poniedziałek, 3 września 2018

34

blade obłoki przykryły częściowo wschodzące słońce, pozwalając jedynie cienkim promieniom przedrzeć się przez siebie i rozświetlić przyrodę, budzącą się do życia. w niemal wszystkich pokojach, uczniowie, ich opiekunowie oraz pupile spali spokojnie, ciesząc się wolnym dniem. jedyną osobą, która zwlekła się z łóżka wraz z nadejściem poranka był Théo. tę noc spędził w sypialni Liama, jednak wolał zniknąć stamtąd stosunkowo szybko.
brunet siedział nad książkami do później nocy, przeglądając wszystkie możliwe przepisy. próbował także wymyślić coś swojego, bazując jedynie na dostępnych informacjach o zastosowaniach roślin. mimo wszelkich starań, wszystkie próby spełzły na niczym, a zrezygnowany chłopak położył się spać. jednakże nie mógł zmrużyć oka przez dłuższy czas, więc zawitał do pokoju opiekuna i dopiero tam zyskał zasłużony odpoczynek.
po śniadaniu, zjedzonym na biegu i popitym mocną kawą, francuz wrócił do swojego pokoju i posprzątał go z nadzieją, że przyniesie to jakieś efekty. rozrzucone dookoła ubrania zostały wciśnięte do kosza na brudy lub do dużej szafy. chwilowo niepotrzebne książki trafiły na regał, a kurz zniknął ze wszystkich powierzchni.
– John? chcesz mi pomóc? – zapytał brunet, spoglądając na swojego zwierzaka, który stanął jak wryty i czym prędzej pognał w stronę uchylonych drzwi. – ty mały zdrajco! – pisnął donośnie Théo, zaciskając dłonie w pięści i tupiąc nogą. – tylko masz mi wrócić przed dwudziestą drugą! – wrzasnął jeszcze, wyglądając na korytarz. – diabelskie nasienie – stwierdził cicho i ruszył w stronę łazienki.
poranna toaleta zajęła mu dużo więcej czasu niż zwykle, ponieważ po krótkim prysznicu wziął jeszcze aromatyczną kąpiel. dodał do wody kilka kropel olejku waniliowego i zanurzył się w niej po samą brodę. usprawiedliwiał się tym, że potrzebuje relaksu, żeby móc znowu trzeźwo myśleć. chociaż nie chodziło tylko o to – jego umęczone ciało wręcz krzyczało o chwilę odpoczynku.
wyszedłszy z przyjemnej kąpieli, chłopak wytarł się puszystym ręcznikiem, który przerzucił niedbale przez krawędź umywalki. wkrótce potem na jego szersze biodra wsunęła się czysta bielizna oraz luźne, jasnoszare spodnie, które znalazł wcześniej na dnie szafy. zaparowane pomieszczenie opuścił z nagą klatką piersiową, na którą naciągnął bawełnianą koszulkę.
– no to bierzmy się do roboty – powiedział do siebie, krzyżując w kostkach swoje nagie stopy i przyciągnął bliżej tom, który przeglądał jako ostatni poprzedniego wieczora. – eukaliptus gałkowy. z młodych gałązek wytwarza się olejek eukaliptusowy… wykorzystywany w lecznictwie oraz perf… to są jakieś bzdury – jęknął, oburzony Monod i odsunął od siebie ciężką książkę. zrezygnowany chłopak oparł łokcie na krawędzi biurka i wsunął smukłe palce pomiędzy swoje wilgotne kosmyki. od intensywnego myślenia zaczynała boleć go głowa, a żołądek skręcał się z nerwów, za każdym razem, kiedy odkładał na bok kolejną pozycję nie znalazłszy w niej absolutnie nic. a przecież obiecał Louisowi, że spróbuje pomóc w jakiś sposób, żeby ulżyć Zaynowi w męczarniach, które za pewne
przechodził.
Théo nie przyznał tego przed nikim, nawet przed samym sobą, ale robił to także dla swojego opiekuna. odkąd zobaczył, jak bardzo martwi go stan przyjaciela, poprzysiągł sobie w duchu, że zrobi wszystko, by Liam przestał się obwiniać. złożył kolejną obietnicę, chociaż wcale nie musiał tego robić – nikt go przecież nie poprosił.
kilka minut później, gdy brunet ponownie zagłębił się w lekturze, drzwi pokoju uchyliły się i do środka wsunął się Payne. tak, jak zazwyczaj, jego umięśniony tors i ramiona opinała bawełniana koszulka, mająca kolor biały. ciemne dżinsy zsuwały się z jego wąskich bioder, a nogawki znikały w wysokich, czarnych butach. ramiona mężczyzny opinała skórzana kurtka, którą zostawił rozpiętą, by wyeksponować pozostałe części ubioru.
zielonooki zamarł na chwilę i rozchylił usta, napawając się tym widokiem. prawdopodobnie mógłby tak na niego patrzeć już zawsze, jednak szybko został wyrwany z otępienia. przez krótkie chrząknięcie szatyna, spoglądającego na niego niecierpliwie.
– wyszedłeś, zanim zdążyłem się obudzić – wypomniał mu opiekun, opierając się lekko o krawędź biurka. – powinienem ci to wybaczyć? – zapytał, unosząc wyżej jedną brew i uśmiechnął się słabo, udzielając odpowiedzi samemu sobie. – przyszedłbym wcześniej, ale zagadałem się z Louisem – przyznał po dłuższej chwili milczenia, przerywanej nerwowym stukaniem skuwką o drewno.
– w porządku, i tak byłem trochę zajęty – odparł Théo z westchnieniem, przesuwając wzrokiem po licznych papierach, rozrzuconych na całej powierzchni sporego blatu. – próbuję pomóc, ale naprawdę nie umiem – szepnął, zaciskając drobne palce na zielonym długopisie.
Liam pokiwał głową ze zrozumieniem i odepchnął się od blatu, zagryzając dolną wargę. zanim któryś z nich zdążył się zorientować w sytuacji, siedzieli obok siebie na miękkim materacu, obejmując się nawzajem. szatyn przesunął dłonią po ramieniu młodszego i uśmiechnął się pod nosem, kiedy ten przytulił buzię do jego szyi i połaskotał ją swoim delikatnym oddechem.
brunet przymknął powieki i rozluźnił się w ramionach swojego opiekuna, na moment wyciszając swoje zmysły. od kilku dni pracował na podwyższonych obrotach, próbując zająć się wszystkim, byle nie myśleć o Liamie. kiedy wrócił, uspokoił się częściowo, ale zaraz nadeszło kolejne zmartwienie.
– mam coś dla ciebie. w sumie to coś twojego – powiedział cicho Payne, swym tajemniczym głosem zmuszając młodszego do odsunięcia się i rozchylenia sklejonych powiek. – nie zezłościsz się, że myszkowałem ci w mieszkaniu? – upewnił się, zanim wysunął z kieszeni małe zawiniątko. – proszę – szepnął na koniec i położył przedmiot na chłodnej dłoni Théo.
chłopak zmarszczył lekko brwi i pospiesznie rozsunął kawałki materiału. jego oczy rozszerzyły się momentalnie do rozmiarów monety pięciopensowej, kiedy ukazał się im zegarek. i to nie byle jaki, bo ten, który wcześniej należał do jego dziadka.
dostał go, gdy mężczyzna, będący już w podeszłym wieku, zabrał go na długi spacer po zielonej łące. było to za czasów, kiedy Théo mieszkał we Francji razem z cała swoją rodziną. Théo pamiętał, że tamtego dnia słońce świeciło, jakby jaśniej niż zwykle, a dziadek Tom opowiadał mu historie o celtach. na tamto wspomnienie, na pełnych wargach wkradł się delikatny uśmiech, a w oczach zabłyszczały kryształowe łzy.
– dz–dziękuję – wyszeptał, drżącym głosem i złożył delikatny pocałunek na szorstkim policzku brązowookiego.
kciuk Monoda przesunął się po znajomym grawerunku, przedstawiającym inicjały zmarłego dziadka oraz rysunek aloesu. w tym samym momencie chłopak zamarł i wstrzymał na chwilę oddech. przez ten cały czas znajdował się o krok od odpowiedzi, a nazwa rośliny kilkakrotnie przewinęła się w czytanych fragmentach.
– bingo – mruknął pod nosem brunet i uśmiechnął się niemal szatańsko, podrywając do góry, by odtańczyć kilkusekundowy taniec radości. – chodź, pomożesz mi, bo jest sporo do zrobienia – rzucił jeszcze, zaciskając zimne palce na nadgarstku swojego opiekuna i dopadł do biurka, by pospiesznie przewertować jeden z tomów.
odnalazłszy odpowiedni fragment, zielonooki przeczytał go pospiesznie i zatrzasnął książkę. chwilę później znajdował się na drugim końcu pokoju i wyjmował z szuflad różne fiolki oraz szalki. w jego głowie powoli tworzył się przepis na lek, potrzebny w zaistniałej sytuacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz