poniedziałek, 10 września 2018

37

słońce powoli chowało się za horyzontem, gdy wyszedł na korytarz. poprawił mankiety swojej czarnej marynarki i dopiął guzik. rzadko ubierał się tak elegancko. nie przepadał za tym zbytnio, ale sytuacja tego wymagała. może to nie była jakaś wystawna kolacja, ale bądź co bądź szli na rozmowę z Alexandrem.
stanął przed drzwiami pokoju Théo skąd dochodziły chichoty. uniósł rękę by zapukać, kiedy wstrzymał się w ostatniej chwili, wsłuchując w śmiech bruneta. nie słyszał go nigdy odkąd go tu przywiózł. nie śmiał się, jego usta rzadko wyginały się w uśmiechu. oczy nie błyszczały, a policzki nie były od niego zarumienione.
spuścił wzrok i westchnął cicho, wsłuchując się w głośny wybuch śmiechu po drugiej stronie drzwi. jego kąciki ust uniosły się ku górze, gdy zdał sobie sprawę jak zaraźliwy jest śmiech chłopaka. nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, który jednak zelżał, gdy zdał sobie, że to nie on go wywołał. to wtedy zapukał w pomalowane drewno.
śmiechy ucichły, a zastąpiło je głośne „ciiii”. moment potem drzwi otworzyły się, a na progu stanął Tim, poprawiając swoje brązowe włosy. wyszczerzył zęby w uśmiechu i nachylił się by przywitać się z nim cmoknięciem w policzek.
– wyglądasz dobrze, Li – stwierdził, lustrując go.
– ty też – oświadczył prześlizgując się po czerwonej koszuli, która podkreślała jego kształty. za
nią pojawił się Théo w czarnych spodniach, białej koszuli i granatowym sweterku z
białymi lamówkami. wyglądał uroczo z wypiekami na twarzy i błyskiem radości w oku.
– wow, Liam – odparł patrząc na niego, a potem na siebie. – m–może powinienem się przebrać?
– nie. nie trzeba – zaprzeczył, chwytając Monoda za ramię, gdy miał zamiar wrócić do pokoju. – wyglądasz ślicznie.
zarumieniony brunet zamknął więc drzwi i skierowali się do wyjścia z zamku. szatyn zarzucił na ramiona czarny płaszczyk wiosenny. wyszli na dolne miasto i skręcili na lewo kierując się na granice miasta.
stał tam duży nowoczesny dom. salon na parterze był widoczny już z daleka; przeszklony i oświetlony jasnymi lampami. oni skierowali się do drzwi, w które szatyn zapukał i wziął głęboki wdech, gdyż rzadko tu bywał odkąd w wieku osiemnastu lat przeprowadził się do centrum miasta po zakończeniu swojego szkolenia.
drzwi otworzył im kamerdyner. był to elegancki starszy pan o wdzięcznym imieniu Albert. przywitał ich ciepłym uśmiechem i z łagodnością w szarych oczach.
– dzień dobry, paniczu Liamie – zwrócił się do niego, po czym spojrzał na resztę.
– dzień dobry, Albercie – odpowiedział, przekraczając próg i rozglądając się po korytarzu. moment potem odwrócił się na pięcie i spojrzał na Théo oraz Tima. – wuj już jest?
– pan Alexander dzwonił przed chwilą i kazał przekazać, że spóźni się dziesięć minut – odpowiedział mężczyzna, odbierając od Tima płaszcz. – prosił byście rozgościli się w salonie.
Liam od razu wyłapał zaskoczone spojrzenie Théo. odkaszlnął dla oczyszczenia gardła i wszedł do przeszklonego pomieszczenia. od razu udał się do komody, na której stała srebrna tacka, a na niej szklanki i karafka. otworzył ją i nalał sobie whiskey. moment potem usłyszał czyjeś kroki co znaczyło, że zarówno Tin jak i Théo znaleźli się w pokoju. przez moment panowała cisza, którą w
końcu przerwał zielonooki.
– Daryl Alexander, szef ISMIO jest twoim wujkiem? – zapytał, nie dowierzając i podchodząc bliżej Payne’a.
– tak bardzo cię to dziwi? – odpowiedział chłodno szatyn, upijając łyk alkoholu. Tim stał przy białej kanapie obserwując ich.
– no… tak – powiedział zawiedziony brunet. – mogłeś mi powiedzieć.
– mogłeś zapytać – odparł opiekun. – poza tym nie muszę ci się z tego zwierzać.
– oh. czyli ty możesz wiedzieć o mnie wszystko i rozpowiadać, że jesteś moim chłopakiem, podczas gdy ja nie mam prawa się dowiedzieć, że Daryl Alexander jest twoim wujem, tak?! – wybuchnął Théo mocno przy tym gestykulując.
Liam zacisnął usta, ustawiając wokół siebie znajomy mur. spiorunował bruneta spojrzeniem i lekko odepchnął od siebie, nie chcąc go tak blisko. napiął mięśnie jakby szykując się do walki. dlatego nigdy nie chciał zostać opiekunem. nie lubił tego całego zwierzania się i zawierania znajomości. wolał jechać w teren, pozabijać parę demonów i przywieźć jakiegoś pure-blood tutaj. to było o wiele
lepsze. nie potrzeba było opowiadać o sobie.
– odwal się – warknął przez zaciśnięte zęby, ciskając błyskawice w kierunku młodszego chłopaka. moment potem trzasnęły drzwi do domu.
odwrócił się i dolał sobie więcej whiskey, po czym wyminął kanapę. wyszedł na korytarz gdzie przystanął, patrząc w ciemne oczy Daryla. upił łyk trunku, który zaczął palić jego gardło.
– są w salonie – rzucił i udał się w stronę tylnego wyjścia. wyszedł na ogród gdzie zaczerpnął świeżego powietrza. przeszedł przez niego i usiadł na bujanej ławce, a ostatnie promienie słońca musnęły jego twarz. lekki, chłodnawy, kwietniowy wiatr zatańczył w jego włosach i otulił twarz. przymknął oczy i westchnął ciężko, obracając w palcach szklankę z alkoholem. upił kolejny łyk i odchylił głowę do tyłu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz