścia, jednak w porę przypomniał sobie, że nie jest w pokoju sam.
zadowolony ze swojego osiągnięcia, zielonooki podźwignął się z kolan, zrywając kilka liści i od razu zmiażdżył je w dłoniach. nie był przekonany czy postępuje dobrze, ale uznał, że lepiej uwierzyć swojej intuicji, skoro do tej pory nie zawodziła. machinalnie wykonując kolejne czynności, wdrapał się na materac i przyklęknął obok Liama, pokrywając jego plecy okładami.
– czy wszystko w porządku? – upewnił się i rozerwał mokrymi palcami opakowanie z jałową gazą, którą przykrył pierwsze okłady, żeby przypadkiem się nie przesunęły. – Liam czy wsz… och – szepnął i mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, gdy zauważył, że starszy mężczyzna usnął.
Théo przez kilka chwil przyglądał się spokojnej twarzy opiekuna, a następnie wrócił do przerwanego zajęcia. starał się jednak zachowywać cicho, żeby go przez przypadek nie zbudzić – po prostu nie miał serca, żeby to zrobić. zrobiło się późno, więc wszyscy stawali się zmęczeni i zbrodnią
byłoby przeszkodzenie im w odpoczynku.
– do rana powinno być lepiej – mruknął brunet, bardziej do samego siebie. – jeśli czegoś nie zepsułem – dodał szybko, zrywając kolejne liście i przygotowując z nich okłady.
blade dłonie zielonookiego pracowały sprawnie i cicho, sukcesywnie pokrywając skórę szatyna chłodnymi kompresami. niedługo po tym, jak położył na jego plecach ostatnią gazę, poczuł zmęczenie, a jego różowe usta rozchyliły się i wydały dziwny dźwięk, przypominający ziewnięcie. jak podejrzewał, cała energia została wykorzystana do wykonania przyjemnego, aczkolwiek męczącego, zadania i teraz potrzebowała czasu na regenerację.
– dobranoc, Liam – szepnął chłopak, nakrywając plecy mężczyzny czystym ręcznikiem oraz kołdrą, którą wcześniej odrzucił na bok. – oby jutro było w porządku.
nie mając już nic do zrobienia, Théo zapakował niepotrzebne bandaże do kasetki i odniósł ją do niewielkiej łazienki. skorzystał przy tym z okazji, by wziąć szybki prysznic i wrócił do pokoju, gdzie naciągnął piżamę, zgasił światło i wsunął się na materac obok Liama. być może nie powinien tego robić, ale senność zrobiła swoje, a on wkrótce usnął, pozwalając myślom odpłynąć daleko.

poniedziałek, 16 lipca 2018

15

słońce chyliło się ku zachodowi barwiąc niebo na czerwono. ostatnie promienie wdzierały się na korytarze zamku, przez wysokie okna, zalewając podłogę złocistymi smugami. drobinki kurzu wirowały w powietrzu, w dziwny sposób dodając uroku temu miejscu.
zza rogu wyszedł brunet, którego czarna grzywka opadała na ciemne oczy. oliwkowa skóra w wielu miejscach pokryta była tatuażami. w dłoni trzymał bukiet kwiatów ułożony przez tego nowego, którym opiekował się Liam. były pięknie w mniemaniu bruneta i pięknie się otworzyły pod dotykiem chłopca.
Zayn Malik poprawił grzywkę i podszedł do czarnych drzwi, w które zapukał. odetchnął, a moment potem na progu dostrzegł niższego chłopaka. na chłodne stalowoniebieskie oczy opadała miękko grzywka w ciepłym jasnym odcieniu brązu. i mulat naprawdę miał ochotę przebiegnąć przez nią palcami.
– proszę. dla ciebie, moja ty śnieżynko – odezwał się Malik, podając młodszemu chłopakowi bukiet zrobiony przez Théo.
Louis Tomlinson był jednym z najmłodszych pure-blood zamieszkującym Violet Hill. miał osiemnaście lat i prowadził spokojne życie w Leeds, skąd Zayn zabrał go ponad sześć tygodni temu po ataku, wyjątkowo złośliwego demona. jednak nikogo nie dziwił wiek szatyna. magia lodu miała to do siebie, iż ujawniała się szybciej niż u innych. poza tym była rzadka. podobnie jak eter. związanych z lodem było zaledwie czterech.
szatyn spojrzał na kwiaty swoimi błękitnymi tęczówkami, po czym przeniósł wzrok na błyszczące oczy bruneta. wyrwał mu bukiet z dłoni i mocno zacisnął palce na łodygach. powoli zaczął pojawiać się na nich szron, który wspinał się coraz wyżej układając się na płatkach. moment potem szron zaczął zamieniać się w lód zamrażając rośliny. następnie wypuścił kwiaty, które rozbiły się na podłodze, jak przewrócona butelka.
Zayn westchnął głośno i wszedł za szatynem do jego pokoju. ściany były w beżowym kolorze. po lewej stało wysokie łóżko, a w jego nogach ustawiona była ława. od strony okna ustawiona była szafka nocna, a przy ścianie znajdowała się trzydrzwiowa szafa z lustrami. po prawej stały dwa fotele, a miedzy nimi okrągły stolik. przy ścianie ustawione było biurko i niewielki regał. miedzy dwoma oknami stała komoda w ciemniejszym odcieniu beżu. podłoga została przykryta miękką,
kremową wykładziną.
– nie bądź taki…  zaczął brunet zamykając za sobą drzwi.
 …zimny? – dokończył za niego Lou, spoglądając na niego przez ramię, gdy podszedł do regału, w celu odnalezienia ciekawej książki. – władam lodem. nie wymagasz ode mnie zbyt wiele?
 oh, weź przestań – Zayn opadł na wygodną ławę. – przecież masz taki ładny uśmiech. nie raz widziałem go w księgarni, którą prowadziłeś.
Tomlinson zaśmiał się i odwrócił do niego. w ręku ściskał niezbyt grubą książkę, z którą podszedł do starszego mężczyzny.
– do klienta zawsze należy się uśmiechnąć – wytłumaczył. – to stary jak świat, chwyt marketingowy. przecież nikt nie kupi u ponuraka.
– ale ja umiem odróżnić szczery uśmiech od prawdziwego – zaznaczył Malik, opierając łokcie na materacu wielkiego łóżka. Louis westchnął głośno i wywrócił oczami. chciał zrobić to co zawsze. zignorować bruneta, który po prostu po pewnym czasie wychodził, zdając sobie sprawę, że nie zdziała zbyt wiele. tym razem jednak było inaczej.
Zayn złapał drobniejszego chłopaka za biodra i przyciągnął do siebie. opadł na jego, kolana, a on jedną ręką otoczył szatyna w talii, a drugą wyrwał książkę, którą rzucił na łóżko, po czym zacisnął dłoń na jego udzie. Tomlinson ułożył dłonie na jego piersi, chcąc się od niego uwolnić, ale doskonale zdawał sobie że nie zdoła.
mężczyzna był za silny. sam się o tym przekonał, kiedy siłą wyciągnął go z mieszkania, choć zapierał się nogami ile wlazło i wrzeszczał do upadłego. skończył zakneblowany ze związanymi nadgarstkami na tylny siedzeniu szarego range rovera wraz z pośpiesznie spakowaną przez bruneta walizką.
– mógłbyś się w końcu odczepić? – odparł prosto z mostu szatyn. – dwa tygodnie chodzenia za mną jak cień, skończyły się jakiś miesiąc temu.
– ale nadal jestem twoim opiekunem – wyznał, szczerząc białe zęby. – muszę kontrolować twoje wyniki w nauce przez następne jedenaście miesięcy.
– to jednak nie znaczy, że wciąż musisz ze mną chodzić na zajęcia – oburzył się omega. – w ogóle, tak swoją drogą. nie masz kwalifikacji opiekuna. jesteś szpiegiem.
– mam ci przypomnieć co się stało z twoimi pierwszymi trzema opiekunami? – Zayn wysoko uniósł brwi. – Alexander uznał, że skoro przywlokłem cię tutaj to i opiekować się tobą mogę. i ty, patrz. wciąż tu jestem.
– uważaj, bo dmuchnę ci szronem w oczy – warknął Louis w odpowiedzi.
– nie zrobisz tego.
– jak myślisz?
szatyn machnął ręką. moment potem brunet poczuł pieczenie w oczach. syknął niezadowolony i przetarł oczy dłońmi zaciśniętymi w pięść, co wykorzystał Tomlinson i podniósł się z kolan młodszego mężczyzny. triumfalny uśmieszek wkradł się na jego usta, ale zniknął chwilę potem, gdy dostrzegł pierwszą łzę bólu spływającą po policzku mulata. nie chciał mu zrobić krzywdy. mimo wszystko lubił jego towarzystwo. ale nie chciał za bardzo się przyzwyczajać, a już na pewno nie
zakochiwać.
– kurwa, piecze – jęknął Zayn, wciąż trąc oczy i ani trochę sobie nie pomagając. chciał się podnieść i na oślep trafić do drzwi. powoli miał dosyć uporu młodszego chłopaka. jednak poczuł jego chłodne dłonie na policzkach. pozwolił by podniósł jego głowę do góry i starł ślady po łzach. odgarnął z czoła czarną grzywkę i przejechał kciukami po powiekach. szron zebrał się na długich rzęsach starszego mężczyzny. opuszkami prześliznął się po nich, białe płatki opadły na policzki od razu topiąc się na
rozgrzanej ciemnej skórze.
– już – odezwał się Louis, cofając ręce i splatając je za plecami. brunet powoli uchyli powieki i zamrugał dla pewności. jedyne co czuł to nieprzyjemne wrażenie jakby miał piasek pod powiekami. wierzył jednak, że zaraz minie.
przeniósł swoje spojrzenie na twarz szatyna i od razu odnalazł jego niebieskie oczy. patrzył na nie moment, chcąc znaleźć choć cień skruchy w nich. one jednak wpatrywały się w niego bez wyrazu.
– pójdę już – rzucił, podnosząc się z ławy i wychodząc trzasnął drzwiami.
Louis drgnął na ten głośny dźwięk w zazwyczaj cichym pokoju. miał wrażenie, że tym razem mu się udało i w końcu Zayn zostawi go w spokoju. więc dlaczego poczuł taką dziwną pustkę?
spuścił wzrok, a jego jasne oczy zatrzymały się na rozbitych kwiatach.
nieświadomie podtrzymywał lód by nie roztopił się. machnął więc ręką, a odłamki podniosły się i zawirowały, na powrót składając się w piękny bukiet w jego dłoni.
cofnął lód, a potem szron i miał dziwne wrażenie, że kwiaty mają jeszcze intensywniejsze barwy i pachną bardzie mocno. zatopił w nich nos i zaciągnął
delikatną wonią, po czym spojrzał na drzwi.
– dziękuję – szepnął i ułożył bukiet w wazonie.

niedziela, 15 lipca 2018

14

tego ranka, Théo obudził się o wyznaczonej godzinie i przygotował do zajęć, biorąc wcześniej zimny prysznic, żeby móc skupić myśli. zorientował się, że przez obezwładniający go stres, nie jest w stanie zapanować nad swoimi umiejętnościami.
potwierdzeniem tego były kwiaty stojące w pokoju, które nagle stały się dwa razy większe. na szczęście nie musiał się z tego tłumaczyć, ponieważ, kiedy Payne stanął w drzwiach pokoju, nie skomentował tego, tylko zaproponował wspólne zejście na śniadanie.
poranny posiłek i późniejsze lekcje przebiegły spokojnie, jak poprzedniego dnia. jednakże żołądek bruneta zaczął ściskać się z nerwów, kiedy nadeszła pora obiadów, a pozostali adepci wylali się z klas na korytarze. chłopak celowo zwolnił kroku, trzymając się na końcu rozgadanego tłumu. przed sobą widział tył głowy swojego opiekuna, pogrążonego w rozmowie z czarnowłosym mulatem, więc
postanowił mu nie przerywać. dodatkowo, nie czując głodu, odpuścił sobie posiłek i od razu ruszył w kierunku wyjścia.
po dostaniu się na dziedziniec, Monod przymknął oczy i westchnął z ulgą, zaciągając się świeżym powietrzem, przesyconym słodkim zapachem rozkwitających kwiatów. woń stawała się silniejsza z każdą chwilą, a Théo nie miał innego wyboru, jak poskromić swoje emocje i uspokoić się. wówczas płatki wróciły do normalnych wielkości oraz kolorów.
 tak chyba lepiej – westchnął do siebie, nagle żałując, że nie ma przy sobie kogoś, z kim mógłby porozmawiać od serca.
wszyscy jego przyjaciele pozostali w Londynie, nie znając nawet powodu jego nagłego wyjazdu, a w Violet Hill nie znał właściwie nikogo. nikogo oprócz Liama i
ślicznej dziewczyny, noszącej imię Tina. jednakże z mężczyzną nie dało się porozmawiać na takie tematy, a szatynki nie widział od poprzedniego dnia na żadnym z korytarzy.
zasmucony swoją samotnością, przeszedł przez plac i zszedł na trawę, uważając, żeby nie podeptać roślinek, które się z niej wychylały. gdzieś w oddali słyszał radosne ćwierkanie ptaków, co mimo złego humoru, wywołało uśmiech na jego twarzy. ten gest poszerzył się, kiedy brunet stwierdził, że ma ponad godzinę do rozpoczęcia zajęć i może w spokoju zająć się sobą.
ucieszony wolnym czasem, przeszedł na następny pagórek, rozłożył na wilgotnej trawie swoją ciemnoniebieską kurtkę i usiadł na nią, wystawiając twarz do słońca.
kiedy łagodne promienie połaskotały jego zarumienione policzki, zachichotał radośnie, na chwilę zapominając o wszystkich troskach i zmartwieniach.
jednakże wszystko co dobre, szybko się kończy, więc upragniona godzina spokoju minęła w mgnieniu oka. Théo westchnął cicho, kiedy zobaczył, że zbliżają się jego zajęcia z zielarstwa i podniósł się z trawy, wyglądając na spokojniejszego niż wcześniej. nawet wizja wkroczenia do miejsca pełnego roślin – także tych niebezpiecznych – nie przerażała go tak bardzo, jak rano.
nucąc pod nosem piosenkę ze swojej ulubionej bajki, zebrał rzeczy i powolnym krokiem ruszył w kierunku szklarni. już z odległości kilku metrów zauważył Liama, który rozglądał się dookoła. jego mina nie wyrażała zadowolenia, ale natychmiast złagodniała, kiedy brunet pojawił się w zasięgu wzroku.
– gdzieś ty był? – zapytał Payne, krzyżując ramiona na piersi, żeby nie wyglądać na zbyt uspokojonego obecnością młodszego chłopaka. – i dlaczego nie przyszedłeś na obiad, co? teraz będziesz chodził głodny – burknął, nie zwracając uwagi na radosny chichot Théo.
– przed godziną nie byłem i teraz też nie jestem – odparł chłopak, wzruszając lekko ramionami. – poza tym, mam chyba w walizce jakieś ciastka. wytrwam do kolacji – dodał z delikatnym uśmiechem, wchodząc szybko do szklarni, żeby nie narazić się na złość nauczycielki.
tym razem, ku uldze Théo, kwiaty nie zaczęły się rozrastać, kiedy tylko przekroczył próg. nasiliła się jedynie ich woń, więc szybko zapanował nad resztkami strachu, pamiętając, że niektórym może ona nie odpowiadać. była zdecydowanie zbyt słodka, nawet dla samego Théo, chociaż był do niej przyzwyczajony.
– dzień dobry wszystkim – przywitała się kobieta, stojąca u szczytu stołu, na którym ustawione były doniczki z małymi, białymi kwiatkami. – widzę, że dzisiaj obyło się bez niepotrzebnych wypadków – powiedziała z uśmiechem, wprawiając nowego ucznia w wyraźne zakłopotania. – zatem przejdziemy do dzisiejszych ćwiczeń. musicie sprawić, żeby postawione przez wami rośliny rozrosły się w
określony sposób – przesunęła wzrokiem po uczniach i gdy nie zobaczyła żadnych oznak zrozumienia, westchnęła ciężko. – wyobraźcie sobie jakiś kształt. nie musi być wcale skomplikowany. a potem skupcie się i pomóżcie łodyżkom rozrosnąć się w ten właśnie sposób – wyjaśniła, odsuwając się pod ścianę, czym dała sygnał do rozpoczęcia ćwiczeń.
zielonooki zmarszczył na chwilę brwi i wypchnął językiem prawy policzek, usiłując wyobrazić sobie w miarę prostą figurę. jednak jedyną rzeczą, jaka przychodziła mu na myśl, był delikatny płatek śniegu, za co momentalnie się skarcił. i oczywiście odnotował w myślach, żeby więcej nie zabierać się za oglądanie bajek związanych ze śniegiem – chociaż bardzo je lubił.
rozejrzawszy się dookoła, brunet wypuścił z ust ciche sapnięcie i oparł dłonie po obu stronach glinianej doniczki. przypominając sobie jedną z rad, które usłyszał poprzedniego dnia, rozluźnił się i uśmiechnął pod nosem. przekonał się także, że zadanie nie jest takie skomplikowane, jak na początku myślał. wystarczyło tylko dać popłynąć swojej mocy, kontrolując ją w swojej podświadomości.
– brawo, Monod – nauczycielka zajrzała mu przez ramię i pokiwała głową z uznaniem, a potem odeszła, żeby kontrolować postępy innych adeptów.
zadowolony z siebie Théo, odwrócił się i oparł plecami o krawędź zimnego blatu. jego zielone spojrzenie od razu spoczęło na znudzonym Payne’ie, siedzącym pod ścianą, a w szalonej głowie pojawił zabawny pomysł. prawdą było jednak, że Théo nie zamierzał go realizować... to po prostu stało się samo. w ułamku sekundy, w brązowych, krótkich włosach mężczyzny zaczęły otwierać się niewielkie kwiatki o białych, jak śnieg płatkach.
– oj – szepnął do siebie chłopak i zagryzł dolną wargę, próbując nie wybuchnąć śmiechem na ten widok. – Liam…? – powiedział ostrożnie, podchodząc kilka kroków bliżej ze swoją niewinną miną.
brązowooki wyprostował się i spojrzał na niego pytająco, a zaraz potem zmarszczył brwi, kiedy zobaczył swoje odbicie w przeciwległej szybie. przez kilka sekund oglądał zjawisko, które miał przed oczami, a potem zacisnął wargi, piorunując swojego podopiecznego spojrzeniem.
– nie zrobiłeś tego, Monod – burknął, gwałtownie zrywając się z miejsca i wsuwając dłonie we włosy, żeby pozbyć się z nich roślin.
Théo spojrzał na niego bezradnie, rozkładając ramiona i zaraz stanął na palcach, żeby pomóc mu z wyplątywaniem zielonych łodyg. była to żmudna praca, ale nie narzekał, wiedząc, że sam się w to wpakował. jednym, nieszkodliwym wyobrażeniem, które niestety posunęło się o krok za daleko.