Liam stał z boku, z rękoma splecionymi na piersi. skórzana kurtka leżała na łóżku. jego spojrzenie sarnich oczu było intensywne i uważnie śledziło każdy najdrobniejszy ruch dłoni bruneta. wstrzymywał oddech za każdym razem, gdy drżała mu niebezpiecznie przy sporządzaniu mikstury.
zaufał mu. po raz pierwszy zaufał komuś bezgranicznie, tak do końca. Théo znał się na roślinach, ich leczniczych właściwościach. musiał więc doskonale wiedzieć z czego przyrządzić wywar dla jego przyjaciela. więc zaufał mu, bo zasługiwał na to.
oblizał spierzchłe wargi i spojrzał na wywar, który chłopak przelał do podłużnej fiolki. miał on barwę turkusa. nachylił się i lekko zastukał w paznokciem, przyglądając się płynowi. po drugiej stronie spostrzegł Théo, który również spojrzał na swoje dzieło.
– i to pomoże Zaynowi? – zapytał niepewnie Liam, spoglądając na swojego podopiecznego.
– tak. chyba tak – odparł chłopak, lekko potrząsając fiolką. – wiesz. ma właściwości przeciwbólowe, przeciwzapalne, bakteriobójcze, przyspiesza gojenie oraz pobudza rozbudowę komórek skórnych.
– myślę, że byłby z ciebie dobry medyk – wyznał zgodnie z prawdą i potargał ciemne kosmyki włosów. Théo zarumienił się lekko na co uśmiechnął się. – chodźmy do Zayna.
chwycił swoją kurtkę, którą wsunął na ramiona. otworzył drzwi i przepuścił w nich swojego podopiecznego, po czym obije ruszyli przez zamek. cicho zapukali do drzwi pokoju bruneta, a gdy usłyszeli ciche proszę, nacisnęli klamkę i weszli do środka.
w pomieszczeniu panował chłód. ich oddechy od razu zamieniły się w obłoczki pary. na szybach pojawił się mróz, malujący wzory. Louis leżał przy boku swojego opiekuna, z dłonią na jego piersi. szatyn podniósł na nich wzrok lustrując ich uważnym spojrzeniem.
– znów gorączkuje – wytłumaczył cicho szatyn, chcąc wytłumaczyć chłód panując w pokoju. –
c–chciałem tylko obniżyć temperaturę.
– nie musisz się tłumaczyć – zapewnił go Liam, podchodząc do niego i kładąc dłoń na ramieniu. – Théo znalazł lekarstwo.
– naprawdę? – zapytał z nadzieją w głosie Tomlinson, podnosząc się z materaca. brunet uśmiechnął się w odpowiedzi i podniósł do góry fiolkę z turkusowym wywarem, po czym podszedł do łóżka i ostrożnie przysiadł na brzegu materaca.
– mógłbyś przynieść mi apteczkę? – poprosił zwracając się do Payne’a. ten przytakną i wszedł do łazienki. w szafce odnalazł drewniane pudełeczko, z którym wrócił i podał je chłopakowi.
obserwował jak Théo ostrożnie podciąga koszulkę Zayna, by odsłonić jego pierś. zdjął zużyty opatrunek i posmarował swoją miksturą ranę. można było dostrzec grymas rysujący się na twarzy mulata, gdy jej dotykał. nie było jednak innego wyjścia. następnie rozerwał opatrunek, który przykleił, by nie wdało się zakażenie.
– myślę, że odpowiednie będzie smarowanie rany dwa razy dziennie – odparł, podając Louisowi fiolkę, który z wdzięcznością ją przyjął. – rano i wieczorem wystarczy. to dość silny wywar. dodałem troszkę więcej aloesu, by wzmocnić działanie.
– dziękuję, Théo – na twarz szatyna wkradł się delikatny uśmiech. następnie okrążył łóżko i przyciągnął go do uścisku, który ten odwzajemnił.
– będzie dobrze, zobaczysz – zapewnił go, odsuwając się. – pójdziemy już. zatroszcz się o Zayna
– jasne – przytaknął Tomlinson, mocno zaciskając w palcach wywar.
pożegnali się z nim uśmiechami, a Liam zaproponował, że może czuwać przy brunecie, gdy szatyn będzie na zajęciach, co przyjął z wdzięcznością. następnie zamknął za sobą cicho drzwi i wszedł na korytarz, gdzie czekał jego podopieczny.
staną przed nim i westchnął.
jego spojrzenie stało się niezwykle łagodne i pełne wdzięczności, gdy patrzył na tego drobnego chłopaka. był tak niepewny, przez co nie zdawał sobie sprawy z mocy która w nim drzemała. miał wielkie serce, wrażliwość i współczucie, co rzadko zdarzało się w jego świecie. i przez chwilę pomyślał, że to właśnie to sprawia, iż łagodnieje przy nim.
uśmiechnął się i wyciągnął do niego dłoń. przebiegł palcami przez ciemne włosy, a jego dłoń zjechała na kark. przyciągnął go do siebie składając czuły pocałunek na jego czole, po czym objął go mocno.
– dziękuję – szepnął cicho, opierając brodę na jego głowie i wzmacniając uścisk.
– nie ma za co – odparł Théo, odwzajemniając jego uścisk. – też lubię Zayna.
przymknął oczy i ucałował go w czubek głowy, pozwalając sobie na tę chwilę zapomnienia. chciał go tak potrzymać, by zapamiętać jak ciało omegi dopasowuje się do jego. jak oddech muska jego obojczyki. jak policzek opiera się na jego piersi. a gdy podniósł powieki dostrzegł na końcu korytarza Tima. chłopak przyglądał im się z uśmiechem i dłońmi splecionymi na piersiach. pomachał mu, a
on odpowiedział mu uśmiechem i odsunął od Monoda.
przeczesał jego ciemną grzywkę i chwycił w dłonie twarz, patrząc prosto w jego
zielone oczy. kciukami musnął zarumienione policzki.
– wiesz. będziesz wielki i poradzisz sobie z każdym wyzwaniem, które przed tobą stanie – odezwał się z niezwykłą łagodnością i ciepłem w głosie Liam. – tylko uwierz w swoją siłę. a gdy już to zrobisz, to nikt cię nie zatrzyma.
– nie jestem wielki – odpowiedział cicho, a smukłe palce zacisnęły się lekko na nadgarstkach szatyna.
– zabiłeś demona, nie wiedząc jeszcze nic o magii, którą się posługujesz. po trzech tygodniach nauki stworzyłeś wywar, który uratuje komuś życie – przypomniał mu. – innym zajmuje to zdecydowanie więcej czasu. wiem co mówię. naprawdę będzie wielki.
jeszcze raz nachylił i złożył lekki, ledwo wyczuwalny całus na czole chłopaka.
potargał jego czarną grzywkę, na co zmrużył oczy.
– muszę lecieć, Głodomorku, pozałatwiać parę spraw – odparł. – ale jakby co to wiesz gdzie mnie szukać.
rzucił jeszcze jedno krótkie spojrzenie chłopakowi za plecami francuza, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył korytarzem do wąskich schodów na końcu.
czuł, coś dziwnego i przez chwilę chciał z tym walczyć. ale poddał się, bo to było naprawdę przyjemne uczucie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz