środa, 20 czerwca 2018

11

to był zdecydowanie zły pomysł. jeden drink z Zaynem zamienił się w kilka następnych. do tego wszystkiego Dean drażnił go wczoraj insynuacjami na temat francuskiej omegi. wypił przez to trochę za dużo, więc teraz męczył go potworny kac. wędrował więc przez korytarz z folderem Théo i butelką wody, gdyż w ustach miał kompletną pustynie.
stanął przed drzwiami do jego pokoju i zapukał, ale w odpowiedzi usłyszał tylko ciszę. zapukał więc głośniej, ale znów nic. zacisnął usta w wąską linię i nacisnął klamkę, zapraszając się do środka sam. wszedł i przystaną. lubił fakt, że każdy pokój był przygotowywany pod mieszkańca. on znalazł się w pomieszczeniu pomalowanym na niebiesko. ciężkie brązowe kotary wisiał przy odsłoniętych oknach, których parapety obite były w zamszowy materiał tego samego koloru. na czarnych panelach
rozłożone były białe puchowe dywany. dostrzegł też swoje odbicie w lustrze, stojącym na wprost drzwi i doszedł do wniosku, że wygląda koszmarnie.
następne co dostrzegł, to rozkwitające pąki na gałązkach, które postawione były w oknie. a kwiatki w słoiku, choć nie miały za dużo wody, to otwierały się
pięknie, wraz z wpadającymi do środka promieniami słońca. walizki bruneta były pootwierane, a ubrania wysypywały się z nich jak lawina. wywrócił oczami i podszedł do łóżka.
– Théo – odezwał się i potrząsnął chłopakiem, który tylko chrapnął głośno, mrucząc coś pod nosem. – wstawaj, Monod. nie mamy całego dnia.
w sumie mieli, ale on był raczej perfekcjonistą. o ósmej było śniadanie, a o dziewiątej zaczynały się zajęcia. wczoraj umówili się na siódmą, by pokazać mu choć część zamku, a ten perfidnie spał w najlepsze, podczas gdy on zerwał się z łóżka już dobrą godzinę temu.
warknął niezadowolony i pociągnął za kołdrę, w którą zaplątany był Théo.
chłopak z krótkim okrzykiem spadł na podłogę, po czym wyplątał się z pościeli. powędrował wzrokiem po podłodze i ulokował swoje zielone spojrzenie na twarzy szatyna.
– umówiliśmy się na punkt siódmą – odezwał się Liam. – a jest dziesięć po. masz pięć minut żeby się ogarnąć i w dupie mam jak późno się położyłeś spać.
– w porządku. moment – mruknął w odpowiedzi brunet, podnosząc się z podłogi. szatyn prychnął tylko i odwrócił się na pięcie. wyszedł, trzaskając drzwiami co okazało się błędem. znów poczuł ten okropny ból głowy i jękną niezadowolony.
oparł się o ścianę i westchnął głośno, przymykając powieki. czuł się zmęczony, a przed nim były dwa tygodnie chodzenia jak cień za tym chłopcem.
potem jeszcze przez rok musiał go pilnować. musiał kontrolować jego postępy w nauce oraz stopnie. miał jednak cichą nadzieję, że mimo tego, Alexander pozwoli mu wyruszyć na jakąś misję.
usłyszał stukot obcasów, a gdy podniósł wzrok jego spojrzenie zatrzymał się na ślicznej dziewczynie o delikatnych rysach, brązowych włosach opadających falami na ramiona i błyszczących radością czekoladowych oczach. posłała mu uśmiech, który odwzajemnił odpychając się od ściany. przywitał się z nią cmoknięciem.
– słyszałam, że to ty opiekujesz się tym nowym związanym z ziemią – odezwała się, splatając ręce za plecami.
– eh. tak. uparł się, że albo ja, albo nikt i wyjeżdża – westchnął, przeczesując włosy palcami. – przepraszam. wiem, że to ty miałaś nad nim sprawować opiekę.
– nic nie szkodzi. nie ten to następny – uśmiechnęła się ciepło. – i… Alexander myśli…
– tak. jak to on – przerwał jej, bo doskonale wiedział o co chodzi dziewczynie, po czym odetchnął głęboko. moment potem drzwi otworzyły się szeroko i na korytarz wyszedł brunet, ziewając głośno. przy jego stopach kroczył John, który odruchowo zasyczał na niego. pokazał język zwierzęciu i zwrócił się do Marka.
– to coś – wskazał na fretkę – nie może z tobą iść.
– ale to John. on nie nabroi – zapewnił go Théo.
– idziesz na zajęcia, a nie do swojej kwiaciarni – odparł Liam, spoglądając w zielone oczy.
– oh, co za słodkie i urocze stworzonko – odezwała się przesłodkim głosem dziewczyna, kucając i wyciągając ręce do fretki. to podeszło do niej, obwąchało ją i wskoczyło na dłonie. zaczęła głaskać go po główce.
– hej. jestem Tina Wilson. chciałam cię poznać – przedstawiła się z uśmiechem, po czym zwróciła do Liama. – kompletnie nie nadajesz się na opiekuna, kochany – znów przeniosła wzrok na bruneta. – zabiorę Johna do wschodniego skrzydła. jest tam specjalne miejsce, gdzie zwierzaki domowników mogą się bawić, spać i zjeść podczas nieobecności ich właścicieli. zatroszczę się o twoją fretkę. i o Lokiego też.
puściła oczko szatynowi. odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. obaj odprowadzili ją wzrokiem, po czym spojrzeli na siebie. Payne zerknął na zegarek, po czym westchnął widząc, że nie mają za wiele czasu do śniadania.
– dobra. zaczniemy od podstaw. śniadanie podawane jest o ósmej, obiad o trzynastej, a kolacja o dziewiętnastej w sali jadalnej na parterze – odparł i machnął na szatyna, który zrównał się z nim. on w tym czasie otworzył folder i wyciągnął z niego plan zajęć chłopaka. – o dziewiątej zaczynają się zajęcia. przed obiadem masz przedmioty ogólne. zaczynasz historią druidów. potem anatomia demonów, a na koniec mitologia celtycka. po obiedzie masz zajęcia specjalizujące, czyli związane
bezpośrednio z twoim darem. na początek eliksiry, potem zielarstwo i na koniec podstawy obrony. w tygodniu masz zajęcia teoretyczne, a w soboty zajęcia praktyczne.
– trochę jak w Hogwarcie, co nie? – rzucił Théo, biorąc od Liama plan, który posłał mu chłodne spojrzenie.
– tylko że to nie bajka dla młodzieży, a rzeczywistość – odparł szatyn, prowadząc go na schody. – poza murami Violet Hill czeka na ciebie wiele niebezpieczeństw. ale teraz chodźmy na śniadanie. zamek pokarzę ci przy okazji kolejnych lekcji, bo ktoś nie umiał nastawić budzika.
usłyszał w odpowiedzi prychnięcie. ale zeszli po schodach, na niższy poziom,
po czym skierowali się do Sali Jadalnej, gdzie już szykowano posiłek dla mieszkańców.

sobota, 16 czerwca 2018

10

podniósł głowę, gdy usłyszał jak drzwi się otwierają. szczerze myślał, że Alexander nigdy nie wypuści Théo. a chciał go już odprowadzić do zamku i skoczyć do medyka, co by zerknął na jego plecy oraz nogę. ale przede wszystkim chciał się odświeżyć. wziąć długi prysznic, ogolić się i zdrzemnąć chociaż trochę.
zmarszczył brwi, gdy został na powrót poproszony do gabinetu. podniósł się więc z podłogi i lekko utykając wszedł do środka. zamknął za sobą drzwi i podszedł do biurka. pozwolił sobie rozsiąść się wygodnie na krześle, które jeszcze przed chwilą zajmował Théo. spojrzał w brązowe oczy mężczyzny i zamrugał.
– jak się czujesz, Liam? – zapytał Alexander, a w jego oczach można było dostrzec odrobinę czułości.
– przestań. jesteśmy w pracy – burknął w odpowiedzi szatyn.
– uznam to za tak – stwierdził starszy mężczyzna i wyprostował się na swoim miejscu, sięgając po odpowiedni folder. – nie będę owijał w bawełnę. ten chłopak chcę cię za opiekuna.
– co!? – prawie krzyknął Payne. – chyba żartujesz sobie. wiesz, że nie nadaje się na opiekuna. ja – wskazał na siebie palcem – pracuję w terenie. mam ich tylko tu „dostarczać”, a nie niańczyć jeszcze potem.
– Liam – uspokoił go jednym stanowczym spojrzeniem. – powiedział, że zostanie tutaj, pod tym jednym warunkiem. a my go potrzebujemy.
– przecież jest jak każdy inny – prychnął młodszy mężczyzna, wywracając oczami. – będą kolejni związani z ziemią.
– oboje wiemy, że jest znacznie silniejszy niż mogło by się wydawać… – zaczął Alexander, ale szatyn wpadł mu w słowo. najzwyczajniej w świecie miał dosyć tych przypuszczeń związanych z każdym związanym z ziemią. zawsze kończyły się fiaskiem. miał naprawdę powyżej dziurek w nosie obsesji swojego szefa.
– tak jak poprzedni, którzy kontrolowali moce ziemskie. oni też byli silniejsi niż mogłoby się wydawać – odparł rozzłoszczony i podniósł się z miejsca. podszedł do okien i spojrzał na zamek, który czerwienił się w popołudniowym słońcu, a promienie odbijały się od okien.
– obaj wiemy, że tym razem się nie mylę – odezwał się spokojnie mężczyzna, a Liam przekręcił w jego stronę głowę.
tym razem jednak coś w tym wszystkim było. tyle kwiatów nie widział jeszcze nigdy przy żadnym czystej krwi związanym z ziemią. miał dostęp do wcześniejszych obserwacji Théo i wiedział jak często zdarzały się mu incydenty z roślinami. a poza tym ostatnie wydarzenia. to jak pozbył się demona nie słabnąc przy tym nawet odrobinę. jak wiedział co jest dobre na szybsze zaleczenie siniaków. może i wyglądał na kruchego oraz drobnego, jednak przeczuwał, iż w jego ciele drzemie
potężna moc. takiej jakiej potrzebowali.
– dobra – odwrócił się i podszedł do biurka szefa i wyrwał mu z ręki folder. – ale tylko dwa tygodnie. potem…
– …będziesz chciał z nim zostać z własnej woli – dokończył Alexander i uśmiechnął się do niego. Liam prychnął i skierował się do drzwi. wyszedł na korytarz trzaskając drzwiami. jego tęczówki pojaśniały, a gdy usłyszał ostrzegawcze „Liam” zza drzwi cofnął magię. coś huknęło ale on znów prychną i spiorunował wzrokiem chłopaka, który posłał mu niewinny uśmiech.
– a gdybym się nie zgodził? – warknął.
– ale się zgodziłeś – odparł Théo, uśmiechając się. a jedyne co szatyn wiedział w tej chwili, to fakt, że nienawidzi tego małego krasnala. jego i tej przeklętej fretki o imieniu John.

środa, 13 czerwca 2018

9

Théo spojrzał za Liamem, który wyszedł z pomieszczenia, po czym wrócił wzrokiem do mężczyzny przed nim. dalej usiłował rozpracować sytuację, w której się znalazł, ale żadna ze spotkanych dotychczas osób nie chciała mu tego ułatwić. to stresowało go jeszcze bardziej, ponieważ naprawdę nienawidził nie wiedzieć o co chodzi.
nie wiedząc, co powinien powiedzieć panu Alexandrowi – jak został on przedstawiony – więc zajął się oglądaniem gabinetu i wyłamywaniem własnych, chudych palców. napięcie wzrastało w nim z każdą kolejną chwilą. dodatkowo zauważył, że siedzący w fotelu mężczyzna nie robi absolutnie niczego, żeby zacząć rozmowę. tego było już za wiele.
– po co ja tu właściwie jestem? – wypalił brunet, zaciskając palce na krawędziach podłokietnika. – no bo, kurcze, jest naprawdę wiele pytań na które nadal nie otrzymałem odpowiedzi – westchnął, spuszczając wzrok na swoje stopy, którymi nie dosięgał podłogi.
w oczekiwaniu na jakiekolwiek wyjaśnienia, Théo rozparł się wygodniej na krześle i zaczął machać nogami, wznawiając swoją wędrówkę wzrokiem po ścianach gabinetu. był przestronny i naprawdę ładnie urządzony, ale kompletnie nie w stylu chłopaka, więc zupełnie mu się nie podobał.
– jest pan tutaj, żeby nauczyć się kontrolować swoje moce – zaczął mężczyzna, opierając łokcie na blacie swojego biurka i składając dłonie. – ale jestem pewien, że tę informację otrzymał już pan od Liama, czyż nie? – uniósł brew, a kiedy w odpowiedzi otrzymał niepewne skinięcie głową, kontynuował swoją wypowiedź. – jednak nie jest to jedyny powód, dla którego został pan tutaj sprowadzony.
Monod pokiwał niepewnie głową i skrzyżował nogi w kostkach, nadal lekko nimi bujając. spodziewał się, że zostanie nakarmiony kolejną porcją rewelacji, w które nie uwierzyłby, gdyby nie to, co zobaczył. nie wiedział czy powinien się ich bać, ale czuł strach każdą komórką swojego drobnego ciała.
– sprowadziliśmy tu pana, żeby mieć możliwość zapewnienia odpowiedniej ochrony nie tylko panu, ale także wszystkim ludziom, mieszkającym w promieniu dwóch mil od pańskiego mieszkania – poinformował, odchylając się z powrotem i wygodniej rozpierając na swoim miejscu. – w świecie poza Violet Hill na takich, jak pan, czyha wiele niebezpieczeństw. największym z nich jest Mrok, który stale ekspediuje swoich wysłanników – mówił dalej, nie zwracając uwagi na reakcje
bruneta, który coraz bardziej kulił się na krześle.
Théo zaczekał, aż Alexander na chwilę przerwie wywód, a potem zamknął oczy i przysunął palce do swoich skroni. pomasował je przez moment i zaczął niepewnie rozchylać powieki, usiłując ułożyć w głowie zasłyszane rewelacje. mógł się spodziewać, że napotkane demony nie przysłały się same, ale nie zastanawiał się nad tym głębiej. uznał to za swój pierwszy, poważny błąd.
– czy mogę mówić dalej? – zapytał brązowooki i, nie zaczekawszy na odpowiedź, podjął przerwany wątek. – nie będę zagłębiał się w szczegóły niebezpieczeństwa, ponieważ o nich dowie się pan w czasie zajęć do tego przeznaczonych. przez pierwsze dwa tygodnie, na wyznaczone lekcje będzie pan uczęszczał razem ze swoim opiekunem…
– opiekunem? – brunet zmarszczył brwi, nie przejmując się tym, że jego zachowanie nie jest grzeczne w stosunku do starszego mężczyzny. – po co mi opiekun i kto to będzie? – chłopak odruchowo wychylił się do przodu, patrząc wyczekująco w czekoladowe tęczówki.
szef zabębnił palcami o blat i przesunął się do przodu, żeby otworzyć szufladę po swojej prawej stronie i wyjąć z niej teczkę z aktami. mógł się domyślać, że nowo przybyły będzie bardzo ciekawski, więc zignorował jego postawę.
– w pana przypadku będzie to opiekunka – powiedział, pobieżnie przejrzawszy zgromadzone kartki i podsunął chłopakowi zdjęcie. przedstawiało ono dziewczynę o delikatnej urodzie, brązowych włosach, które opadały na ramiona łagodną falą, i roześmianych, czekoladowych tęczówkach. – Tina Wilson, lat dwadzieścia pięć… – zaczął, jednak Théo znowu mu przerwał.
brunet zacisnął wargi i pokręcił głową. nie chciał, żeby nieznajoma osoba chodziła za nim krok w krok przez najbliższe tygodnie. podejrzewał, że później także nie mógłby się od niej uwolnić, nawet, jeśli starałby się nie wiadomo jak. dlatego zamierzał poprosić o jedyną osobę, której ufał w jakimś stopniu. a właściwie nie poprosić, a zażądać.
– chcę Liama – powiedział bez zawahania, krzyżując ramiona na piersi i unosząc wyżej brodę, żeby sprawić wrażenie pewnego siebie. – zostanę tutaj, ale nie zgadzam się na nikogo innego – dodał, kiedy zaskoczony Alexander nie odpowiedział mu w żaden sposób.
– przykro mi, ale najpierw on musi na to przystać – odparł ostrożnie, wpatrując się uważnie w twarz chłopaka – jednakże muszę pana poinformować, że Liam pracuje w terenie i nigdy nie sprawował roli opiekuna. ciężko będzie go przekonać do tego pomysłu, ale…
– ale jestem pewien, że pan spróbuje – zielonooki zmarszczył brwi i zagryzł wargę, nie wiedząc czy postępuje dobrze, wywierając aż taki nacisk. – mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie mogę być tutaj przetrzymywany wbrew własnej woli. więc albo Payne, albo nikt – stwierdził i postanowił nie odzywać się już ani słowem.
przez następne piętnaście minut, szef organizacji próbował przekonać bruneta do zmiany zdania, jednak za każdym razem spotykał się odmową. najlepsze argumenty zostały odrzucone przez jedno pokręcenie głową. Théo przez cały ten czas zachowywał pokerową twarz, aż w końcu Alexander był zmuszony skapitulować i przystać na postawione warunki.
nie chodziło mu wyłącznie o ocalenie kolejnej jednostki, ale także o moc, jaką owa jednostka dysponuje. od momentu odnalezienia Monoda przeczuwał, jaką potęgę w sobie skrywa. z każdym kolejnym dniem obserwacji tylko się w tym utwierdzał i nie zamierzał rezygnować z przewagi, którą mógł zyskać przy zwerbowaniu go.
– niech tak będzie – oznajmił, podnosząc się ze swojego fotela i wzrokiem nakazał brunetowi zrobienie tego samego. –  o reszcie spraw, o których panu nie powiedziałem, opowie Liam – dodał, ściskając drobną dłoń nowego sprzymierzeńca.
Théo uśmiechnął się zadowolony i wiedząc, że to już koniec rozmowy, ruszył do drzwi. kiedy został poproszony o przysłanie Payne’a, tylko skinął głową i położył dłoń na klamce. po wyjściu z gabinetu, zorientował się, że przez całą drogę na korytarz wstrzymywał oddech, więc wpuścił go powoli.
– teraz chce porozmawiać z tobą – rzucił do alfy, który siedział na zimnej podłodze, oparty plecami o ścianę. – co? mnie nie pytaj, ja tam nie mam pojęcia o co mu chodzi – wzruszył ramionami, udając niewiniątko i sam zajął miejsce na metalowym podłożu, wyjmując Johna z kieszeni, w której ten zdążył się skryć.
nie powiedział już nic, ale w głębi duszy miał nadzieję, że rozmowa nie potrwa długo, ponieważ był nadzwyczaj ciekawy reakcji szatyna. z jednej strony chciał wrócić do londyńskiego mieszkania, ale z drugiej niezwykle fascynowało go to, czego może doświadczyć w nowym miejscu.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

8

ulżyło mu kiedy wjechał w znajomy las. przestał zawracać sobie głowę tym wszystkim co wiązało się z szatynem. nawet otwierające się pąki na drzewach nie wytrąciły go z dobrego nastroju jaki nim zawładną. zostawi tego chłopaka pod opieką Andrew i opiekuna, który zostanie mu przydzielony. potem trochę poprzekomarza się z Zaynem, odpocznie i dostanie kolejną misję. zapomni o Monodzie.
las powoli przerzedził się i wyjechali na brukowaną ulicę. ich oczom ukazał się rozległy zamek, otoczony murami. kątem oka zerknął na bruneta, którego oczy otworzyły się szeroko. kąciki jego ust drgnęły mimowolnie. każdy nowy reagował tak samo.
przejechali przez główną bramę, wjeżdżając na plac dolnego miasta. Liam zaparkował przed budynkiem, który w czasach wiktoriański uszedłby za ratusz. dziś jednak była to siedziba ISMIO. wysiadł z samochodu i pozwolił młodszemu chłopakowi zadrzeć głowę i spojrzeć na piętrzący się nad nimi zamek, który mienił się czerwienią w świetle po południowego słońca, a od grafitowych płytek na dachach oraz wieżyczkach odbijały się promienie.
– tam będziesz mieszkał i trenował swoją magię – odezwał się, stając przy boku chłopaka. – razem ze swoim opiekunem oraz innym potomkami Druidów.
– też tam mieszkasz? – spytał Monod, przenosząc zielone tęczówki na niego.
– nie. zamek jest przeznaczony tylko dla was – odparł, wciskając ręce w kieszenie swojej kurtki. – szpiedzy i reszta sztabu mieszkają tutaj, w dolnym mieście. a teraz chodź.
– a moje rzeczy? – spytał brunet, a on zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na niego.
– nie bój się o nie. ktoś zabierze je do twojego pokoju w zamku. zapewne już przygotowano dla ciebie coś odpowiedniego – zapewnił go i skinął na niego głową.
przeszli przez ruchome drzwi i zatrzymali się przed kolejnymi.
– proszę wprowadzić kod, a następnie przysunąć się bliżej – zakomunikował delikatny, kobiecy głos. Liam wprowadził szereg cyfr na panelu, po czym przysuną się bliżej. Théo wychylił się zaciekawiony i zobaczył jak czerwony laser prześlizguje się po oku mężczyzny. poczuł się trochę jak w filmie o szpiegach czy Bondzie. moment potem jednak przypomniał sobie, że szatyn jest szpiegiem.
– skan zakończony powodzeniem – odezwała się kobieta i usłyszeli jak coś przeskoczyło. – witamy z powrotem, panie Payne.
drzwi rozsunęły się i Liam gestem poprosił by Théo wszedł pierwszy, minął go więc, a on wszedł zaraz za nim, zostawiając młodszego chłopaka na środku, eleganckiego i nowoczesnego holu. może i budynek wyglądał na wiktoriański, ale wnętrze było niczym wyciągnięte z katalogu.
podszedł do recepcji i uśmiechnął się do blondyna siedzącego za ladą. odwzajemnił jego ges i uważnie mu się przyjrzał. on nie został mu dłużny.
– widzę nowy kolor, Dean – zwrócił się do niego, wskazując na włosy. – ten naprawdę mi się podoba.
– hej – zawołał oburzony, poprawiając loki, na co posłał mu buziaka w powietrzu.
– zawiadom szefa, że jestem – poprosił, opierając się łokciem o blat i spoglądając na chłopaka, który w rękach trzymał swojego zwierzaka. – hej!
brunet spojrzał na niego i podszedł stając przy nim. chłopak za ladą spojrzał na niego, sięgając po słuchawkę telefonu i wykręcając wewnętrzny numer. posłał znaczące spojrzenie Liamowi, który tylko wywrócił oczami, wiedząc co chodzi po głowie, jego przyjacielowi. uwielbiał Deana, ale fakt, że próbował go zeswatać z każdą omegą jaka się nawinęła, trochę go drażnił.
– dzień dobry, szefie. Pan Payne już jest – oświadczył do słuchawki i na moment zamilkł. – tak. dobrze – odłożył słuchawkę i spojrzał na nich. – Pan Alexander chce was widzieć.
– dzięki, słonko – rzucił szatyn i pociągnął Théo w stronę przeszklonej windy. nacisnął guzik i znów schował dłonie w kieszenie.
– kim jest pan Alexander? – spytał Théo, a winda dała znać, że przyjechała, więc wsiedli do niej.
– to szef ISMIO i dyrektor zamku – wyjaśnił Liam, naciskając guzik z numerem trzy. w ciszy wjechali na piętro, po czym skierowali się do drzwi na końcu. zapukał w charakterystyczny dla siebie sposób, a gdy usłyszał zaproszenie, nacisnął klamkę i wszedł pierwszy.
Gabinet Alexandra był przestronny i urządzony w minimalistyczny sposób. na wprost drzwi znajdowały się duże okna, pod którymi stała kremowa kanapa, a przy niej czarny stolik. na ścianie po lewej wisiał ogromny telewizor plazmowy, w którym właśnie leciały wiadomości ze świata. ścianę po prawej pokrywała biblioteczka, a przednią ustawione było czarne biurko. to za nim siedział
barczysty mężczyzna. miał na sobie szary sweter, a na opalonej twarzy pojawiały się pierwsze zmarszczki. w ciemnych włosach również można było dostrzec oznaki starzenia – pierwsze siwe włosy. nikt jednak nie odważył się zwrócić na to uwagi.
brązowe oczy mężczyzny, zerknęły na nich znad dokumentów, po czym wrócił
do nich. pospiesznie je uporządkował i zamknął teczkę.
– proszę bliżej – odparł. Liam skinął głową brunetowi, który niepewnie ruszył w stronę krzeseł stojących przed biurkiem. usiadł na jednym z nich pozwalając fretce przysiąść na swoich kolanach. Liam natomiast ułożył łokieć na oparciu, przenosząc ciężar ciała na zdrową nogę.
– niezmiernie się cieszę, że dotarliście cali, bo zdrowi to niekoniecznie – mężczyzna znacząco spojrzał na Payne’a, który wyszczerzył proste zęby w uśmiechu.
– w każdym bądź razie. witam w Violet Hill, panie Monod. to miejsce, w którym poczuje się pan jak w domu.
– chcę wrócić do Londynu – wtrącił Théo. – tam poczuję się jak w domu. tam są moi przyjaciele.
– to trudny przypadek – westchnął Liam, na co mężczyzna cmokną.
– panie Monod, rozumiem że jest pan zdezorientowany i trochę przerażony tym co się dzieje dookoła, ale zapewniam pana, iż wszystko co robimy, robimy dla pana bezpieczeństwa – wyjaśnił Alexander, stykając ze sobą czubki palców.
– nie chcę tu być – rzucił chłopak. – no dobrze. może to miejsce jest niesamowite, ale nie chcę tu mieszkać.
– Liam. zaczekaj proszę przed moim gabinetem – stwierdził pan Alexander, patrząc w zielone oczy. – muszę bardzo poważnie porozmawiać z panem Monodem.
szatyn zawahał się przez krótką chwilę, ale w końcu wyszedł z gabinetu, zamykając za sobą cicho drzwi. oparł się o ścianę, po której zjechał i odchylił głowę do tyłu. westchnął, sięgnął po telefon i wysłał swojemu przyjacielowi smsa.

do: Zayn xx
potrzebuję wyjść na drinka. dziś wieczorem?
4:43 PM, 22 Mar

środa, 6 czerwca 2018

7

Théo nie zmrużył oka przez pół nocy, na przemian siedząc na łóżku czy parapecie i krążąc po niewielkim pokoju. jego spojrzenie wodziło od Liama, pogrążonego w głębokim śnie, którego wyraźnie potrzebował, do samochodu stojącego na zewnątrz. kilka razy brunet miał ochotę zostawić mężczyznę samego i po prostu wrócić do Londynu, ale prawda była taka, że za bardzo się bał. nie tylko demonów, ale i mocy, jaka w nim drzemała. wcześniej nie wierzył w słowa towarzyszącego mu mężczyzny, jednak powoli zaczął dopuszczać je do świadomości. od dnia osiemnastych urodzin zdarzały mu się różne wypadki związane z roślinami, które po prostu wymykały się spod kontroli. wcześniej nie miał takiego problemu, bo nawet nie interesował się kwiatami. owa fascynacja zrodziła się w nim naprawdę niespodziewanie.
brunet westchnął cicho i spojrzał przez okno na pomarańczowe niebo nad pagórkami, które stopniowo przechodziło w różowe, a następnie w niebieskie. chmury płynęły po nim leniwie, przysłaniając wschodzące słońce. ranek mógł oznaczać tylko jedno. że kiedy tylko Payne się obudzi, będą ruszali w dalszą drogę, więc – chcąc, nie
chcąc – Théo zrzucił tenisówki oraz spodnie, a potem wsunął się pod kołdrę. usnął w kilka minut po tym, jak jego głowa zetknęła się z miękką poduszką.
kilka godzin później, chłopak zmarszczył lekko nos i otworzył oczy, ale zaraz
zmrużył je, chroniąc źrenice przed promieniami porannego słońca. wydawało mu się,
że usnął zaledwie na pięć minut, ale zegar na ścianie wyraźnie wskazywał na siódmą rano, a przecież poszedł spać chwilę po czwartej.
– dzień dobry – powiedział cicho do Liama, siedzącego na parapecie przy oknie i wygrzebał się niechętnie z pościeli.
po otrzymaniu odpowiedzi w formie krótkiego skinienia głową, Théo westchnął cicho i zabrał swoje rzeczy, a następnie umknął do klaustrofobicznej łazienki. nie chciał już więcej denerwować swojego kompana, także ze względu na rany, jakie odniósł broniąc go dwukrotnie, więc wziął szybki prysznic i przebrał się w czyste ubrania. najwyraźniej brązowooki poszedł po nie, kiedy się obudził.
odświeżony i rozbudzony, choć nadal niewyspany, opuścił pomieszczenie wyłożone płytkami i rzucił spojrzenie Liamowi. na dłużej zatrzymał je na opalonych plecach mężczyzny, które teraz pokrywały liczne siniaki. wszystkie wyglądały na świeże, ale nie było się czemu dziwić, skoro przeżył dwa bolesne upadki.
– babka – wyrwało się nagle chłopakowi, który uniósł wzrok i napotkał równie zaskoczone spojrzenie szatyna. – no taka roślina. robi się z niej okłady na siniaki – wyjaśnił i zaraz zmarszczył brwi. – ale skąd ja to wiem?
brązowooki wzruszył ramionami w odpowiedzi i wyrzucił przez okno niedopałek papierosa, który Théo dostrzegł dopiero teraz. odruchowo skrzywił się na ten widok, ale nic nie powiedział, zajmując się założeniem swoich znoszonych tenisówek.
– myślisz, że mógłbym sprawić, żeby tu wyrosła? – zapytał brunet, przysiadając na podłodze z plecami opartymi o ramę łóżka. – zrobiłbym ci te okłady, żeby tak nie bolało – dodał, rozpierając się wygodniej i układając dłonie równo na kolanach.
– później, teraz musimy się spieszyć – odpowiedział szybko Liam, machając
ręką na jego propozycję. – jesteś gotowy? – podał niższemu czarną bluzę i zaczekał,
aż ten naciągnie ją na swoje ramiona.
spojrzeli po sobie i zebrali swoje rzeczy oraz, w przypadku Théo, zwierzęta, a potem zgodnie ruszyli do drzwi. pierwszy wyszedł Liam i na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła. kiedy upewnił się, że jest bezpiecznie, złapał chłopaka za ramię i pociągnął za sobą w kierunku schodów. po uregulowaniu
rachunku w recepcji i zajęciu miejsca kierowcy, odetchnął z wyraźną ulgą.
Théo bez słowa usiadł na tylnej kanapie i pozbierał leżące dookoła papiery, kilkakrotnie napotykając się na swoje imię, nazwisko czy zdjęcie. na każdej fotografii wyszedł okropnie, w swoim mniemaniu, ale nie skomentował tego. po wsunięciu dokumentów do teczki, którą także znalazł, ułożył się wygodnie i podkurczył nogi, mając nadzieję, że uda mu się pospać chociaż trochę. monotonne dźwięki silnika oraz cicha muzyka, płynąca z radia sprawiły, że brunet zaczął odczuwać senność. już prawie spał, ale John miał zupełnie inne plany. wyspany i gotowy do zabawy, zaczął zaczepiać swojego właściciela, trącając łebkiem jego dłoń oraz nos. kiedy to nie przyniosło skutku, wsunął się pod luźną koszulkę i przebiegł zimnymi łapkami po rozgrzanym brzuchu Théo, na co ten zareagował piskiem i usiadł niechętnie.
– jak ja nienawidzę tego zwierzaka – wymamrotał do siebie, wywołując delikatny uśmiech na ustach prowadzącego Liama. – mogłem cię sprzedać, ty zarazo – burknął, patrząc na fretkę z niezadowoleniem i przeszedł na przednie siedzenie, od razu przypinając się pasem.
– żałujesz, że nie rzuciłem w niego sztyletem? – zapytał Payne z nutą zadowolenia, pobrzmiewającą w głosie. – dobra, nie pytałem – wywrócił oczami, kiedy napotkał nieprzychylne spojrzenie i skupił się na drodze.
Théo westchnął cicho i zaczął bawić się z rozbrykanym Johnem, który raz na jakiś czas syczał na Liama. owe odgłosy momentalnie wywoływały uśmiech na twarzy zaspanego Théo. tym razem kąciki ust pozostawały w górze znacznie dłużej niż poprzedniego dnia. przynajmniej do momentu, kiedy samochód wjechał między wysokie drzewa i zaczął jechać krętymi uliczkami.
jedno spojrzenie rzucone na minę szatyna wystarczyło, by zielonooki zorientował się, że zbliżają się do celu długiej podróży.

piątek, 1 czerwca 2018

6

zmierzchało, kiedy siedzieli przy stoliku w jakimś podrzędnym barze. Liam grzebał widelcem w swoim talerzu, uważnie przyglądając się jak jego towarzysz pochłania kolejną porcję ryby z frytkami. przez chwilę zastanawiał się, gdzie ten mały człowieczek mieści to w sobie, bo nie ukrywajmy; brunet był niższy od niego o głowę, drobniejszy i szczuplejszy, a pochłaniał takie ilości jedzenia, jakby wykarmiał małą armię w swoim żołądku.
– gdybyś się tak długo nie pakował, bylibyśmy na miejscu – odezwał się, w końcu biorąc się za swoją porcję. zielone tęczówki spojrzały na niego. – no co? taka prawda. jakbyśmy wyjechali z samego rana to teraz bylibyśmy w Kornwalii.
– po co jedziesz taką okrężną drogą? – zapytał z nutą ironii Théo.
– och. czyli rozumiem, że chcesz, by rozszarpała cię chmara rozwścieczonych demonów? – odgryzł się Payne, na co chłopak prychnął i wrócił do swojego posiłku. szatyn podniósł się i podszedł do baru.
– chcę uregulować rachunek – odparł, sięgając do portfela. rudy mężczyzna za ladą zaczął wstukiwać wszystko na kasę, a on rozejrzał się po wnętrzu. poza nim było tu dwóch mężczyzn siedzących w kącie. mieli szpakowate twarze i okropnie przetłuszczone mysie włosy. obaj przyglądali mu się uważnie znad swoich kufli piwa i Liam wiedział co to za jedni.
– to będzie piętnaście funtów sześćdziesiąt osiem centów – odezwał się właściciel baru. szatyn sięgnął do portfela, z którego wyciągną dwudziestofuntowy banknot i położył na ladzie.
– powiedz mi. często mieszasz gości o tej porze? – spytał, wciąż trzymając palce na banknocie, jednocześnie pokazując swoją legitymacje. rudy mężczyzna spojrzał najpierw na nią, potem na niego po czym dodał półszeptem.
– wiesz. nieczęsto. zazwyczaj jacyś przejezdni jak wy... – wyznał.
a tamci dwaj w kącie? – dopytywał Payne.
– siedzą tu od kilku godzin. ale dopiero na wasz widok się ruszyli – odpowiedział mężczyzna. – wcześniej tylko wpatrywali się w stolik.
Liam puścił banknot i dołożył jeszcze dwa o tym samym nominale.
– nie widziałeś mnie, ani mojego kolegi, jasne? – odparł, posyłając mu spojrzenie.
– ty tu jesteś szefem – odparł rudzielec, patrząc na banknoty, jak na świętość, a Liam pomyślał, że wystarczyło by po dziesiątce od każdego. najwyraźniej obrót był niewielki i liczył się każdy grosz. szatyn wywrócił oczyma i wrócił na swoje miejsce, siadając naprzeciwko bruneta. zerknął znad oparcia na mężczyzn i wiedział, że będą kłopoty. musieli ich minąć by wyjść z baru.
– jestem pełny – oznajmił Théo, zwracając tym samym jego uwagę.
– świetnie. to się zbieramy. na przeciwko jest motel – wyznał, podnosząc się z miejsca i ruszając przodem. brunet szedł za nim, ziewając głośno, a biała fretka wyskoczyła z kieszonki i owinęła się wokół jego szyi.
podnieśli się ze swoich miejsc, na co Liam powoli sięgnął za pasek, zaciskając palce na sztylecie. oczy gości pociemniały, a moment potem z ust wydobył się skrzek. Liam ruszył na nich z zaciętym wyrazem twarzy, pozostawiając chłopaka w osłupieniu.
zamachnął się, ale oba demony odskoczyły. rozjaśnił więc tęczówki, a rzędy kufli poszybowały na nich, roztrzaskując się na głowach. to nie było jednak dobre posunięcie, bo oba potwory rozzłościły się jeszcze bardziej, ukazując długie szpony i rzucając się na szatyna.
sztylet wyśliznął mu się z dłoni i z brzdękiem upadł na podłogę, kiedy demony rzuciły nim na pobliski stolik. mocno zacisnął usta, czując przeszywający ból w plecach. tego było już za wiele. co ten chłopak miał, że wszystkie do niego lgnęły?
podciągnął się na łokciach, ale jeden z nich zdążył wbić swoje szpony w jego łydkę. zawył z bólu, czując piekący ból. przywołał swoją magię i machnął dłonią, a sztylet który mu wypadł wbił się prosto w serce demona. rozsypał się w popiół, ale jego miejsce zaraz zajął ten drugi. mocno zacisnął usta, zsuwając się ze stołu i chwytając w palce swoją broń. jakież było jego zaskoczenie, kiedy pod jego stopami przemknęły zielone pnącza, które owinęły się wokół kostek demona i zaczęły wspinać w górę. zacisnęły się wokół brzucha potwora, a na końcu jednego z nich pojawił się gigantyczny kolec, który przebił serce napastnika. rozsypał się on w popiół.
Liam wypuścił drżący oddech i odwrócił się w stronę bruneta, który przyglądał się swoim dłonią, z przerażeniem wymalowanym na twarzy. podniósł na niego swoje zielone spojrzenie.
– ja... nie wiem... – wydukał Théo, a on chwycił go za nadgarstek i pociągnął do wyjścia.
– nie ważne jak. ważne, że pozbyłeś się go – rzucił, lekko utykając na prawą nogę. chłodne powietrze owiało jego twarz, sprawiając że poczuł ulgę na zmęczonej buzi. pociągnął chłopaka do motelu po przeciwnej stronie i przyklejając uśmiech na twarz wszedł do recepcji, starając się normalnie chodzić.
– dobry wieczór – przywitał się z ponurą kobietą za ladą. – jest może wolna dwójka? chcielibyśmy wynająć na jedną noc.
kobieta odwróciła się i zdjęła z haczyka, kluczyk z numerem pięć. położyła go na ladzie i odezwała się.
– piętro wyżej, na końcu korytarza. płatność przy wyjeździe – rzuciła, na co Liam poszerzył uśmiech, który zniknął, gdy tylko odwrócił się od lady. wspiął się po schodach, doczłapał do drzwi, które otworzył i puścił Théo przodem. ten wszedł do środka, a on za nim, trzaskając drzwiami.
– z żadnym, w całej mojej karierze nie miałem takich problemów jak z tobą – wybuchnął, kierując się do szafki nocnej, z której wygrzebał apteczkę. – nie wiem co jest nie tak, ale lgną do ciebie jak ćmy do światła.
– o ile pamiętam, to nie miałem ochoty ruszać się z domu – odgryzł się brunet, rzucając swoją torbę na drugie łóżko. – sam mnie wyciągnąłeś z mieszkania.
– w którym prędzej czy później byś zginął. gdybyś się tak nie guzdrał przy pakowaniu, bylibyśmy bezpieczni w mieście – warknął Liam, podciągając nogawkę spodni i ukazując wgłębienia po szponach demonów. skrzywił się na ten widok i sięgnął po wodę utlenioną. odkręcił ją i wylał połowę na rany. warknął, zaciskając mocno szczęki.
– będziesz mi to wypominał do końca życia? – zapytał Théo, biorąc od niego butelkę i siadając na podłodze przy jego nodze. wziął z materaca apteczkę i przetarł rany wacikami.
– może – mruknął Payne w odpowiedzi, opadając na materac. był wykończony, wszystko go bolało, a noga rwała jak cholera. jednak delikatny dotyk dłoni omego ulżył mu w dziwny sposób, gdy owijał bandażem jego łydkę.
– potrzebuję odpocząć – mruknął na pół przytomny. – tylko kilka godzin.
sam nie wiedział kiedy powieki mu opadły i zasnął.