siedział na huśtawce trochę zbyt długo. właściwie nie był pewien ile, ale niebo z czerwonego zaczęło przechodzić w granatowe, a whiskey w szklance się skończyło. odstawił ją więc na ziemię i pochylił lekko do przodu, opierając łokcie na kolanach.
zdał sobie sprawę, że zbytnio naskoczył na Théo. nie chciał go ani popychać, ani na niego warczeć. ale po prostu to był kruchy temat i wciąż w pewien sposób bolesny. nie lubił o tym wszystkim mówić. nie powiedział nawet Zaynowi, a przecież przyjaźnili się tak długo. żałował teraz swojego zachowania.
kątem oka dostrzegł czarne vansy bruneta i zagryzł lekko dolną wargę. powoli podniósł na niego wzrok. stał przed nim z rękoma skrzyżowanymi na piersi, naburmuszony i z miną pod tytułem: mam to gdzieś, bo i tak cię nie lubię. westchnął głośno i znów spuścił wzrok na swoje buty.
– przepraszam, za moje zachowanie – odezwał się cicho. – po prostu nie lubię o tym rozmawiać.
francuz westchnął ciężko i minął go. przysiadł koło niego przez co mógł poczuć jego ciepło obok siebie. było dziwnie przyjemne i tak dobrze znajome. wiedział też czego chce brunet. przebiegł więc palcami przez swoje brązowe włosy.
– moja mama była zupełnie jak ty. była pure–blood związanym z ziemią. ojciec był zwykłym śmiertelnikiem – zaczął cicho Liam. – miałem czternaście lat.
tamtego dnia byłem chory, gdy słudzy mroku do nas przyszli. schowałem się pod łóżkiem, gdy zaczęły dochodzić mnie okropne dźwięki z dołu. wyszedłem dopiero po kilku godzinach od momentu jak ucichły. zszedłem na dół i… – zawiesił głos, przełykając głośno ślinę. – krew była wszędzie, a ja zadzwoniłem do Daryla. wtedy od dwóch lat prowadził Violet Hill. przyjechał po mnie osobiście i to właśnie tu mnie umieścił. na początku myślał, że odziedziczyłem zdolności po matce, ale potem mu się przyznałem, że posiadam dar telekinezy. mieszkałem w zamku, ucząc się jak wy i chodząc na dodatkowe szkolenia dla przyszłych szpiegów. potrzebujesz więcej?
– myślę, że to mi wystarczy – odpowiedział Théo, wyciągając rękę w jego stronę i gładząc go po ramieniu. – wiesz co duchy powiedziały mi w Świątyni?
szatyn podniósł głowę, spoglądając na niego swoimi sarnimi oczyma i niemo, pytając o ciąg dalszy.
– mówiły, że granice Violet Hill są w niebezpieczeństwie. że mrok rośnie w siłę – wyznał mu w końcu. – mówił też bym patrzył ponad charakter. twój charakter.
– coś z nim nie tak? – zapytał Payne, na rozluźnienie ponurej atmosfer, co chyba mu się udało, bo na usta bruneta wkradł się uśmiech, a moment potem opuścił je cichy chichot.
młodszy chłopak zadrżał, więc Liam podniósł się z huśtawki i podał mu rękę, którą on chwycił. wrócili do ciepłego domu i rozsiedli na kanapie w salonie. wziął drinka, którego zrobił dla niego Albert i zerkał co jakiś czas na korytarz, czekając na powrót Tima.
poczuł jak głowa bruneta opadła na jego ramię i odruchowo spojrzał na niego. jego rzęsy zatrzepotały, kiedy starał się utrzymać powieki otwarte. uśmiechnął się delikatnie i pogładził po policzku, a zmęczone, zielone oczy spojrzały na niego.
– jeszcze troszkę i będziemy wracać – zapewnił go i w tym samym momencie usłyszeli kroki i głosy na korytarzu. obaj podnieśli się z kanapy, a chwilę potem Alexander i Tim wkroczyli do pomieszczenia.
– w takim razie Liam jutro we wszystko cię wprowadzi – odparł mężczyzna i uścisnął mu dłoń. – a teraz wybaczcie. mam jeszcze trochę papierów do przejrzenia.
– jasne, już wiem co twoje: mam trochę papierów znaczy – prychnął Liam. – poza tym, Théo jest zmęczony. tak czy siak byśmy wracali.
weszli na korytarz, gdzie chłopak założył swój płaszcz. pożegnali się z Alexandrem i wyszli kierując się w stronę zamku. Payne objął Théo ramieniem, widząc jak jego ciało drży. był wieczór, było chłodno, a w zamkowych oknach paliły się światła.
odprowadzili najpierw Warnera do jego pokoju, pożegnali się z nim i ruszyli w stronę pokoju Monoda. szatyn pożegnał się z nim jak zwykle – mierzwiąc jego ciemną grzywkę. nową rzeczą był mocny uścisk i całus w policzek. po prostu uznał to za właściwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz