nad całym Violet Hill unosiła się mlecznobiała mgła, przysłaniająca widoczność. spomiędzy puszystych chmurek wyglądał blady okrąg słońca, którego promienie nie były w stanie przedrzeć się przez gęstą zasłonę. znad zatoki wiała ciepła bryza, otulająca policzki tych, którzy znajdowali się na zewnątrz.
Théo powolnym krokiem wyszedł na dziedziniec i rozejrzał się dookoła, marszcząc przy tym swój drobny nosek. nie mając planu, dokąd udać się na poranny spacer, zdecydował się na okrążenie zamku. swoje kroki skierował wzdłuż wschodniej ściany, niechętnie posuwając nogi do przodu.
jego myśli wciąż wypełniała rozmowa z Liamem, którą odbył poprzedniego dnia. nie sądził nigdy, że historia jego opiekuna jest aż tak tragiczna, że stracił rodziców w młodym wieku i to w tak brutalny sposób.
chłopak westchnął cicho i przystanął nagle, kiedy jego oczom ukazało się ogromne wrzosowisko. mgła nad nim była, o dziwo, znacznie rzadsza, więc mógł dostrzec dokąd sięgają połacie kwiatów. nie zastanawiał się jednak nad tym, tylko powoli ruszył przez łąkę, uśmiechając się lekko, gdy któryś z niewielkich krzaczków nagle przyspieszał wzrost.
wciąż zmęczony po minionej nocy, w czasie której nie mógł zapaść w drzemkę dłuższą niż godzina, zsunął z ramion swoją kurtkę i położył ją na ziemi.
usiadł na suchym materiale, uważając, by przypadkiem nie zgnieść jednego z wrzosów. jego ciężkie powieki po kilku chwilach opadły, pozwalając na krótki moment wyciszenia. nie trwał on jednak długo, ponieważ do uszu chłopaka dotarł odgłos znajomych kroków.
– wstałeś wcześnie – zauważył Liam, przysiadając obok niego na skraju kurtki. – To do ciebie nie podobne – stwierdził, spoglądając na młodszego.
brunet wzruszył ramionami w odpowiedzi i zlustrował spojrzeniem szatyna. musiał przed sobą przyznać, że mężczyzna wyglądał wyjątkowo dobrze, nawet w luźnych dresowych spodniach i obszernej bluzie. kiedy tylko przepłynęło to przez myśli Théo, zaczerwienił się on mocno i pospiesznie odwrócił wzrok w drugą stronę.
– nie mogłem już dłużej siedzieć w łóżku – wyznał przyciszonym głosem, splatając ze sobą zziębnięte palce. – przez całą noc męczyły mnie koszmary. a poza tym, musiałem się wyciszyć po rozmowie z Alexandrem – dodał, zagryzając dolną wargę. – trochę na niego wczoraj naskoczyłem.
– ty? – zachichotał zaskoczony Payne, wpatrując się w zielonookiego z widocznym rozbawieniem. – ten uroczy, słodki Théo? – dodał, opanowawszy przyciszony śmiech.
– n–nazwałeś mnie uroczym? i–i słodkim? – policzki Théo przybrały jeszcze głębszy odcień czerwieni, gdy dotarły do niego słowa opiekuna. – och… – szepnął, już bardziej do siebie, pozwalając kącikom ust unieść się w górę o kilka milimetrów.
Théo i Liam, jak na komendę odwrócili spojrzenia w przeciwne strony i zamilkli. jednakże cisza nie była jedną z tych, którą chce się przerwać za wszelką cenę. ta po prostu wypełniała miejsce rozmowy, pozwalając im cieszyć się swoją obecnością, bez wypowiadania zbędnych słów.
Théo potarł palcami zaczerwienione policzki i przymknął powieki, kładąc się wygodnie na kurtce. chwilę później poczuł, że starszy wykonuje dokładnie ten sam ruch. Théo uśmiechnął się szerzej i przysunął do niego, chcąc poczuć przyjemne ciepło, promieniujące z jego ciała. bądź, co bądź było mu nieco zimno, bez ciepłej kurtki, którą zwykle nosił na ramionach.
mijały kolejne minut, spędzone w milczeniu, przerywanym tylko przyjemnymi dla ucha westchnieniami. dookoła szumiał wiatr, niosący ze sobą śmiechy tych, którzy również zdecydowali się na poranny spacer. jednak w żaden sposób nie przeszkadzało to w zaznaniu upragnionego odpoczynku.
– auć! – nagle z ust Théo wydarł się syk, kiedy ten przekręcił głowę, a jego kark przeszedł ostry ból. – aua – dodał, rozcierając palcami obolałe miejsce. – chyba źle spałem – wyjaśnił, wyłapawszy zatroskane spojrzenie Liama i podniósł się z powrotem do pozycji siedzącej.
w mgnieniu oka, szatyn znalazł się za swoim podopiecznym i położył ciepłe
dłonie na jego ramionach. kiedy usłyszał cichy pomruk zadowolenia, zachęcony przyłożył się do masażu. wkrótce potem, jego palce wślizgnęły się pod koszulkę Théo i zaczęły błądzić po jego jasnej skórze pleców.
Théo przymknął powieki i oparł głowę o ramię brązowookiego. zaraz jednak rozchylił oczy, żeby móc patrzeć na opiekuna nieco zaspanym wzorkiem.
zauważył przy tym, że chęć wpatrywania się w szatyna jest znacznie silniejsza od jego woli, jednak szybko odsunął te myśli na bok.
– podoba ci się? – zapytał Payne, otulając ciepłym oddechem jego ucho, czym
wywołał drżenie na całym ciele młodszego. – hm? Théo? – wyszeptał, nie otrzymawszy od niego żadnej odpowiedzi i uśmiechnął się pod nosem, gdy zauważył lekkie skinienie głową.
Théo odwzajemnił gest i odsunął się nieco od Liama, a potem odwrócił przodem do niego. kiedy poczuł silne dłonie na swoich biodrach, zarumienił się mocno i zachichotał nerwowo. nie miał pojęcia do czego zmierza sytuacja, ale atmosfera zaczęła się wyraźnie zagęszczać.
wtem, brązowooki przyciągnął młodszego do swojej piersi, na której ten
wylądował z zaskoczonym wyrazem twarzy. szeroki uśmiech zaczął znikać z twarzy starszego, kiedy wpatrywał się z zaciekawieniem w zielone tęczówki drobniejszego chłopaka. widoczne zadowolenie ustąpiło miejsca niepewności, która towarzyszyła obu do momentu, gdy ich wargi spotkały się ze sobą w czułym pocałunku.
wydawało się, że wszędzie dookoła zaległa kompletna cisza. wiatr przestał wiać silnymi tchnieniami, wszyscy ludzie powrócili do zamku, jedynie mgła zagęściła się dookoła dwójki osób. dawało im to wrażenie, jakby znaleźli się na świecie zupełnie sami.
mijały kolejne minuty, które zdawały się ciągnąć godzinami, aż w końcu Théo odsunął się od Liama z niepewnym wyrazem twarzy. jego policzki były zarumienione, a oczy błyszczały dziwnym światłem, które do tej pory w nich nie gościło. na opuchnięte wargi wkradł się nieśmiały uśmiech, a on pospiesznie uciekł wzrokiem, kiedy napotkał intensywne spojrzenie starszego.
– chyba powinniśmy wracać do zamku – powiedział cicho szatyn, ujmując zimne dłonie Monoda w swoje i delikatnie pocierając je palcami. – nie powinieneś się spóźniać na lekcje – zaśmiał się nerwowo, a potem podniósł z ziemi i pociągnął za sobą bruneta.
– a odprowadzisz mnie na zajęcia? – zapytał z nadzieją zielonooki, mocniej zaciskając swoje skostniałe palce na jego dłoni. – proszę – dodał i zagryzł dolną wargę tak mocno, że niemal pokazała się na niej krew.
nie mając dużego wyboru, Payne skinął głową i podniósł spomiędzy wrzosów granatową kurtkę, którą pomógł młodszemu nasunąć na ramiona. gdy już ruszyli do zamku, odruchowo objął go ramieniem i przyciągnął do swojej piersi, co Théo przyjął z radością, której po sobie nie pokazał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz