wtorek, 18 września 2018

41

minął tydzień odkąd Liam przywiózł go z powrotem do Violet Hill. jego samopoczucie z dnia na dzień poprawiało się coraz bardziej dzięki wywarowi Théo oraz środkom przeciwbólowym. powoli wracały mu siły, błysk w oku i głupie żarty, które na powrót zaczynały się go trzymać. jego drzemki w ciągu dnia powoli zaczynały ograniczać się do jednej. miał nadzieję wrócić do sił na święto Beltene. nie miał zamiaru go przegapić.
dochodziła szesnasta, kiedy wybudził się z drzemki, którą uciął sobie po obiedzie. spod ciemnych powiek, wyjrzały rozmazane snem czekoladowe tęczówki, a ich spojrzenie padło na okno. zamrugał, ziewając głośno i odwracając głowę na drugą stronę.
na drewnianym krześle przy łóżku siedział Liam. miał ręce splecione na piersi, spojrzenie wbite w swoje kolana, a prawa noga drżała od nerwowego tiku.
wyraźnie był zafrasowany i brunet za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, co zaprząta myśli jego przyjaciela. podciągnął się więc lekko na łokciach, co od razu zwróciło uwagę szatyna.
– ostrożne. jeszcze coś sobie zrobisz – zakomunikował Payne i podniósł się, by poprawić poduszki. – wtedy Louis zamieni mnie w lodowy posąg.
– co cię gryzie, Li? – walną prosto z mostu, przyglądając się uważnie twarzy przyjaciela. widział panikę, która na moment wkradła się na jego twarz. jednak jak szybko się tam pojawiła, równie prędko znikła.
– mnie? gryzie? tffff… tsss. ehem. ym… taaaaaa – szatyn zaśmiał się nerwowo, przysiadając na brzegu materaca. odchrząkną i spojrzał na mulata, który wysoko uniósł prawą brew. – nic mnie nie gryzie.
– taaaaak. a ten zestaw przypadkowych dźwięków, który przed chwilą z siebie
wyrzuciłeś, tak dla rozrywki – prychnął Malik. – no już. mów.
– a co mam do ciebie mówić? – zawołał oburzony Payne. – to że poszedłem dziś rano pobiegać i zupełnie przypadkiem wpadłem na Théo na wrzosowisku? a potem wymasowałem mu obolałe plecy, pocałowałem i odprowadziłem na zajęcia?
– czekaj. co? – zawołał Zayn, szeroko otwierając oczy, gdy dostrzegł rumieniec wkradający się na twarz i szyję jego przyjaciela. – Liam. pocałowałeś Théo? czy ty się rumienisz? na Taranisa*! ty się zakochałeś! Liam James Payne zakoch... – szatyn przysłonił usta swojego kumpla, mocno zaciskając wargi, będąc już czerwonym po same uszy. w czekoladowych oczach bruneta, tańczyły iskierki radości oraz rozbawienia, gdy wpatrywał się w ciskające piorunami sarnie tęczówki.
– nie pomagasz mi, przyzywając bogów – warknął i zabrał rękę. usłyszał chichot opuszczając wargi Malika i wywrócił oczami. chciał się podnieść i wyjść, ale mężczyzna zatrzymał go.
– nie. dobra. czekaj. już nie będę się śmiał – zapewnił go na, co naburmuszony szatyn z powrotem usiadł na łóżku. – no, ale sam przyznaj. ty i miłość?
 – to był impuls – wybuchnął Payne. – po prostu… leżał na mojej piersi, a ta grzywka tak uroczo opadała na te jego oczy wpatrujące się we mnie.
– słyszysz się? – zapytał Zayn.
 – nie no, stary. wpadłeś po uszy. ale… cieszę się, że w końcu komuś udało się choć trochę przebić przez twój charakter i dotrzeć do serca.
 – co chcesz przez to powiedzieć? – spytał lekko skonsternowany Liam.
– żebyś nie schrzanił tego. bo będę pierwszym, który skopie ci dupę, jeśli to spierdolisz – odpowiedział brunet, uśmiechając się lekko. – lubię tego dzieciaka.
kąciki ust Payne’a drgnęły ku górze w delikatnym uśmiechu. już otwierał usta by coś powiedzieć, kiedy drzwi pokoju otworzyły się na oścież i do środka wpadł Louis. zamknął za sobą drzwi i od razu wskoczył na łóżko.
– nic ci nie jest? jak się czujesz? potrzebujesz czegoś? może przynieść ci z kuchni twoje ulubione ciastka? a może masz gorączkę? – wyrzucał z siebie słowa
młodszy chłopak i przyłożył chłodną dłoń do czoła mulata. Li zachichotał cicho i podniósł się, biorąc swoją bluzę.
– na razie, Zayneh – zawołał jeszcze i zniknął na korytarzu.
mulat spojrzał w niebieskie oczy Tomlinsona, które przyglądały mu się uważnie i z wylewającą się z nich troską. wstrzymał oddech na ten widok, po chwili jednak zaśmiał się przyjaźnie i przeczesał kasztanowe włosy swoimi palcami.
od kiedy szatyn go przywiózł Louis opuszczał jego pokój tylko na zajęcia. i robił to bardzo niechętnie. gdyby mógł to by nigdzie się nie ruszał, ale niestety tak to nie działało. jednak zawsze po zajęciach wracał od razu do niego i troszczył się o niego, jak tylko umiał. czasem po prostu siedział przy nim, trzymając go za rękę. czasem rozmawiali o zajęciach. innym razem Lou był tak zmęczony, że po prostu zasypiał przy jego boku. podobało mu się to, że w końcu otworzył się na
niego i nie chciał tego tracić kiedy już wyzdrowieje.
– czuję się dobrze i niczego mi nie trzeba – uśmiechnął się i zaznaczył kciukiem kość policzkową szatyna. – a ty nie powinieneś się przypadkiem uczyć? za tydzień są egzaminy śródsemestralne.
– wiesz, że jestem jednym z najlepszych uczniów – odparł wymijająco niebieskooki, znów przykładając dłoń do jego czoła i marszcząc brwi. – na pewno nic nie potrzebujesz? i nie masz gorączki? ciepły jesteś.
– ciepły jestem, bo ty jesteś obok i masz zimną dłoń – oświecił go. – i w sumie….
– co? no co? przyniosę dla ciebie cokolwiek – zapewnił go młodszy. – nawet tort czekoladowy.
– brzmi kusząco, ale ja potrzebuję tylko jednej rzeczy – wyznał Zayn i pociągnął szatyna, który wylądował na jego brzuchu. – ciebie.
oczy Louisa zabłysły lekko i wśliznął się na biodra mulata siadając na nim okrakiem. przybliżył się do jego twarzy, wręcz stykając się nosami. Malik natomiast wsunął swoje dłonie na plecy drobniejszego chłopca błądząc po nich i zostawiając palące ślady.
wsunął jedną z dłoni na policzek niebieskookiego i przyciągnął go do pocałunku. Tomlinson zacisnął mocno palce na koszulce swojego opiekuna, w pierwszej chwili chcąc go odepchnąć, ale w ostateczności poddał się i oddał pieszczotę.
ich wargi ocierały się o siebie zawzięcie, uwalniając emocje. pokój zaczął pokrywać się szronem, a okna wzorami z mrozu. pierwsze płatki śniegu zaczęły pojawiać się pod sufitem i spadać wprost na nich. to one sprawiły, że odsunęli się od siebie i rozejrzeli dookoła. mina Louisa zmieniła się drastycznie. na rozanieloną twarz wkradło się zdołowanie i smutek.
– przepraszam – szepnął, spuszczając wzrok. – to dlatego tak bardzo nie chciałem się zakochać. widzisz co się dzieje, gdy pozwalam wyższym emocją zawładnąć nad sobą.
 – nie przeszkadza mi to – odszepnął Zayn, a niebieskie tęczówki spojrzały na niego zaskoczone.
– nie?
– nie.
po ciele drobnego chłopaka rozlało się przyjemne ciepło, co skutkowało kolejną falą mrozu i chłodu w pomieszczeniu. ich oddechy mieszały się, widoczne przez niską temperaturę. policzki pokryły się rumieńcami, a kolejne płatki śniegu zaczęły na nich spadać.
Louis uśmiechnął się szeroko, a w oczach pojawiły się łzy szczęścia. starł je szybko, gdy spłynęły i na powrót wpił się w usta bruneta. ten objął go mocno w pasie, przyciągając tak blisko siebie jak to tylko było możliwe i oddawał każdy słodki pocałunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz