od samego rana, atmosfera w całym zamku była ponura, a zwykle głośną salę jadalną, wypełniały tylko niechętne pomruki. krążyły pogłoski o jednym z opiekunów, który wrócił kilka godzin wcześniej i to w naprawdę beznadziejnym stanie. jedni twierdzili, że do Violet Hill jakimś cudem wkradł się demon, a inni, że rany są wynikiem nieudolności w walce z wysłannikiem mroku. jednakże większość opowieści była zmyślona lub przeinaczona, co nie było niczym dziwnym przy tak dużej liczbie osób.
Théo, siedzący w kącie pomieszczenia, razem z Niallem, rozglądał się dookoła z nadzieją, że zobaczy Liama. kiedy tylko usłyszał o rannym opiekunie, nieprzyjemne uczucie ścisnęło jego serce, ponieważ nieznane było imię owego mężczyzny. czyli mógł być nim Payne.
– ja nie wytrzymam tej bezczynności – sapnął chłopak, podnosząc się gwałtownie z krzesła, które przewróciło się i z głuchym hukiem uderzyło o posadzkę. – idę się dowiedzieć, o kogo chodzi i co się stało, zanim tutaj zwariuję – warknął, łapiąc przyjaciela za nadgarstek i zdecydowanym ruchem pociągnął go w stronę wyjścia.
blondyn wywrócił oczami w odpowiedzi i w ostatniej chwili chwycił jedną z kanapek, leżących na talerzu. chciał ją od razu skonsumować, ale powstrzymał się, widząc niebieskie tęczówki, ciskające w niego pioruny. na początku nie odpowiedział nic, wzruszając lekceważąco ramionami, na widok niezadowolonej miny.
– słuchaj, co cię tak nosi? – zapytał, mierzwiąc długimi palcami swoje blond kosmyki, oklapnięte bardziej niż zwykle. – nie sądzisz chyba, że chodzi o… och, okej. sądzisz – westchnął ciężko i, chcąc nie chcąc, podążył za niższym chłopakiem.
zielonooki spuścił głowę i wcisnął pięści do kieszeni spodni, próbując nie wybuchnąć. z jednej strony, poczułby ulgę, gdyby okazało się, że to nie jego opiekun, jednak z drugiej... cała ta sprawa wydawała mu się podejrzana. przecież takie rzeczy nie mogły się dziać po raz pierwszy. więc dlaczego panowała taka, a nie inna atmosfera? brunet zagryzł dolną wargę i rozejrzał się po pustym korytarzu, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zaniepokojony się stał.
zastanowiwszy się nad kierunkiem „spaceru” po korytarzach, Théo wypchnął policzek językiem i wzniósł oczy ku niebu. nie miał pojęcia jakim cudem miał się dowiedzieć, kto został zraniony, skoro nie wiedział gdzie go szukać. z tego, co wiedział, ranni przebywali zazwyczaj w swoich sypialniach, które były odpowiednio przygotowywane, jako miejsce odpoczynku chorego.
– dobra. czekaj tutaj, zaraz coś wykombinuję – mruknął pod nosem, zerkając spod grzywki na rozbawionego Nialla. – no nie patrz tak! to był impuls. zestresowałem się… – przyznał, także przed samym sobą, a jego serce znowu zacisnęło się w piersi. bo co, gdyby jego przeczucia okazały się trafne?
niebieskooki pokręcił głową z niedowierzaniem i trącił niższego ramieniem, a potem ruszył do swojego pokoju, nie reagując na krzyki. jasne, rozpierała go ciekawość, o kogo chodzi w tych wszystkich plotkach, ale uznał, że paniką czy domysłami, w niczym nie pomoże. a właściwie nawet zaszkodzi.
Théo zmarszczył brwi z niezadowoleniem i wyszedł przed zamek, gdzie za dwie godziny miał odbyć kolejne zajęcia z podstaw obrony. uznawszy, że ma jeszcze dużo czasu, przysiadł na jednym z kamieni i zapatrzył się na zieloną trawę. nim się zorientował, przy jego stopach wykwitły białe kwiaty, kołyszące się radośnie na wietrze. uśmiechając się pod nosem, chłopak ześlizgnął się z głazu i szybko zerwał roślinki, układając je w niewielki bukiet.
kiedy Théo podniósł się z kolan i rzucił szybkie spojrzenie na okna zamku, dostrzegł coś, co nie było widoczne w środku. w jednym z pokoi, znajdowało się coś, przypominające kroplówkę czy inny tego rodzaju sprzęt. zaniepokojony tym odkryciem, szybko policzył okna i wrócił z powrotem do budowli. jego serce kołatało w piersi, wybijając nierównomierny rytm i nie uspokoiło się ani na chwilę, kiedy szedł zimnymi korytarzami. gdy stanął przed – jak mu się wydawało – odpowiednimi drzwiami, zapukał niepewnie i wszedł, usłyszawszy ciche „proszę”.
– hej – szepnął brunet, wsuwając się do sypialni i przesunął wzrokiem po postaci, leżącej na materacu.
nic więcej nie zdążył powiedzieć, ponieważ jego gardło zacisnęło się, a w oczach stanęły łzy. pośród pościeli leżała znajoma mu osoba, która wyglądała naprawdę źle, jeśli miał to oceniać. ciemne cienie pod oczami i płytkie oddechy na pewno nie świadczyły o dobrym stanie mężczyzny, którego Théo zdążył już polubić.
– j–jak on się czuje? – zapytał niepewnie, zbliżając się do łóżka i przesuwając spojrzeniem po twarzy Zayna, pogrążonego w śnie. – wydobrzeje – stwierdził, kucając obok Louisa, który także nie wyglądał kwitnąco. – hej, na pewno nie chce widzieć, jak się smucisz – powiedział cicho, posyłając szatynowi pokrzepiający uśmiech, na co ten po prostu zgromił go spojrzeniem i mocniej zacisnął palce na bezwładnej dłoni swojego opiekuna.
Théo wypuścił z ust cichutkie westchnienie i podniósł się z kucek, a potem na palcach przeszedł do łazienki. znalazł tam niewielki pojemniczek, który napełnił wodą. wsunął do niego, przygotowany wcześniej, bukiet i położył go na parapecie, ożywiając nieco pomieszczenie.
nie mając najmniejszego zamiaru zostawiać obu osób w takim stanie, Théo usadowił się pod ścianą i zaczął bawić swoimi palcami. spod grzywki nieustannie obserwował poczynania Louisa oraz stan Zayna, który nie poprawił się w tak krótkim czasie.
– myślisz, że mógłbyś mu jakoś pomóc? – nagle w pomieszczeniu rozległ się zachrypnięty głos, a wciąż zaszklone tęczówki wbiły w chłopaka palące spojrzenie. – Théo, proszę cię. czy mógłbyś mu jakoś pomóc? – powtórzył błagalnie Tomlinson, wprawiając chłopaka w osłupienie.
brunet odchrząknął cicho i podniósł się niezdarnie z podłogi, a potem podszedł do łóżka. dłonie oparł delikatnie na materacu, jakby bał się wyrządzić Zaynowi krzywdę przez ten gest. jego spojrzenie nie wyrażało zbytniej pewności, odnośnie obietnicy, jaką zamierzał złożyć.
– nie wiem tego, Louis – odparł zgodnie z prawdą, przechylając głowę, by lepiej przypatrzyć się zabandażowanym ranom. – mogę tylko powiedzieć, że się postaram, ale naprawdę nie wiem co to da. nie chcę mu jeszcze bardziej zaszkodzić, przez jakieś nieudolne eksperymenty – przyznał z wahaniem w głosie, odwracając głowę, by nie widzieć błagalnej miny. – spróbuję – powiedział niebieskooki i od razu zacisnął wargi, przeklinając się w myślach. – wrócę po zajęciach, dobra? poszukam czegoś w książkach… a teraz, to będę zmykał – dodał na koniec z lekkim uśmiechem
na ustach i odruchowo cmoknął szatyna w policzek, a potem powoli ruszył do drzwi.
przez cały czas obwiniał się w myślach za durne przyrzeczenie, które właśnie złożył. prawdopodobnie nie był w stanie go dotrzymać, ale odmówić też nie potrafił. zwłaszcza w obliczu przeczucia o nadchodzącym niebezpieczeństwie, stale powracającym do jego świadomości.
środa, 29 sierpnia 2018
niedziela, 26 sierpnia 2018
31`
nie spał najlepiej dzisiejszej nocy. przewracał się z boku na bok, a gdy już udało mu się zasnąć, to spał tak lekkim snem, że po godzinie znów się wybudzał.
poszedł nawet do kuchni coś zjeść, bo koło pierwszej zgłodniał. jednak i najedzony nie zapadł choćby w drzemkę. męczyły go nieprzyjemne przeczucia i z tego wszystkiego szyby w oknach jego pokoju, pokryły się finezyjnymi wzorami szronu.
Louis usiadł na łóżku, odgarniając z czoła kasztanową grzywkę i sięgną po okulary leżące na szafce, które nosił, gdy nie używał szkieł kontaktowych. wsunął je na nos, a obraz od razu się wyostrzył. spojrzał na zwiędły już bukiet kwiatów od Zayna, które dostał, gdy widzieli się ostatni raz.
odrzucił kołdrę i wyskoczył z łóżka. założył na ramiona wyciągnięty, wełniany sweter wsunął na stopy trampki i wyszedł na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi. odkąd Liam powiedział mu, że brunet wyjechał na misję, co rano wychodził przed zamek i czekał do wschodu słońca. miał nadzieję, że zobaczy jego samochód wjeżdżający na dziedziniec, a potem się z nim przywita, przeprosi i
pogodzą się.
pchnął ciężkie drzwi i wyszedł na schody. chłodny wiatr otulił go co ani trochę mi nie przeszkadzało. mimo to owinął się szczelniej swetrem i wlepił spojrzenie swoich niebieskich oczu w bramę. wiatr zatańczył z jego kasztanową, grzywką, która opadła na czoło, przysłaniając mu widok na moment. odgarnął ją, a wtedy usłyszał nadjeżdżający samochód.
wyprostował się, a jego serce zabiło szybciej mając nadzieję, że to brunet. posmutniał jednak, gdy przez bramę przejechał czarny mercedes Liama, który zatrzymał się z piskiem opon. westchnął głośno i doszedł do wniosku, że sokoro już tu jest, to przywita się chociaż z nim. zszedł więc po schodach i skierował do auta, które się zatrzymało. moment potem wysiadł z niego przerażony chłopak. ich spojrzenia się skrzyżowały, a na twarz Payne’a wkradł się smutek.
Louis podszedł do auta, mijając brązowookiego i otworzył drzwiczki samochodu. na tylnym siedzeniu leżał Zayn, cały zalany potem. jego oddech był płytki oraz nierówny, a rana pod żebrami, była prowizorycznie opatrzona przez chustę i bandaże z apteczki podręcznej. wpatrywał się w ten widok przez chwilę, mając nadzieję, że to co widzi jest nieprawdą. jednak na kolanach jakiegoś chłopaka spoczywała głowa Malika, który umierał.
– Zayn – szepnął jego imię, a łzy zaczęły zbierać się w jego oczach. – Zayn! Zayn. Zee!
powtarzał jego imię, schylając się i chwytając w chłodne dłonie nienaturalnie gorące policzki Mulata. przejechał kciukami po jego kościach policzkowych, a spod powiek wyłoniły się czekoladowe tęczówki pełne bólu oraz cierpienia.
– Zayn – zawył płaczliwie, a pierwsza łza spłynęła po jego policzku. szron zaczął zbierać się na brzegach drzwi i rozprzestrzeniać na cały samochód pokrywając go cienką warstwą. w jego wnętrzu zrobiło się chłodniej, a oddechy zaczęły zmieniać się w obłoczki.
– Lou – odezwał się słabo brunet, gdy kolejne łzy zaczęły spływać z policzków szatyna. – ty… płaczesz.
– nie – zaprzeczył, pocierając słone kropelki i przekrzywiając okulary na nosie. chwilę potem jego dolna warga zadrżała niebezpiecznie. – Zayn. nie zostawiaj mnie, proszę.
rozpłakał się na dobre, a cichy szloch uleciał z jego ust. przebiegł palcami przez czarne włosy mężczyzny, który uśmiechnął się do niego słabo i sięgnął dłonią do policzka.
– wyglądasz uroczo w okularach – wysapał, a Tomlinson zapłakał głośniej i oparł czoło na piersi Mulata, który resztkami sił, podniósł rękę, by wpleść palce w kasztanowe włosy. słone łzy moczyły brudną i potarganą koszulkę Zayna, a w samochodzie robiło się coraz zimniej.
– Louis, zrobisz coś dla mnie? – wydyszał, a on wyprostował się, energicznie kiwając głową. – porozmawiaj z Li.
– d-dobrze – zająknął się i wyszedł z samochodu, prostując się. otarł policzki i spojrzał na Payne’a, który w geście pocieszenia położył mu dłoń na ramieniu.
– zabiorę Zayna do jego pokoju, a ty idź po Nicka – polecił mu, na co on Lou przytaknął. – teraz. biegnij.
szatyn odwrócił się na pięcie i puścił biegiem w stronę bramy zostawiając za sobą lodowe ślady, na których można było się pośliznąć. wypad na ulice dolnego miasta i skierował się do małego domku niedaleko głównej siedziby ISMIO. o mało nie zabił się na chodach, a po chwili zaczął łomotać w drzwi.
– czego – na progu pojawił się zaspany brunet, którego włosy sterczały we wszystkie możliwe strony. ciemne oczy patrzyły na niego niezadowolone spod wachlarz długich rzęs. z ramienia zsuwała się koszulka, a bokserki wisiały nisko na biodrach.
– Zayn. został ranny. Liam właśnie go przywiózł. jest ledwo żywy – mówił Louis.
– czekaj. pięć minut – odparł mężczyzna i zamknął drzwi. wrócił po wyznaczonym czasie ze skórzaną torbą i obaj szybkim krokiem ruszyli w stronę zamku. gdy weszli na korytarz, gdzie znajdował się pokoju bruneta niebieskooki wręcz biegł w stronę drzwi. otworzył je przepuszczając Nicka przodem, a Liam odsunął się od łóżka i podszedł do Tomlinsona, którego złapał za ramiona.
– puść mnie – wręcz rozkazał, a place Payne’a mocniej zacisnęły się na ramionach chłopaka. – puść mnie do niego! ja muszę koło niego być.
– spokojnie… – zaczął Li, ale medyk mu przerwał.
– ma wysoką gorączkę. trzeba ją czymś zbić.
– ja mogę! – krzyknął Louis i wyrwał się z rąk starszego kolegi. wskoczył na materac i klękając po obu stronach głowy Zayna, jedną dłoń przyłożył do rozgrzanego czoła, a drugą ułożył na ciepłej piersi. skupił się i zaczął wpuszczać chłód tuż pod oliwkową skórę. ciche westchnienie uleciało spomiędzy warg mężczyzny, gdy ból głowy zmalał pod wpływem kojącego dotyku.
szatyn nie patrzył co robi Nick. wystarczyło, że widział grymasy na twarzy swojego opiekuna. mówiły mu wszystko. on jednak wpatrywał się w zmęczoną i bladą twarz. usta były popękane. pod zamkniętymi oczyma rysowały się cienie ze zmęczenia.
– śpij – odezwał się do niego. – potrzebujesz tego.
– a będziesz tu, taki sam jak w tej chwili, kiedy się obudzę? – spytał cicho Zayn, przekręcając głowę i opierając policzek na udzie Tomlinsona.
– będę – odpowiedział, przeczesując ciemne włosy i z powrotem układając dłoń na czole. przyglądał jak twarz Mulata łagodnieje, a oddech wyrównuje się, gdy zapada w leczniczy sen.
poszedł nawet do kuchni coś zjeść, bo koło pierwszej zgłodniał. jednak i najedzony nie zapadł choćby w drzemkę. męczyły go nieprzyjemne przeczucia i z tego wszystkiego szyby w oknach jego pokoju, pokryły się finezyjnymi wzorami szronu.
Louis usiadł na łóżku, odgarniając z czoła kasztanową grzywkę i sięgną po okulary leżące na szafce, które nosił, gdy nie używał szkieł kontaktowych. wsunął je na nos, a obraz od razu się wyostrzył. spojrzał na zwiędły już bukiet kwiatów od Zayna, które dostał, gdy widzieli się ostatni raz.
odrzucił kołdrę i wyskoczył z łóżka. założył na ramiona wyciągnięty, wełniany sweter wsunął na stopy trampki i wyszedł na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi. odkąd Liam powiedział mu, że brunet wyjechał na misję, co rano wychodził przed zamek i czekał do wschodu słońca. miał nadzieję, że zobaczy jego samochód wjeżdżający na dziedziniec, a potem się z nim przywita, przeprosi i
pogodzą się.
pchnął ciężkie drzwi i wyszedł na schody. chłodny wiatr otulił go co ani trochę mi nie przeszkadzało. mimo to owinął się szczelniej swetrem i wlepił spojrzenie swoich niebieskich oczu w bramę. wiatr zatańczył z jego kasztanową, grzywką, która opadła na czoło, przysłaniając mu widok na moment. odgarnął ją, a wtedy usłyszał nadjeżdżający samochód.
wyprostował się, a jego serce zabiło szybciej mając nadzieję, że to brunet. posmutniał jednak, gdy przez bramę przejechał czarny mercedes Liama, który zatrzymał się z piskiem opon. westchnął głośno i doszedł do wniosku, że sokoro już tu jest, to przywita się chociaż z nim. zszedł więc po schodach i skierował do auta, które się zatrzymało. moment potem wysiadł z niego przerażony chłopak. ich spojrzenia się skrzyżowały, a na twarz Payne’a wkradł się smutek.
Louis podszedł do auta, mijając brązowookiego i otworzył drzwiczki samochodu. na tylnym siedzeniu leżał Zayn, cały zalany potem. jego oddech był płytki oraz nierówny, a rana pod żebrami, była prowizorycznie opatrzona przez chustę i bandaże z apteczki podręcznej. wpatrywał się w ten widok przez chwilę, mając nadzieję, że to co widzi jest nieprawdą. jednak na kolanach jakiegoś chłopaka spoczywała głowa Malika, który umierał.
– Zayn – szepnął jego imię, a łzy zaczęły zbierać się w jego oczach. – Zayn! Zayn. Zee!
powtarzał jego imię, schylając się i chwytając w chłodne dłonie nienaturalnie gorące policzki Mulata. przejechał kciukami po jego kościach policzkowych, a spod powiek wyłoniły się czekoladowe tęczówki pełne bólu oraz cierpienia.
– Zayn – zawył płaczliwie, a pierwsza łza spłynęła po jego policzku. szron zaczął zbierać się na brzegach drzwi i rozprzestrzeniać na cały samochód pokrywając go cienką warstwą. w jego wnętrzu zrobiło się chłodniej, a oddechy zaczęły zmieniać się w obłoczki.
– Lou – odezwał się słabo brunet, gdy kolejne łzy zaczęły spływać z policzków szatyna. – ty… płaczesz.
– nie – zaprzeczył, pocierając słone kropelki i przekrzywiając okulary na nosie. chwilę potem jego dolna warga zadrżała niebezpiecznie. – Zayn. nie zostawiaj mnie, proszę.
rozpłakał się na dobre, a cichy szloch uleciał z jego ust. przebiegł palcami przez czarne włosy mężczyzny, który uśmiechnął się do niego słabo i sięgnął dłonią do policzka.
– wyglądasz uroczo w okularach – wysapał, a Tomlinson zapłakał głośniej i oparł czoło na piersi Mulata, który resztkami sił, podniósł rękę, by wpleść palce w kasztanowe włosy. słone łzy moczyły brudną i potarganą koszulkę Zayna, a w samochodzie robiło się coraz zimniej.
– Louis, zrobisz coś dla mnie? – wydyszał, a on wyprostował się, energicznie kiwając głową. – porozmawiaj z Li.
– d-dobrze – zająknął się i wyszedł z samochodu, prostując się. otarł policzki i spojrzał na Payne’a, który w geście pocieszenia położył mu dłoń na ramieniu.
– zabiorę Zayna do jego pokoju, a ty idź po Nicka – polecił mu, na co on Lou przytaknął. – teraz. biegnij.
szatyn odwrócił się na pięcie i puścił biegiem w stronę bramy zostawiając za sobą lodowe ślady, na których można było się pośliznąć. wypad na ulice dolnego miasta i skierował się do małego domku niedaleko głównej siedziby ISMIO. o mało nie zabił się na chodach, a po chwili zaczął łomotać w drzwi.
– czego – na progu pojawił się zaspany brunet, którego włosy sterczały we wszystkie możliwe strony. ciemne oczy patrzyły na niego niezadowolone spod wachlarz długich rzęs. z ramienia zsuwała się koszulka, a bokserki wisiały nisko na biodrach.
– Zayn. został ranny. Liam właśnie go przywiózł. jest ledwo żywy – mówił Louis.
– czekaj. pięć minut – odparł mężczyzna i zamknął drzwi. wrócił po wyznaczonym czasie ze skórzaną torbą i obaj szybkim krokiem ruszyli w stronę zamku. gdy weszli na korytarz, gdzie znajdował się pokoju bruneta niebieskooki wręcz biegł w stronę drzwi. otworzył je przepuszczając Nicka przodem, a Liam odsunął się od łóżka i podszedł do Tomlinsona, którego złapał za ramiona.
– puść mnie – wręcz rozkazał, a place Payne’a mocniej zacisnęły się na ramionach chłopaka. – puść mnie do niego! ja muszę koło niego być.
– spokojnie… – zaczął Li, ale medyk mu przerwał.
– ma wysoką gorączkę. trzeba ją czymś zbić.
– ja mogę! – krzyknął Louis i wyrwał się z rąk starszego kolegi. wskoczył na materac i klękając po obu stronach głowy Zayna, jedną dłoń przyłożył do rozgrzanego czoła, a drugą ułożył na ciepłej piersi. skupił się i zaczął wpuszczać chłód tuż pod oliwkową skórę. ciche westchnienie uleciało spomiędzy warg mężczyzny, gdy ból głowy zmalał pod wpływem kojącego dotyku.
szatyn nie patrzył co robi Nick. wystarczyło, że widział grymasy na twarzy swojego opiekuna. mówiły mu wszystko. on jednak wpatrywał się w zmęczoną i bladą twarz. usta były popękane. pod zamkniętymi oczyma rysowały się cienie ze zmęczenia.
– śpij – odezwał się do niego. – potrzebujesz tego.
– a będziesz tu, taki sam jak w tej chwili, kiedy się obudzę? – spytał cicho Zayn, przekręcając głowę i opierając policzek na udzie Tomlinsona.
– będę – odpowiedział, przeczesując ciemne włosy i z powrotem układając dłoń na czole. przyglądał jak twarz Mulata łagodnieje, a oddech wyrównuje się, gdy zapada w leczniczy sen.
sobota, 25 sierpnia 2018
30
nie tak to planował. zdecydowanie nie, ale musiał jak najszybciej znaleźć się w Oxfordzie. a wiedział, że gdy tam wyjedzie, to prawdopodobnie nie wróci do Londynu. zapewniał go o tym sms od jego przyjaciela. działo się coś złego i musiał jak najszybciej wyjechać. spakował się więc pospiesznie zostawiając na wierzchu foldery, które zabrał z siedziby ISMIO ruszył przez Londyn.
zaparkował pod kamienicą, w której mieszkał brunet, porwał z siedzenia foldery i wysiadł. nacisnął klamkę i wpadł na klatkę schodową. przeskakując co drugi stopień wspiął się na samą górę. jego szary płaszcz falował, przy każdym przeskoku.
stanął przed drzwiami należącymi do mieszkania Tima. wyrównał oddech, poprawił grzywkę, oraz płaszcz i zapukał w drzwi. przestępował z nogi na nogę, czekając aż ktoś mu otworzy, a gdy to nie nastąpiło ponowił pukanie. wiedział, że jest późno. dochodziła dwunasta w nocy, a chłopak prawdopodobnie był wykończony całym tygodniem. jednak musiał go zabrać.
uniósł rękę by ponownie zapukać, kiedy drzwi otworzyły się, a na progu pojawił się zaspany szatyn, z bałaganem na głowie, próbując zawiązać pasek
szlafroka.
– przepraszam, że cię obudziłem, ale… – zawiesił głos, bo nie wiedział jak mu to powiedzieć. – musisz mi zaufać. spakuj najpotrzebniejsze rzeczy.
Warner splótł ręce na piersi i spojrzał swoimi czekoladowymi oczyma na niego. przeszywał go na wskroś i poczuł się odrobinę nieswojo, dopóki nie otworzył szerzej drzwi, wpuszczając go do środka.
przekroczył więc próg i staną w przedpokoju.
– nie jesteś chłopakiem Théo, prawda? – bardziej stwierdził, niż zapytał. – powiedziałby mi. od razu by do mnie zadzwonił.
– nie, nie jestem, ale naprawdę go znam – wyznał. – wiem gdzie jest i przyjechałem tu by cię do niego zabrać.
– dobra. daj mi dwadzieścia minut, a ogarnę się i spakuję – odparł, posyłając mu uśmiech. – i... wrócę tu?
Liam spojrzał na niego marszcząc brwi. to pytanie było dziwne. tak jakby przeczuwał coś. jakby wiedział, że dzieje się coś co nie pozwoli mu tu wrócić,
przynajmniej w najbliższym czasie. intuicja – tak to sobie wyjaśnił. no bo ona jest niezawodna.
– może kiedyś – odpowiedział, zgodnie z prawdą. westchnął i zniknął w
pomieszczeniu po lewej. wyszedł po jakichś pięciu minutach, przebrany, i wszedł do pokoju naprzeciwko. on stał w przedpokoju, lustrując spojrzeniem swoje buty i palcami bębniąc po teczkach, trzymanych w dłoniach. dopiero na dźwięk zasuwanego zamka podniósł wzrok.
– z Théo nie poszło mi tak łatwo – wyznał, widząc Tima z dużą czarną walizką, którą postawił przy ścianie, by zdjąć z wieszaka płaszcz.
– bo on strasznie łatwo się przywiązuje do wszystkiego – oświadczył, wkładając na stopy trampki i wyprostował się. – gotowy.
– wezmę walizkę – zawołał, widząc jak chłopak sięga do rączki. – ty weź teczki. będziesz musiał zapoznać się z ich zawartością.
– a co w nich jest? – zapytał, przystając na jego propozycję i biorąc od niego foldery.
– informacje na temat tego kim tak naprawdę jest Théo i miejsca do którego się udajemy – odparł, wychodząc na klatkę schodową. – nie chcę mi się ponownie robić wykładu na te tematy. zbyt często to powtarzam.
Warner zamknął drzwi i chowając klucze do kieszeni płaszcza zszedł na dół.
zajął miejsce pasażera podczas, gdy Liam schował jego walizkę do bagażnika, a następnie usiadł za kierownicą.
– zapnij pas – polecił, co chłopak wykonał posłusznie i zapalił sobie lampkę nad siedzeniem, otwierając pierwszą teczkę. on wyjechał na drogę i ruszył przez stolicę na Oxford. dopiero gdy znaleźli się na autostradzie docisną gazu. licznik pokazywał, że pędzili ponad sto kilometrów na godzinę. co jakiś czas zerkał też na chłopak, który starał się przebrnąć przez informacje.
– więc chcesz powiedzieć, że Théo jest tym całym pure-blood i obecnie przebywa w Violet Hill? – spytał, gdy powoli wjeżdżali na teren zabudowany. – i kim w takim wypadku jesteś?
– po pierwsze, tak. Théo jest pure–blood i włada magią natury. dlatego rośliny pod jego ręką tak rosną – odpowiedział na pierwsze z pytań. – i jestem szpiegiem ISMIO. choć obecnie pełnię raczej funkcję opiekuna Théo.
– to nie możesz być jednym i drugim? – zdziwił się, odkładając kartki na kolana i spoglądając na niego.
– nie. jestem szpiegiem. moim zadaniem jest obserwowanie takich jak on i sprowadzanie do Violet Hill – wyjaśnił. – nie mam odpowiednich uprawnień do bycia opiekunem. jestem szkolony do walki, a nie edukowania nowych uczniów.
– rozumiem. więc czemu jesteś jego opiekunem? – dopytywał się.
– bo Théo zawsze dostaje to czego chce – stwierdził Liam, a Tim mu przytaknął. – powiedział, że jeśli nie ja nim będę, to wraca. a musiał zostać, bo inaczej demony zrobiłyby mu krzywdę.
zatrzymali się na obrzeżasz Oxfordu – w jedne z gorszych dzielnic. kilka kamienic, było opuszczonych i pozabijanych deskami. to adres jednej z nich przysłał mu Zayn w wiadomości. wygrzebał więc ze schowka latarkę, sprawdził czy świeci i wyszedł z samochodu.
– czekaj. idę z tobą – rzucił szeptem szatyn, zamykając za sobą drzwi.
spojrzał na niego i chciał powiedzieć, że to niebezpieczne. uznał jednak, że jeśli to coś
poważnego może się przydać.
– dobra. ale trzymaj się blisko mnie – odpowiedział równie cicho i wyciągnął dłoń w jego stronę, którą chwycił. – nie wiadomo co tam spotkamy.
przytaknął i idąc za Liamem weszli do starej kamienicy, w której pachniało zbutwiałym drewnem, a pleśń szerzyła się dookoła. ciche fuj wydostało się z pełnych warg chłopaka, gdy zaczęli wspinać się po drewnianych schodach. Payne oświetlał każdy ze stopni, po czym snop światła padł na pierwsze piętro, gdzie dostrzegł drzwi leżące na podłodze, a drugie ledwo trzymające się na zawiasach.
weszli na piętro, a on poświecił latarką w głąb mieszkania, którego drzwi leżały na podłodze. Tim natomiast rozejrzał się dookoła. dostrzegł dłoń zwieszającą się ze stopnia i pisnął cicho. spojrzał na niego, a on wskazał palcem na rękę. poświecił na niego i dostrzegł tatuaż jaskółki na zewnętrznej stronie.
– Zayn! – zawołał, szybko pokonując kolejne stopnie. wpadł na półpiętro i oświetlił schody prowadzące na kolejną kondygnację budynku. brunet leżał na brzuchu, oddychając ciężko. Payne podszedł do niego, przewrócił na plecy, a z ust uleciał przeciągły je bólu. ciemne oczy wyłoniły się zza powiek.
– piszczysz jak baba, Payno – wysapał, a cień uśmiechu wkradł się w kąciki.
– chciałbyś, Malik – odpowiedział. – Tim.
chłopak po kilku chwilach znalazł się koło niego. oddał mu latarkę, a sam wziął przyjaciela na ręce, który znów zawył z bólu. powoli zeszli na dół i wypadli z kamienicy kierując się do samochodu.
– usiądziesz z tyłu – zwrócił się do chłopaka, otwierając drzwi i puszczając go przodem. – będziesz miał na niego oko.
– jasne – przytaknął, ostrożnie układając sobie głowę bruneta na kolanach i odgarniając grzywkę ze spoconego czoła. Liam natomiast otworzył bagażnik i wygrzebał spomiędzy bagaży oraz broni, apteczkę. nachylił się, wsuwając głowę do środka, podając pudełeczko szatynowi, który przytrzymał je. on wyciągnął strzykawkę, włożył igłę i wyciągnął mały słoiczek ze specjalnym dozownikiem.
napełnił strzykawkę, przezroczystym płynem i wyciągnął rękę ze skórzanej kurtki przyjaciela.
– morfina? – spytał dla pewności Warner, na co on przytaknął, gdy wbijał strzykawkę w żyłę przyjaciela. miał mocno zaciśnięte wargi ze złości. to on mu podsuną ten głupi pomysł wyjazdu zamiast Aidena. to tak jakby jego wina.
odrzucił strzykawkę i sięgnął drżącą dłonią do koszulki, by sprawdzić rany.
jednak smukłe palce szatyna zacisnęły się na nadgarstku. spojrzał na niego lekko zaskoczony i zdezorientowany.
– jedź – poleciał mu. – nie ma czasu do stracenia. do Kornwalii kawał drogi, a liczy się każda minuta. zajmę się nim.
nie odpowiedział, tylko skiną głową i zamknął drzwi. moment potem usiadł za kierownicą, odpalił silnik i z piskiem opon ruszył. na autostradzie pędził jak szalony, dociskając gazu. wiedział jednak, że najwcześniej, będą w Violet Hill dopiero nad ranem.
zaparkował pod kamienicą, w której mieszkał brunet, porwał z siedzenia foldery i wysiadł. nacisnął klamkę i wpadł na klatkę schodową. przeskakując co drugi stopień wspiął się na samą górę. jego szary płaszcz falował, przy każdym przeskoku.
stanął przed drzwiami należącymi do mieszkania Tima. wyrównał oddech, poprawił grzywkę, oraz płaszcz i zapukał w drzwi. przestępował z nogi na nogę, czekając aż ktoś mu otworzy, a gdy to nie nastąpiło ponowił pukanie. wiedział, że jest późno. dochodziła dwunasta w nocy, a chłopak prawdopodobnie był wykończony całym tygodniem. jednak musiał go zabrać.
uniósł rękę by ponownie zapukać, kiedy drzwi otworzyły się, a na progu pojawił się zaspany szatyn, z bałaganem na głowie, próbując zawiązać pasek
szlafroka.
– przepraszam, że cię obudziłem, ale… – zawiesił głos, bo nie wiedział jak mu to powiedzieć. – musisz mi zaufać. spakuj najpotrzebniejsze rzeczy.
Warner splótł ręce na piersi i spojrzał swoimi czekoladowymi oczyma na niego. przeszywał go na wskroś i poczuł się odrobinę nieswojo, dopóki nie otworzył szerzej drzwi, wpuszczając go do środka.
przekroczył więc próg i staną w przedpokoju.
– nie jesteś chłopakiem Théo, prawda? – bardziej stwierdził, niż zapytał. – powiedziałby mi. od razu by do mnie zadzwonił.
– nie, nie jestem, ale naprawdę go znam – wyznał. – wiem gdzie jest i przyjechałem tu by cię do niego zabrać.
– dobra. daj mi dwadzieścia minut, a ogarnę się i spakuję – odparł, posyłając mu uśmiech. – i... wrócę tu?
Liam spojrzał na niego marszcząc brwi. to pytanie było dziwne. tak jakby przeczuwał coś. jakby wiedział, że dzieje się coś co nie pozwoli mu tu wrócić,
przynajmniej w najbliższym czasie. intuicja – tak to sobie wyjaśnił. no bo ona jest niezawodna.
– może kiedyś – odpowiedział, zgodnie z prawdą. westchnął i zniknął w
pomieszczeniu po lewej. wyszedł po jakichś pięciu minutach, przebrany, i wszedł do pokoju naprzeciwko. on stał w przedpokoju, lustrując spojrzeniem swoje buty i palcami bębniąc po teczkach, trzymanych w dłoniach. dopiero na dźwięk zasuwanego zamka podniósł wzrok.
– z Théo nie poszło mi tak łatwo – wyznał, widząc Tima z dużą czarną walizką, którą postawił przy ścianie, by zdjąć z wieszaka płaszcz.
– bo on strasznie łatwo się przywiązuje do wszystkiego – oświadczył, wkładając na stopy trampki i wyprostował się. – gotowy.
– wezmę walizkę – zawołał, widząc jak chłopak sięga do rączki. – ty weź teczki. będziesz musiał zapoznać się z ich zawartością.
– a co w nich jest? – zapytał, przystając na jego propozycję i biorąc od niego foldery.
– informacje na temat tego kim tak naprawdę jest Théo i miejsca do którego się udajemy – odparł, wychodząc na klatkę schodową. – nie chcę mi się ponownie robić wykładu na te tematy. zbyt często to powtarzam.
Warner zamknął drzwi i chowając klucze do kieszeni płaszcza zszedł na dół.
zajął miejsce pasażera podczas, gdy Liam schował jego walizkę do bagażnika, a następnie usiadł za kierownicą.
– zapnij pas – polecił, co chłopak wykonał posłusznie i zapalił sobie lampkę nad siedzeniem, otwierając pierwszą teczkę. on wyjechał na drogę i ruszył przez stolicę na Oxford. dopiero gdy znaleźli się na autostradzie docisną gazu. licznik pokazywał, że pędzili ponad sto kilometrów na godzinę. co jakiś czas zerkał też na chłopak, który starał się przebrnąć przez informacje.
– więc chcesz powiedzieć, że Théo jest tym całym pure-blood i obecnie przebywa w Violet Hill? – spytał, gdy powoli wjeżdżali na teren zabudowany. – i kim w takim wypadku jesteś?
– po pierwsze, tak. Théo jest pure–blood i włada magią natury. dlatego rośliny pod jego ręką tak rosną – odpowiedział na pierwsze z pytań. – i jestem szpiegiem ISMIO. choć obecnie pełnię raczej funkcję opiekuna Théo.
– to nie możesz być jednym i drugim? – zdziwił się, odkładając kartki na kolana i spoglądając na niego.
– nie. jestem szpiegiem. moim zadaniem jest obserwowanie takich jak on i sprowadzanie do Violet Hill – wyjaśnił. – nie mam odpowiednich uprawnień do bycia opiekunem. jestem szkolony do walki, a nie edukowania nowych uczniów.
– rozumiem. więc czemu jesteś jego opiekunem? – dopytywał się.
– bo Théo zawsze dostaje to czego chce – stwierdził Liam, a Tim mu przytaknął. – powiedział, że jeśli nie ja nim będę, to wraca. a musiał zostać, bo inaczej demony zrobiłyby mu krzywdę.
zatrzymali się na obrzeżasz Oxfordu – w jedne z gorszych dzielnic. kilka kamienic, było opuszczonych i pozabijanych deskami. to adres jednej z nich przysłał mu Zayn w wiadomości. wygrzebał więc ze schowka latarkę, sprawdził czy świeci i wyszedł z samochodu.
– czekaj. idę z tobą – rzucił szeptem szatyn, zamykając za sobą drzwi.
spojrzał na niego i chciał powiedzieć, że to niebezpieczne. uznał jednak, że jeśli to coś
poważnego może się przydać.
– dobra. ale trzymaj się blisko mnie – odpowiedział równie cicho i wyciągnął dłoń w jego stronę, którą chwycił. – nie wiadomo co tam spotkamy.
przytaknął i idąc za Liamem weszli do starej kamienicy, w której pachniało zbutwiałym drewnem, a pleśń szerzyła się dookoła. ciche fuj wydostało się z pełnych warg chłopaka, gdy zaczęli wspinać się po drewnianych schodach. Payne oświetlał każdy ze stopni, po czym snop światła padł na pierwsze piętro, gdzie dostrzegł drzwi leżące na podłodze, a drugie ledwo trzymające się na zawiasach.
weszli na piętro, a on poświecił latarką w głąb mieszkania, którego drzwi leżały na podłodze. Tim natomiast rozejrzał się dookoła. dostrzegł dłoń zwieszającą się ze stopnia i pisnął cicho. spojrzał na niego, a on wskazał palcem na rękę. poświecił na niego i dostrzegł tatuaż jaskółki na zewnętrznej stronie.
– Zayn! – zawołał, szybko pokonując kolejne stopnie. wpadł na półpiętro i oświetlił schody prowadzące na kolejną kondygnację budynku. brunet leżał na brzuchu, oddychając ciężko. Payne podszedł do niego, przewrócił na plecy, a z ust uleciał przeciągły je bólu. ciemne oczy wyłoniły się zza powiek.
– piszczysz jak baba, Payno – wysapał, a cień uśmiechu wkradł się w kąciki.
– chciałbyś, Malik – odpowiedział. – Tim.
chłopak po kilku chwilach znalazł się koło niego. oddał mu latarkę, a sam wziął przyjaciela na ręce, który znów zawył z bólu. powoli zeszli na dół i wypadli z kamienicy kierując się do samochodu.
– usiądziesz z tyłu – zwrócił się do chłopaka, otwierając drzwi i puszczając go przodem. – będziesz miał na niego oko.
– jasne – przytaknął, ostrożnie układając sobie głowę bruneta na kolanach i odgarniając grzywkę ze spoconego czoła. Liam natomiast otworzył bagażnik i wygrzebał spomiędzy bagaży oraz broni, apteczkę. nachylił się, wsuwając głowę do środka, podając pudełeczko szatynowi, który przytrzymał je. on wyciągnął strzykawkę, włożył igłę i wyciągnął mały słoiczek ze specjalnym dozownikiem.
napełnił strzykawkę, przezroczystym płynem i wyciągnął rękę ze skórzanej kurtki przyjaciela.
– morfina? – spytał dla pewności Warner, na co on przytaknął, gdy wbijał strzykawkę w żyłę przyjaciela. miał mocno zaciśnięte wargi ze złości. to on mu podsuną ten głupi pomysł wyjazdu zamiast Aidena. to tak jakby jego wina.
odrzucił strzykawkę i sięgnął drżącą dłonią do koszulki, by sprawdzić rany.
jednak smukłe palce szatyna zacisnęły się na nadgarstku. spojrzał na niego lekko zaskoczony i zdezorientowany.
– jedź – poleciał mu. – nie ma czasu do stracenia. do Kornwalii kawał drogi, a liczy się każda minuta. zajmę się nim.
nie odpowiedział, tylko skiną głową i zamknął drzwi. moment potem usiadł za kierownicą, odpalił silnik i z piskiem opon ruszył. na autostradzie pędził jak szalony, dociskając gazu. wiedział jednak, że najwcześniej, będą w Violet Hill dopiero nad ranem.
wtorek, 21 sierpnia 2018
29
słońce przesuwało się po niebie w kierunku zachodu, zmieniając kolor z jasnej żółci na głęboki pomarańcz. ostatnie lekcje i konsultacje dobiegały końca, a uczniowie wylegali przed zamek, ciesząc się jednym z cieplejszych dni. kilkoro z nich niosło koce, które potem rozkładali na zielonej trawie i siadali na nich niewielkimi grupkami.
Théo, Niall i, o dziwo, Louis poszukujący towarzystwa zajęli zacienione miejsce pod drzewem i pogrążyli się w rozmowie. dotyczyła ona głównie kończącego się dnia oraz kilku incydentów na wspólnych lekcjach wszystkich grup. w zamku rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie, będące zwiastunem nadchodzących zmian, jednak nikt nie miał pomysłu co może nastąpić.
około godziny później, brunet podniósł się z koca z cichym jękiem i podziękował za miłe towarzystwo, a potem wrócił do swojej sypialni. nie chciał budzić podejrzeń czy sprowadzać na siebie niewygodnych pytań, więc zaszył się u siebie i zaczekał, aż z błoni zniknie większa część osób.
wówczas naciągnął na ramiona płaszcz, a szyję obwiązał luźno ciepłym szalikiem. przeczuwał bowiem, że w świątyni nie natknie się na przyjemny, ciepły wiaterek czy promienie słońca. oczekiwał raczej porywistych, zimnych podmuchów, które miały miejsce przy jego poprzedniej wizycie.
– John, bądź grzeczny, kiedy mnie nie będzie – rzucił do fretki, która zbyła jego
słowa jednym machnięciem ogona i powróciła do swojej wieczornej drzemki. – ty mały… – sapnął pod nosem właściciel i pokręcił głową, wychodząc z pokoju.
na szczęście, na korytarzu nie spotkał nikogo, kto mógłby w jakiś sposób zniweczyć jego plany. uspokojony tym faktem, uśmiechnął się delikatnie i chyłkiem przeszedł przez błonia, odtwarzając w myślach trasę, którą prowadził go Liam. nie pamiętał pierwszej części drogi, ale kiedy rozejrzał się dookoła, dostrzegł kilka znajomych detali. przekonany, że znalazł właściwą trasę, ruszył w tamtym kierunku.
jednak szybko okazało się, że nie umie trafić na ścieżkę, którą szedł ostatnim razem. mimo tego nie stracił zdrowego rozsądku i przeszukał najbliższy teren, by w końcu trafić na dróżkę, wiodącą do świątyni. podekscytowany wydarzeniem, które miało nastąpić w ciągu najbliższych minut, przyspieszył kroku i już wkrótce znalazł się w odpowiednim miejscu.
– nie dotykaj niczego, chyba, że wyraźnie cię o to poproszą – przypomniał sobie brunet, odgarniając na bok grzywkę, która już wymagała podcięcia. – nie będzie tak strasznie – spróbował podnieść się na duchu, zanim powoli wszedł do świątyni druidów, skłaniając lekko głowę.
w przekazach, które czytał w ostatnich dniach nie było żadnego nawiązania do sposobu, w jaki miał się zachować. uznał więc, że przyzwoicie będzie ukłonić się, chociaż płytko. nikomu nie mogło to przecież zaszkodzić.
– d-dobry wieczór? – zająknął się Théo i zaraz skarcił się w myślach, za własną głupotę. – wróciłem, tak jak obiecałem – zaczął, wsuwając dłonie do kieszeni, by ukryć je przed bijącym chłodem. – nie dowiedziałem się jeszcze niczego. przyszedłem po… więcej informacji? – zapytał niepewnie, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
dusze zaszemrały wyraźnie niezadowolone i zmusiły drobnego chłopaka, żeby cofnął się o kilka kroków w stronę łuku. po ich zachowaniu, Théo rozpoznał, że nie dzieje się najlepiej, przez co są niespokojne. wydawało mu się, iż oznacza to atakowanie granic, ale przecież w zamku panowałoby zamieszanie, gdyby zdarzyło się coś takiego.
– p-przepraszam! – pisnął wystraszony i wyjął dłonie z kieszeni, wyciągając je przed siebie w obronnym geście. – wiem, że prawdopodobnie nie powinienem pytać o takie rzeczy, ale nikt nie uwierzy mi na słowo. konkrety to chyba ważna rzecz, no nie? – paplał bez ładu i składu, gorączkowo myśląc nad sposobem wydostania się z nieprzyjemnej sytuacji. ucieczka i rozmowa z Alexandrem nie wchodziły w grę.
wystraszony tym, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc, przełknął głośno ślinę. jego tętno zaczęło stopniowo przyspieszać, razem z głuchym łomotaniem serca i krwią, szumiącą w uszach. powtarzała się sytuacja z poprzedniego razu – im bardziej stresował się, tym bardziej napierały na niego dusze.
– tylko spokojnie – szepnął Théo do samego siebie, opuszczając ramiona wzdłuż tułowia i zaczął oddychać spokojnie, licząc swoje oddechy. – ehm… może zaczniemy od nowa? – zaproponował, składając dłonie za plecami i uśmiechając się blado. – chodzi mi o to, że nie mogę powiedzieć niczego… górze, że tak to nazwę, nie mając na to żadnych dowodów…
zgromadzone wokół niego dusze zaczęły przemieszczać się po okręgu, wprawiając w ruch zimne powietrze. ich szepty wpłynęły do świadomości bruneta, jednak tym razem nie ułożyły się w słowa. w myślach chłopaka pojawiły się niepokojące obrazy, przesuwające się tak szybko, że nie był w stanie zarejestrować szczegółów. widział jednak, że nie są to sielankowe obrazki, a sceny dziejących się lub nadciągających wydarzeń, którym musiał stawić czoło razem z innymi adeptami.
– w-więc uważacie, że to wszystko się stanie? – spytał głosem, niewiele głośniejszym od szeptu, kiedy wizje w końcu ustały. – i… no ja i cała reszta musimy coś na to zaradzić – mówił dalej, przechadzając się niepewnie w tą i z powrotem.
okej, to ustaliliśmy już poprzednio. ale możecie mi powiedzieć, czego dokładnie się spodziewać?
wokół Théo zapanowała nieprzenikniona cisza, której nie przerywał nawet najcichszy szelest liści. dusze trwały w niezmiennych pozycjach, a brunet miał wrażenie, że świdrują go wzrokiem, choć nie był przekonany czy w ogóle mają taką możliwość. minęło kilka minut, zanim zorientował się, co jest przyczyną milczenia.
– nie możecie mi powiedzieć? och, no bez przesady! – jęknął, zagryzając bezradnie wargę. – dobra, nic nie mówiłem – burknął, kiedy dusze ponownie zaczęły krążyć wokół niego, szepcząc z niezadowoleniem. – ej. no to nie było miłe – pisnął, kiedy usłyszał słowo, zbliżone do jednego z niecenzuralnych, których czasem używał.
zielonooki przysłuchiwał się szeptom jeszcze przez kilka minut, aż w końcu westchnął ze smutkiem i pokręcił głową. wiedział, że nie da rady dowiedzieć się niczego więcej, więc skłonił się grzecznie i przeszedł pod łukiem. kiedy tylko to zrobił, poczuł na ramionach przyjemny powiew ciepłego wiatru i aż odetchnął z ulgą.
zrezygnowany i niezadowolony z wyników „rozmowy”, wszedł na ścieżkę i ruszył powoli w kierunku zamku. jego nogi niechętnie szły w tamtym kierunku, a myśli wracały, na przemian, do jego opiekuna i do wydarzeń ze świątyni. brunet nie potrafił skupić się na niczym innym i powoli zaczynało go to denerwować.
– niech to wszystko się skończy – powiedział, kopiąc z rozmachem w jeden z mniejszych kamyków. – albo żeby chociaż Théo wrócił… wcale tego nie powiedziałem – wymamrotał, czując, jak jego policzki robią się czerwone ze wstydu.
– dobrze, że przynajmniej nikt tego nie słyszał.
Théo, Niall i, o dziwo, Louis poszukujący towarzystwa zajęli zacienione miejsce pod drzewem i pogrążyli się w rozmowie. dotyczyła ona głównie kończącego się dnia oraz kilku incydentów na wspólnych lekcjach wszystkich grup. w zamku rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie, będące zwiastunem nadchodzących zmian, jednak nikt nie miał pomysłu co może nastąpić.
około godziny później, brunet podniósł się z koca z cichym jękiem i podziękował za miłe towarzystwo, a potem wrócił do swojej sypialni. nie chciał budzić podejrzeń czy sprowadzać na siebie niewygodnych pytań, więc zaszył się u siebie i zaczekał, aż z błoni zniknie większa część osób.
wówczas naciągnął na ramiona płaszcz, a szyję obwiązał luźno ciepłym szalikiem. przeczuwał bowiem, że w świątyni nie natknie się na przyjemny, ciepły wiaterek czy promienie słońca. oczekiwał raczej porywistych, zimnych podmuchów, które miały miejsce przy jego poprzedniej wizycie.
– John, bądź grzeczny, kiedy mnie nie będzie – rzucił do fretki, która zbyła jego
słowa jednym machnięciem ogona i powróciła do swojej wieczornej drzemki. – ty mały… – sapnął pod nosem właściciel i pokręcił głową, wychodząc z pokoju.
na szczęście, na korytarzu nie spotkał nikogo, kto mógłby w jakiś sposób zniweczyć jego plany. uspokojony tym faktem, uśmiechnął się delikatnie i chyłkiem przeszedł przez błonia, odtwarzając w myślach trasę, którą prowadził go Liam. nie pamiętał pierwszej części drogi, ale kiedy rozejrzał się dookoła, dostrzegł kilka znajomych detali. przekonany, że znalazł właściwą trasę, ruszył w tamtym kierunku.
jednak szybko okazało się, że nie umie trafić na ścieżkę, którą szedł ostatnim razem. mimo tego nie stracił zdrowego rozsądku i przeszukał najbliższy teren, by w końcu trafić na dróżkę, wiodącą do świątyni. podekscytowany wydarzeniem, które miało nastąpić w ciągu najbliższych minut, przyspieszył kroku i już wkrótce znalazł się w odpowiednim miejscu.
– nie dotykaj niczego, chyba, że wyraźnie cię o to poproszą – przypomniał sobie brunet, odgarniając na bok grzywkę, która już wymagała podcięcia. – nie będzie tak strasznie – spróbował podnieść się na duchu, zanim powoli wszedł do świątyni druidów, skłaniając lekko głowę.
w przekazach, które czytał w ostatnich dniach nie było żadnego nawiązania do sposobu, w jaki miał się zachować. uznał więc, że przyzwoicie będzie ukłonić się, chociaż płytko. nikomu nie mogło to przecież zaszkodzić.
– d-dobry wieczór? – zająknął się Théo i zaraz skarcił się w myślach, za własną głupotę. – wróciłem, tak jak obiecałem – zaczął, wsuwając dłonie do kieszeni, by ukryć je przed bijącym chłodem. – nie dowiedziałem się jeszcze niczego. przyszedłem po… więcej informacji? – zapytał niepewnie, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
dusze zaszemrały wyraźnie niezadowolone i zmusiły drobnego chłopaka, żeby cofnął się o kilka kroków w stronę łuku. po ich zachowaniu, Théo rozpoznał, że nie dzieje się najlepiej, przez co są niespokojne. wydawało mu się, iż oznacza to atakowanie granic, ale przecież w zamku panowałoby zamieszanie, gdyby zdarzyło się coś takiego.
– p-przepraszam! – pisnął wystraszony i wyjął dłonie z kieszeni, wyciągając je przed siebie w obronnym geście. – wiem, że prawdopodobnie nie powinienem pytać o takie rzeczy, ale nikt nie uwierzy mi na słowo. konkrety to chyba ważna rzecz, no nie? – paplał bez ładu i składu, gorączkowo myśląc nad sposobem wydostania się z nieprzyjemnej sytuacji. ucieczka i rozmowa z Alexandrem nie wchodziły w grę.
wystraszony tym, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc, przełknął głośno ślinę. jego tętno zaczęło stopniowo przyspieszać, razem z głuchym łomotaniem serca i krwią, szumiącą w uszach. powtarzała się sytuacja z poprzedniego razu – im bardziej stresował się, tym bardziej napierały na niego dusze.
– tylko spokojnie – szepnął Théo do samego siebie, opuszczając ramiona wzdłuż tułowia i zaczął oddychać spokojnie, licząc swoje oddechy. – ehm… może zaczniemy od nowa? – zaproponował, składając dłonie za plecami i uśmiechając się blado. – chodzi mi o to, że nie mogę powiedzieć niczego… górze, że tak to nazwę, nie mając na to żadnych dowodów…
zgromadzone wokół niego dusze zaczęły przemieszczać się po okręgu, wprawiając w ruch zimne powietrze. ich szepty wpłynęły do świadomości bruneta, jednak tym razem nie ułożyły się w słowa. w myślach chłopaka pojawiły się niepokojące obrazy, przesuwające się tak szybko, że nie był w stanie zarejestrować szczegółów. widział jednak, że nie są to sielankowe obrazki, a sceny dziejących się lub nadciągających wydarzeń, którym musiał stawić czoło razem z innymi adeptami.
– w-więc uważacie, że to wszystko się stanie? – spytał głosem, niewiele głośniejszym od szeptu, kiedy wizje w końcu ustały. – i… no ja i cała reszta musimy coś na to zaradzić – mówił dalej, przechadzając się niepewnie w tą i z powrotem.
okej, to ustaliliśmy już poprzednio. ale możecie mi powiedzieć, czego dokładnie się spodziewać?
wokół Théo zapanowała nieprzenikniona cisza, której nie przerywał nawet najcichszy szelest liści. dusze trwały w niezmiennych pozycjach, a brunet miał wrażenie, że świdrują go wzrokiem, choć nie był przekonany czy w ogóle mają taką możliwość. minęło kilka minut, zanim zorientował się, co jest przyczyną milczenia.
– nie możecie mi powiedzieć? och, no bez przesady! – jęknął, zagryzając bezradnie wargę. – dobra, nic nie mówiłem – burknął, kiedy dusze ponownie zaczęły krążyć wokół niego, szepcząc z niezadowoleniem. – ej. no to nie było miłe – pisnął, kiedy usłyszał słowo, zbliżone do jednego z niecenzuralnych, których czasem używał.
zielonooki przysłuchiwał się szeptom jeszcze przez kilka minut, aż w końcu westchnął ze smutkiem i pokręcił głową. wiedział, że nie da rady dowiedzieć się niczego więcej, więc skłonił się grzecznie i przeszedł pod łukiem. kiedy tylko to zrobił, poczuł na ramionach przyjemny powiew ciepłego wiatru i aż odetchnął z ulgą.
zrezygnowany i niezadowolony z wyników „rozmowy”, wszedł na ścieżkę i ruszył powoli w kierunku zamku. jego nogi niechętnie szły w tamtym kierunku, a myśli wracały, na przemian, do jego opiekuna i do wydarzeń ze świątyni. brunet nie potrafił skupić się na niczym innym i powoli zaczynało go to denerwować.
– niech to wszystko się skończy – powiedział, kopiąc z rozmachem w jeden z mniejszych kamyków. – albo żeby chociaż Théo wrócił… wcale tego nie powiedziałem – wymamrotał, czując, jak jego policzki robią się czerwone ze wstydu.
– dobrze, że przynajmniej nikt tego nie słyszał.
piątek, 17 sierpnia 2018
28
obserwował chłopaka przez trzy dni. we wtorek pokręcił się koło jego mieszkania, ustalając gdzie dokładnie mieszka i z kim. czy wychodzi popołudniami, czy pracuje? w środę czekał, aż wyjdzie z domu i poszedł za nim. okazało się, że studiuje na wydziale chemicznym uniwersytetu Londyńskiego, co Liam zanotował w jego aktach. uznał ten fakt za ważny. być może Alexander, będzie chciał w jakiś sposób skorzystać z jego umiejętności. we czwartek starał się być nie widzialny, chcąc zobaczyć w jakim towarzystwie się obraca. miał koleżankę, bo przyjaciółką by jej
nie nazwał. miał zbyt duży dystans do niej, podobnie jak do reszty swoich znajomych.
dziś był piątek, a on wciąż do niego nie zagadał. nie wiedział jak i gdzie.
postanowił więc odwiedzić miejsce gdzie wszystko się zaczęło. tak więc po obiedzie wsiadł w samochód i pojechał na Warwick Way. wjechał na krawężnik tuż przed Princess Flower i wysiadł. spojrzał na witrynę, a ciepły wiatr zatańczył z jego twarz. zadarł głowę, spoglądając w okna nad kwiaciarnią.
skierował się do drzwi po prawej i wszedł na znajoma klatkę schodową, wciskając rękę w kieszeń czarnej kurtki. wyciągnął z niej klucze do mieszkania Théo. pożyczył je, gdy w dniu wyjazdu zajrzał do jego pokoju. jakby już wtedy wiedział, że będzie chciał się tu pojawić. i ten fakt znów wprawił go w to dziwne uczucie.
przekręcił klucz, a zamek szczęknął. drzwi otworzył się ze skrzypnięciem, pamiętając jeszcze moment jak wypadły z zawiasów. wszedł do przedpokoju, cicho zamykając za sobą, mając wrażenie jakby napuszczał czyjąś świętość. rozejrzał się dookoła i zdał sobie sprawę, że wraz z wyjazdem bruneta znikły wszystkie kwiaty, które tu wykwitły w noc przesilenia wiosennego.
w salonie i pokoju chłopaka panował bałagan, więc rozbudził magię, a jego tęczówki pojaśniały. machnął ręką i przedmioty zaczęły fruwać wracając na swoje pierwotne miejsca, a w pokojach zapanował porządek.
rozejrzał się dookoła przypominając sobie jak Théo zrobił mu jajecznicę, która była pyszna, a on wtedy mu za nią nie podziękował. przypomniał sobie, jak tłumaczył mu kim jest i jak pilnował go, gdy się pakował. pamiętał jak wtedy marudził i zaczął się zastanawiać, czy nie zacząć nazywać go Marudą, zamiast Głodomorkiem.
nagle przypomniał coś sobie. coś przez co Théo marudził dwa dni i truł mu głowę, że tak nad nim stał i zapomniał najważniejsze rzeczy. szybkim krokiem wszedł do pokoju bruneta i dopadł szafki nocnej. zaczął wysuwać jej szufladki jednak nie było w nich nic poza notesem, kluczami do kwiaciarni, kilkoma długopisami, srebrnym medalionem na łańcuszku i innymi bibelotami. dopiero po chwili go olśniło.
– zegarek dziadka – szepnął, wysuwając szufladkę, na dnie której spoczywał srebrny medalion. wyciągnął go, przycisnął guziczek, a wieko otworzyło się ukazując tarczę z arabskimi cyframi i poruszając się wskazówki. uśmiechnął się, przyglądając im się przez chwilę, po czym zamknął medalion i schował przedmiot do kieszeni.
chciał wyjść, gdy wpadł na jeszcze jeden pomysł. wrócił więc do szafki i wyciągnął z szufladki klucze do sklepu. dopiero wtedy opuścił mieszkanie zamykając za sobą. zbiegł po schodach, przeskakując co drugi stopień i wypadł z klatki schodowej na chodnik. w kilku długich krokach przeszedł odległość dzielącą go od drzwi Princess Flower i włożył klucz z breloczkiem w kształci stokrotki do zamka, który szczękną. nacisnął klamkę i wszedł do środka, stając na środku.
skrzywił się na to co zobaczył. kwiaty zaczęły więdnąć, bo nikt się nimi nie zajmował. niektóre wyschły już całkiem i było mu naprawdę przykro z tego powodu, bo wiedział ile kwiaty znaczą dla bruneta. westchnął więc ciężko i przebiegł palcami po włosach, zaczesując je do tyłu.
– kim jesteś? – usłyszał silny, męski głos i odwrócił się na pięcie. w drzwiach spostrzegł szatyna, którego brązowe oczy wpatrywał się w niego intensywnie. obok niego stała owa ruda koleżanka, która miała na imię Bonnie o ile dobrze pamiętał.
przestąpił z nogi na nogę, bo nie wiedział jak się zachować. ale oto przed nim stał przyjaciel Théo i nie mógł zmarnować tej okazji. w jednej chwili podjął decyzję.
– ja... jestem Liam – przedstawił się. – chłopak Théo.
rudowłosa jęknęła żałośnie, co wywołało tylko głośny atak śmiechu u szatyna.
– przepraszam, ale spodobałeś się Bonnie – stwierdził, na co Payne uśmiechnął się słabo. – jestem Tim, przyjaciel Théo.
– miło mi – odparł, podchodząc z wyciągniętą dłonią, którą on ścisnął.
– oh, skoro jesteś chłopakiem Théo, to może wiesz gdzie jest? – zapytał, a on zaczął gorączkowo myśleć.
"no dalej Liam. dasz radę, przecież czytałeś akta tego bruneta tyle razy" – mówił do siebie w myślach, szukając czegoś aż znalazł. – wyjechał do Francji zobaczyć się z rodziną. zadzwonił do mnie jakiś czas temu, żebym wpadł i sprawdził kwiaciarnię. mam zapasowy klucz do jego mieszkania – kłamał jak z nut. – dopiero teraz zdołałem przyjechać.
– przyjechać? – zdziwił się chłopak, a on przeklął się w myślach. jednak zaraz potem pojawiło się w nich to co powiedział mu Zayn.
– no tak. studiuję w Oxfordzie. prawo – odpowiedział Liam. – trudno się wyrwać, ale w końcu znalazłem chwilę.
– rozumiem. też studiuję, ale tutaj w Londynie – przytaknął mu. – słuchaj, skoro jesteś chłopakiem Théo może wyskoczymy na kawę i opowiesz mi jak się poznaliście? ta mała, francuska menda nawet mi nie powiedziała, że się z kimś spotyka.
zamknął kwiaciarnię, a Tim pożegnał się z koleżanką. otworzył mu drzwi swojego samochodu, gestem zapraszając do środka i podjechali do kawiarni. tam zajęli stolik przy witrynie, a Liam zaczął swoje wielkie kłamstwo, o tym jak poznał Théo, o ich pierwszej randce. mówił o tych wszystkich rzeczach, które nie miały miejsca, poza kilkoma. nie skłamał mówiąc, że pieszczotliwie nazywa go głodomorkiem i zawsze na pożegnanie oraz powitanie mierzwi mu czarną grzywkę.
nie nazwał. miał zbyt duży dystans do niej, podobnie jak do reszty swoich znajomych.
dziś był piątek, a on wciąż do niego nie zagadał. nie wiedział jak i gdzie.
postanowił więc odwiedzić miejsce gdzie wszystko się zaczęło. tak więc po obiedzie wsiadł w samochód i pojechał na Warwick Way. wjechał na krawężnik tuż przed Princess Flower i wysiadł. spojrzał na witrynę, a ciepły wiatr zatańczył z jego twarz. zadarł głowę, spoglądając w okna nad kwiaciarnią.
skierował się do drzwi po prawej i wszedł na znajoma klatkę schodową, wciskając rękę w kieszeń czarnej kurtki. wyciągnął z niej klucze do mieszkania Théo. pożyczył je, gdy w dniu wyjazdu zajrzał do jego pokoju. jakby już wtedy wiedział, że będzie chciał się tu pojawić. i ten fakt znów wprawił go w to dziwne uczucie.
przekręcił klucz, a zamek szczęknął. drzwi otworzył się ze skrzypnięciem, pamiętając jeszcze moment jak wypadły z zawiasów. wszedł do przedpokoju, cicho zamykając za sobą, mając wrażenie jakby napuszczał czyjąś świętość. rozejrzał się dookoła i zdał sobie sprawę, że wraz z wyjazdem bruneta znikły wszystkie kwiaty, które tu wykwitły w noc przesilenia wiosennego.
w salonie i pokoju chłopaka panował bałagan, więc rozbudził magię, a jego tęczówki pojaśniały. machnął ręką i przedmioty zaczęły fruwać wracając na swoje pierwotne miejsca, a w pokojach zapanował porządek.
rozejrzał się dookoła przypominając sobie jak Théo zrobił mu jajecznicę, która była pyszna, a on wtedy mu za nią nie podziękował. przypomniał sobie, jak tłumaczył mu kim jest i jak pilnował go, gdy się pakował. pamiętał jak wtedy marudził i zaczął się zastanawiać, czy nie zacząć nazywać go Marudą, zamiast Głodomorkiem.
nagle przypomniał coś sobie. coś przez co Théo marudził dwa dni i truł mu głowę, że tak nad nim stał i zapomniał najważniejsze rzeczy. szybkim krokiem wszedł do pokoju bruneta i dopadł szafki nocnej. zaczął wysuwać jej szufladki jednak nie było w nich nic poza notesem, kluczami do kwiaciarni, kilkoma długopisami, srebrnym medalionem na łańcuszku i innymi bibelotami. dopiero po chwili go olśniło.
– zegarek dziadka – szepnął, wysuwając szufladkę, na dnie której spoczywał srebrny medalion. wyciągnął go, przycisnął guziczek, a wieko otworzyło się ukazując tarczę z arabskimi cyframi i poruszając się wskazówki. uśmiechnął się, przyglądając im się przez chwilę, po czym zamknął medalion i schował przedmiot do kieszeni.
chciał wyjść, gdy wpadł na jeszcze jeden pomysł. wrócił więc do szafki i wyciągnął z szufladki klucze do sklepu. dopiero wtedy opuścił mieszkanie zamykając za sobą. zbiegł po schodach, przeskakując co drugi stopień i wypadł z klatki schodowej na chodnik. w kilku długich krokach przeszedł odległość dzielącą go od drzwi Princess Flower i włożył klucz z breloczkiem w kształci stokrotki do zamka, który szczękną. nacisnął klamkę i wszedł do środka, stając na środku.
skrzywił się na to co zobaczył. kwiaty zaczęły więdnąć, bo nikt się nimi nie zajmował. niektóre wyschły już całkiem i było mu naprawdę przykro z tego powodu, bo wiedział ile kwiaty znaczą dla bruneta. westchnął więc ciężko i przebiegł palcami po włosach, zaczesując je do tyłu.
– kim jesteś? – usłyszał silny, męski głos i odwrócił się na pięcie. w drzwiach spostrzegł szatyna, którego brązowe oczy wpatrywał się w niego intensywnie. obok niego stała owa ruda koleżanka, która miała na imię Bonnie o ile dobrze pamiętał.
przestąpił z nogi na nogę, bo nie wiedział jak się zachować. ale oto przed nim stał przyjaciel Théo i nie mógł zmarnować tej okazji. w jednej chwili podjął decyzję.
– ja... jestem Liam – przedstawił się. – chłopak Théo.
rudowłosa jęknęła żałośnie, co wywołało tylko głośny atak śmiechu u szatyna.
– przepraszam, ale spodobałeś się Bonnie – stwierdził, na co Payne uśmiechnął się słabo. – jestem Tim, przyjaciel Théo.
– miło mi – odparł, podchodząc z wyciągniętą dłonią, którą on ścisnął.
– oh, skoro jesteś chłopakiem Théo, to może wiesz gdzie jest? – zapytał, a on zaczął gorączkowo myśleć.
"no dalej Liam. dasz radę, przecież czytałeś akta tego bruneta tyle razy" – mówił do siebie w myślach, szukając czegoś aż znalazł. – wyjechał do Francji zobaczyć się z rodziną. zadzwonił do mnie jakiś czas temu, żebym wpadł i sprawdził kwiaciarnię. mam zapasowy klucz do jego mieszkania – kłamał jak z nut. – dopiero teraz zdołałem przyjechać.
– przyjechać? – zdziwił się chłopak, a on przeklął się w myślach. jednak zaraz potem pojawiło się w nich to co powiedział mu Zayn.
– no tak. studiuję w Oxfordzie. prawo – odpowiedział Liam. – trudno się wyrwać, ale w końcu znalazłem chwilę.
– rozumiem. też studiuję, ale tutaj w Londynie – przytaknął mu. – słuchaj, skoro jesteś chłopakiem Théo może wyskoczymy na kawę i opowiesz mi jak się poznaliście? ta mała, francuska menda nawet mi nie powiedziała, że się z kimś spotyka.
zamknął kwiaciarnię, a Tim pożegnał się z koleżanką. otworzył mu drzwi swojego samochodu, gestem zapraszając do środka i podjechali do kawiarni. tam zajęli stolik przy witrynie, a Liam zaczął swoje wielkie kłamstwo, o tym jak poznał Théo, o ich pierwszej randce. mówił o tych wszystkich rzeczach, które nie miały miejsca, poza kilkoma. nie skłamał mówiąc, że pieszczotliwie nazywa go głodomorkiem i zawsze na pożegnanie oraz powitanie mierzwi mu czarną grzywkę.
poniedziałek, 13 sierpnia 2018
27
od rana szykował się do wyjazdu. wykorzystał fakt, że Théo jest na zajęciach i mógł przetransportować swój bagaż do samochodu, unikając jego niewygodnych pytań. potem starał się wymknąć niepostrzeżenie z sali jadalnej podczas kolacji, ale nie udało mu się. Monod przyłapał go. a tak bardzo nie chciał się z nim żegnać. pragnął po prostu umknąć cichaczem i wrócić w przeciągu tygodnia. może nie zauważyłby jego nieobecności.
teraz jechał leśną ścieżką, zostawiając za sobą zamek. niewietrzony samochód nosił na sobie resztki zapachu bruneta, a jego marudzenie rozbijało się echem w jego głowie. zdał sobie sprawę, że lubi kiedy marudzi. wydawało mu się to urocze.
warknął cicho i zaczął kręcić pokrętłem, przy radiu łapiąc jakąś stację. z głośnika popłynęły pierwsze nuty Cannonball Lea Michele. starał się w nie wsłuchać i zagłuszyć wszystkie myśli o Théo. musiał skupić się na drodze, a nie myśleć o tych smutnych oczach, które wpatrywały się w niego, gdy oznajmiał mu, że wyjeżdża. to rozdzierało go w dziwny sposób. miał wrażenie, że mógł się z nim lepiej pożegnać, a nie tylko buziakiem w czoło.
i zahamował z piskiem opon, tuż przed granicą. piasek ze ścieżki wzbił się w powietrze, po czym opadł. siedział chwilę za kierownicą, oddychając głęboko i tępo wpatrując się w licznik, bo zdał sobie sprawę co się działo.
zakochiwał się w tym małym chłopcu. złożył mu tyle obietnic, co nie było do niego podobne. on
nie składał obietnic. a jednak, ten młody omega miał coś w sobie.
otwarł drzwiczki i wysiadł na ścieżkę. oparł dłonie na dachu i pochylił się do przodu. to trafiło go zbyt mocno i zbyt szybko. było przyjemne, ale za razem przerażające w pewien sposób. wziął głęboki oddech i spojrzał na górujący nad wciąż nagimi koronami drzew zamek. zagryzł dolną wargę, a lekki wiosenny wiatr owiewał jego twarz delikatnie.
– wrócę. obiecuję ci – szepnął i miał nadzieje, że wiatr zaniesie to do niego. – i kolejna obietnica. ugh.
wrócił do auta, trzaskając drzwiczkami. zacisnął palce mocno na kierownicy, nacisnął pedał gazu i wzbijając w górę kolejną chmurę piasku, wyjechał na szosę, mijając granicę Violet Hill. bardzo mocno starał się zagłuszyć myśli o Théo, kołatające się po jego głowę, próbując ułożyć w niej plan działania. chciał wrócić w przeciągu tygodnia. góra dwóch. nie miał zamiaru tego przeciągać w nieskończoność. a może po prostu pojedzie do niego i powie mu kim jest, po co przyszedł i dlaczego? chciał jak najszybciej wrócić.
po trzech godzinach bezustannej podróży nogi mu zdrętwiały i potrzebował je rozprostować. zjechał więc na pierwszej lepszej stacji i skoczył kupić coś do jedzenia oraz kawę, bo powoli przysypiał, a zostały mu jeszcze z dwie godziny. wypił ciepły napój, opierając się o maskę swojego czarnego mercedesa i podjadając rogalika z czekoladą. uśmiechną się, gdy przypomniał sobie jak Théo skarcił go za takie odżywianie, gdy jechali do Violet Hill. moment potem pokręcił głową wyrzucając z
niej to wspomnienie.
wrócił do samochodu i już po chwili był z powrotem na drodze. do Londynu dotarł po pierwszej. zmęczony znalazł jakiś motel i wynajął w nim pokój. wniósł swoje rzeczy do niewielkiej sypialni i rzucił w nogi łóżka. od razu podszedł do okna, wyjmując paczkę papierosów i wyciągając z niej jednego. odpalił go, otwierając okno i wypuszczając za niego obłoczek. chłodny wiatr otulił jego twarz, gdy podniósł głowę, spoglądając na niebo.
– ciekawe, czy Théo już śpi? – zapytał się w myślach. – pewnie tak. jest późno.
westchnął i sięgnął po swój telefon. przejechał po liście, kontaktów i wybrał numer, do jedynej osoby, która nie będzie spać o tej porze. przyłożył słuchawkę do ucha i czekał. jeden sygnał. drugi. trzeci. czwarty.
– a ty nie śpisz Payno? – zdziwił się głos po drugiej stronie, na co szatyn się uśmiechną.
– nie. właśnie przyjechałem do Londynu – wyznał, zaciągając się dymem i przytrzymując przez chwilę w płucach, po czym wypuścił go. – a jak Oxford, Zayn?
– nijak. gniazdo wydaje się na puste co najmniej od kilku miesięcy – wyznał jego przyjaciel. – ale mam je na oku. coś mi się w nim nie podoba.
– jakbyś potrzebował pomocy to pisz – odparł Liam. – przez najbliższy tydzień na pewno tutaj zabawię. a to tylko dwie godziny samochodem.
– półtorej. kiedy dociśniesz gazu – odparł brunet. – co to za misja?
– zobaczysz. może do tego czasu zdążysz wrócić do Violet Hill – stwierdził znów zaciągając się dymem i spoglądając na papierosa, strzepnął popiół. – wiesz. masz na mnie zły wpływ.
– wow. wczas się zorientowałeś – zachichotał mulat po drugiej stronie, a kącik ust szatyna uniósł się ku górze. – ale i tak mnie kochasz. mnie nie można nie kochać. – a potem dodał dużo bardziej ponurym głosem. – no z wyjątkiem jednej osoby.
– Zayn… – zaczął, ale przyjaciel mu przerwał.
– nie. to nieważne. znajdę sobie kogoś w końcu. kogoś, kto odwzajemni moje uczucie.
– ale on cię kocha – wpadł mu w słowo Payne.
– taa. jasne – prychnął Malik. – i dlatego dostaje szronem po oczach. wiesz jak piekło? – pyta, na co on wzdycha. – dobra. kończę. nie ma o czym gadać. siema.
– dobrej nocy – odpowiedział Li i rozłączył się. dopalił papierosa i jeszcze przez chwilę patrzył na gwiazdy blednące w świetle latarni ulicznych. kolejny powód dla którego tak bardzo kochał Violet Hill. światła miast nie przyćmiewały tam blasku gwiazd.
Théo opuścił pokój Nialla na krótko przed północą, przemykając się ciemnymi korytarzami. szedł ze spuszczoną głową, z dłońmi schowanymi w kieszeniach i oczami, lustrującego uważnie wszystko dookoła. jego niespokojne myśli wciąż wypełniał Liam oraz jego nagły wyjazd i zachowanie. także to wcześniejsze.
najpierw obiecywał, że będzie zawsze obok, a później wyjeżdżał, próbując zrobić to chyłkiem. to naprawdę zaniepokoiło Théo, ale postanowił o to nie pytać. zamierzał porozmawiać na ten temat z opiekunem, jednak dopiero po jego powrocie. miał nadzieję, że nastąpi on w przeciągu kilku dni.
– Johnny? – zapytał szeptem, wsuwając się po cichu do pokoju. – hej, zwierzaczku – powiedział cicho, gładząc pupila po głowie. – kładziemy się już spać, co? jutro czeka nas długi dzień – uśmiechnął się smutno i odchylił kołdrę, a potem położył się pod nią, zaczekawszy aż fretka zrobi to pierwsza. – dobranoc maluchu – westchnął i ułożył się wygodnie, wsuwając ramię pod głowę.
gdy tylko opuścił powieki, jego myśli odpłynęły w kierunku świątyni druidów, do której zabrał go Liam. słowa powtarzane bezustannie przez duchy, kłębiły się teraz w jego głowie, nie pozwalając skupić się na niczym innym. niebezpieczeństwo. to było jasne, skoro powiedziały mu to tyle razy. i było ono związane z granicami Violet Hill. brunet był tego pewien. wypełniony świadomością, że przez najbliższe godziny i tak nie zmruży oka, wysunął się z ciepłej pościeli i zajął swoje ulubione miejsce na parapecie. na nogi narzucił koc, leżący nieopodal i przez zaparowaną szybę, wbił spojrzenie w krajobraz.
wszystko wyglądało inaczej niż w dzień. było bardziej tajemnicze i mroczne, gdyż większości rzeczy nie dało się dostrzec przy pierwszym rzucie oka. drzewa, widoczne w oddali, kołysały się na silnym wietrze, a słabsze gałęzie uginały pod nim.
mogło się to wydawać normalne, ale brunet miał przeświadczenie, że przyroda także się niepokoi. to tylko potwierdzało jego przypuszczenia, że dzieje się coś niedobrego.
– książka – mruknął nagle do siebie i zerknął na biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym piętrzyły się stosy pozycji. miał je przeczytać w ciągu najbliższego miesiąca, ale ciągle to odkładał, usprawiedliwiając się natłokiem bieżącej pracy domowej. – tutaj na pewno coś będzie – stwierdził, zeskakując z parapetu.
zadowolony z własnego pomysłu, na który powinien wpaść jakiś czas wcześniej, podszedł do mahoniowego blatu i zaczął przeglądać tytuły, błyszczące w nikłym świetle lampki. kilka książek przejrzał już wcześniej, kiedy szukał informacji o roślinach obronnych, jak nazywali je nauczyciele, więc od razu odłożył je na bok.
– geneza eliksirów… nie. podstawy zielarstwa… nie. anatomia demona. też nie – mamrotał pod nosem, tworząc tematyczne sterty, żeby móc wszystko znaleźć bez większego problemu. – och, to może być dobre – zagryzł dolną wargę niemal do krwi, kiedy jego błękitne spojrzenie przesunęło po złotych literach, zdobiących twardą okładkę.
nie mając lepszego pomysłu na spędzenie najbliższych godzin, Théo przygotował zeszyt i ołówek. usiadł na swoim ulubionym miejscu, a opasły tom ułożył na udach, podkurczając nogi, by wygodniej go oprzeć. przez pierwsze rozdziały przebrnął szybko, sporządzając notatki, które zamierzał przejrzeć rano. zapisał także kilka pytań, mając zamiar zadać je Alexandrowi. wkrótce powieki Théo zaczęły opadać, więc niechętnie odłożył książkę, zaznaczając zdjęciem miejsce, w którym skończył. zmęczony zajęciami, położył się do łóżka i usnął szybko. niestety nie było mu dane długo cieszyć się odpoczynkiem, ponieważ zamiast przyjemnych wyobrażeń nadeszły krwawe koszmary.
większość z nich dotyczyła przesilenia wiosennego, kiedy chłopak po raz pierwszy był świadkiem zabójstwa demona. jednakże tym razem nie zginęła owa straszna istota, a jego obrońca. we śnie, szatyn leżał w kałuży krwi u stóp bruneta, który obudził się z krzykiem i łzami w oczach.
przestraszony Théo zacisnął palce na pościeli i przełknął ślinę, rozglądając się dookoła. gdy upewnił się, że leży w łóżku, w zamku, do którego przywiózł go Liam, odetchnął z ulgą i opadł na poduszki. chciał zamknąć oczy, jednak szybko się powstrzymał i zapalił lampkę nocną, decydując się nie zasypiać w najbliższym czasie.
– Johnny? Johnny, obudź się, bo potrzebuję towarzystwa – powiedział płaczliwie i odchrząknął szybko, trącając zwierzaka palcem wskazującym. – dziękuję, jesteś kochanym pupilkiem – szepnął, kiedy fretyka usadowiła się na jego udach i zamrugała sennie. – wiesz, że za nim tęsknię, prawda? nie żebym go jakoś szczególnie lubił – prychnął od razu, wsuwając palce w białe futerko Johna.
pupil uniósł łepek i przekrzywił go, wpatrując się uważnie w swojego właściciela. jego bystre oczy zmierzyły wzrokiem minę bruneta, a potem zostały przysłonięte przez cienkie powieki. po chwili miarowe mruczenie wydobyło się z jego gardła, łaskocząc udo Théo.
– no… dobra. może go lubię i jest jedyną osobą, której jestem w stanie w cokolwiek uwierzyć – mówił dalej, zastanawiając się czy szatyn dotarł już do celu swojej podróży i jest cały. – ale to wcale nie oznacza, że zależy mi na nim jakoś szczególnie – zadecydował i zakrył usta dłonią, by chwilę później ziewnąć głośno i zamrugać powiekami. – słuchasz mnie? – zapytał i zmarszczył brwi, kiedy John zachrapał w odpowiedzi. – dzięki ci wielkie – burknął i odłożył go na bok. po raz kolejny tej nocy, Théo wyszedł z łóżka i nasunął na stopy swoje tenisówki. kierując się instynktem, wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi uchylone i ruszył po ciemku w kierunku wyjścia. oczywiście kilka razy wpadł przy tym na ten czy inny przedmiot, stojący pod ścianą. narobił przy tym sporo hałasu, ale liczył na to, że nikogo nie obudził z przyjemnych marzeń.
znalazłszy się na, zalanych łuną księżyca, błoniach chłopak wziął głęboki oddech i usiadł na trawie podciągając nogi do klatki piersiowej. zziębnięte dłonie wsunął między uda, a powiekami zamrugał szybko, odganiając tym samym zmęczenie.
po kilkunastu minutach rozmyślań o ostatnich wydarzeniach, brunet położył się na plecach i przesunął spojrzeniem po nocnym firmamencie. pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł były gwiazdy, które świeciły jaśniej niż w mieście czy każdym innym miejscu, w którym był. niewielkie iskierki błyszczały na niebie, jakby chciały zaśmiać się perliście.
Théo uśmiechnął się do własnych wyobrażeń i uniósł się na łokciach, machając wesoło stopami. jego humor uległ znaczniej poprawie, a nieprzyjemne myśli odpłynęły w dal. zastąpiły je te wesołe, dotyczące Liama.
– ty też patrzysz na to niebo, prawda? – westchnął do siebie i podźwignął się z
zimnego podłoża, otrzepując ubrania z grudek ziemi. – mam nadzieję, że będziesz dobrze spał i sobie poradzisz – dodał, a potem niespiesznie ruszył do swojego pokoju, nucąc pod nosem.
kiedy znalazł się w sypialni, zdjął z nóg tenisówki i rzucił się na łóżko. tym razem wystarczyło kilka minut, jak spał spokojnie, z kącikami ust uniesionymi do lekkiego uśmiechu.
teraz jechał leśną ścieżką, zostawiając za sobą zamek. niewietrzony samochód nosił na sobie resztki zapachu bruneta, a jego marudzenie rozbijało się echem w jego głowie. zdał sobie sprawę, że lubi kiedy marudzi. wydawało mu się to urocze.
warknął cicho i zaczął kręcić pokrętłem, przy radiu łapiąc jakąś stację. z głośnika popłynęły pierwsze nuty Cannonball Lea Michele. starał się w nie wsłuchać i zagłuszyć wszystkie myśli o Théo. musiał skupić się na drodze, a nie myśleć o tych smutnych oczach, które wpatrywały się w niego, gdy oznajmiał mu, że wyjeżdża. to rozdzierało go w dziwny sposób. miał wrażenie, że mógł się z nim lepiej pożegnać, a nie tylko buziakiem w czoło.
i zahamował z piskiem opon, tuż przed granicą. piasek ze ścieżki wzbił się w powietrze, po czym opadł. siedział chwilę za kierownicą, oddychając głęboko i tępo wpatrując się w licznik, bo zdał sobie sprawę co się działo.
zakochiwał się w tym małym chłopcu. złożył mu tyle obietnic, co nie było do niego podobne. on
nie składał obietnic. a jednak, ten młody omega miał coś w sobie.
otwarł drzwiczki i wysiadł na ścieżkę. oparł dłonie na dachu i pochylił się do przodu. to trafiło go zbyt mocno i zbyt szybko. było przyjemne, ale za razem przerażające w pewien sposób. wziął głęboki oddech i spojrzał na górujący nad wciąż nagimi koronami drzew zamek. zagryzł dolną wargę, a lekki wiosenny wiatr owiewał jego twarz delikatnie.
– wrócę. obiecuję ci – szepnął i miał nadzieje, że wiatr zaniesie to do niego. – i kolejna obietnica. ugh.
wrócił do auta, trzaskając drzwiczkami. zacisnął palce mocno na kierownicy, nacisnął pedał gazu i wzbijając w górę kolejną chmurę piasku, wyjechał na szosę, mijając granicę Violet Hill. bardzo mocno starał się zagłuszyć myśli o Théo, kołatające się po jego głowę, próbując ułożyć w niej plan działania. chciał wrócić w przeciągu tygodnia. góra dwóch. nie miał zamiaru tego przeciągać w nieskończoność. a może po prostu pojedzie do niego i powie mu kim jest, po co przyszedł i dlaczego? chciał jak najszybciej wrócić.
po trzech godzinach bezustannej podróży nogi mu zdrętwiały i potrzebował je rozprostować. zjechał więc na pierwszej lepszej stacji i skoczył kupić coś do jedzenia oraz kawę, bo powoli przysypiał, a zostały mu jeszcze z dwie godziny. wypił ciepły napój, opierając się o maskę swojego czarnego mercedesa i podjadając rogalika z czekoladą. uśmiechną się, gdy przypomniał sobie jak Théo skarcił go za takie odżywianie, gdy jechali do Violet Hill. moment potem pokręcił głową wyrzucając z
niej to wspomnienie.
wrócił do samochodu i już po chwili był z powrotem na drodze. do Londynu dotarł po pierwszej. zmęczony znalazł jakiś motel i wynajął w nim pokój. wniósł swoje rzeczy do niewielkiej sypialni i rzucił w nogi łóżka. od razu podszedł do okna, wyjmując paczkę papierosów i wyciągając z niej jednego. odpalił go, otwierając okno i wypuszczając za niego obłoczek. chłodny wiatr otulił jego twarz, gdy podniósł głowę, spoglądając na niebo.
– ciekawe, czy Théo już śpi? – zapytał się w myślach. – pewnie tak. jest późno.
westchnął i sięgnął po swój telefon. przejechał po liście, kontaktów i wybrał numer, do jedynej osoby, która nie będzie spać o tej porze. przyłożył słuchawkę do ucha i czekał. jeden sygnał. drugi. trzeci. czwarty.
– a ty nie śpisz Payno? – zdziwił się głos po drugiej stronie, na co szatyn się uśmiechną.
– nie. właśnie przyjechałem do Londynu – wyznał, zaciągając się dymem i przytrzymując przez chwilę w płucach, po czym wypuścił go. – a jak Oxford, Zayn?
– nijak. gniazdo wydaje się na puste co najmniej od kilku miesięcy – wyznał jego przyjaciel. – ale mam je na oku. coś mi się w nim nie podoba.
– jakbyś potrzebował pomocy to pisz – odparł Liam. – przez najbliższy tydzień na pewno tutaj zabawię. a to tylko dwie godziny samochodem.
– półtorej. kiedy dociśniesz gazu – odparł brunet. – co to za misja?
– zobaczysz. może do tego czasu zdążysz wrócić do Violet Hill – stwierdził znów zaciągając się dymem i spoglądając na papierosa, strzepnął popiół. – wiesz. masz na mnie zły wpływ.
– wow. wczas się zorientowałeś – zachichotał mulat po drugiej stronie, a kącik ust szatyna uniósł się ku górze. – ale i tak mnie kochasz. mnie nie można nie kochać. – a potem dodał dużo bardziej ponurym głosem. – no z wyjątkiem jednej osoby.
– Zayn… – zaczął, ale przyjaciel mu przerwał.
– nie. to nieważne. znajdę sobie kogoś w końcu. kogoś, kto odwzajemni moje uczucie.
– ale on cię kocha – wpadł mu w słowo Payne.
– taa. jasne – prychnął Malik. – i dlatego dostaje szronem po oczach. wiesz jak piekło? – pyta, na co on wzdycha. – dobra. kończę. nie ma o czym gadać. siema.
– dobrej nocy – odpowiedział Li i rozłączył się. dopalił papierosa i jeszcze przez chwilę patrzył na gwiazdy blednące w świetle latarni ulicznych. kolejny powód dla którego tak bardzo kochał Violet Hill. światła miast nie przyćmiewały tam blasku gwiazd.
Théo opuścił pokój Nialla na krótko przed północą, przemykając się ciemnymi korytarzami. szedł ze spuszczoną głową, z dłońmi schowanymi w kieszeniach i oczami, lustrującego uważnie wszystko dookoła. jego niespokojne myśli wciąż wypełniał Liam oraz jego nagły wyjazd i zachowanie. także to wcześniejsze.
najpierw obiecywał, że będzie zawsze obok, a później wyjeżdżał, próbując zrobić to chyłkiem. to naprawdę zaniepokoiło Théo, ale postanowił o to nie pytać. zamierzał porozmawiać na ten temat z opiekunem, jednak dopiero po jego powrocie. miał nadzieję, że nastąpi on w przeciągu kilku dni.
– Johnny? – zapytał szeptem, wsuwając się po cichu do pokoju. – hej, zwierzaczku – powiedział cicho, gładząc pupila po głowie. – kładziemy się już spać, co? jutro czeka nas długi dzień – uśmiechnął się smutno i odchylił kołdrę, a potem położył się pod nią, zaczekawszy aż fretka zrobi to pierwsza. – dobranoc maluchu – westchnął i ułożył się wygodnie, wsuwając ramię pod głowę.
gdy tylko opuścił powieki, jego myśli odpłynęły w kierunku świątyni druidów, do której zabrał go Liam. słowa powtarzane bezustannie przez duchy, kłębiły się teraz w jego głowie, nie pozwalając skupić się na niczym innym. niebezpieczeństwo. to było jasne, skoro powiedziały mu to tyle razy. i było ono związane z granicami Violet Hill. brunet był tego pewien. wypełniony świadomością, że przez najbliższe godziny i tak nie zmruży oka, wysunął się z ciepłej pościeli i zajął swoje ulubione miejsce na parapecie. na nogi narzucił koc, leżący nieopodal i przez zaparowaną szybę, wbił spojrzenie w krajobraz.
wszystko wyglądało inaczej niż w dzień. było bardziej tajemnicze i mroczne, gdyż większości rzeczy nie dało się dostrzec przy pierwszym rzucie oka. drzewa, widoczne w oddali, kołysały się na silnym wietrze, a słabsze gałęzie uginały pod nim.
mogło się to wydawać normalne, ale brunet miał przeświadczenie, że przyroda także się niepokoi. to tylko potwierdzało jego przypuszczenia, że dzieje się coś niedobrego.
– książka – mruknął nagle do siebie i zerknął na biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym piętrzyły się stosy pozycji. miał je przeczytać w ciągu najbliższego miesiąca, ale ciągle to odkładał, usprawiedliwiając się natłokiem bieżącej pracy domowej. – tutaj na pewno coś będzie – stwierdził, zeskakując z parapetu.
zadowolony z własnego pomysłu, na który powinien wpaść jakiś czas wcześniej, podszedł do mahoniowego blatu i zaczął przeglądać tytuły, błyszczące w nikłym świetle lampki. kilka książek przejrzał już wcześniej, kiedy szukał informacji o roślinach obronnych, jak nazywali je nauczyciele, więc od razu odłożył je na bok.
– geneza eliksirów… nie. podstawy zielarstwa… nie. anatomia demona. też nie – mamrotał pod nosem, tworząc tematyczne sterty, żeby móc wszystko znaleźć bez większego problemu. – och, to może być dobre – zagryzł dolną wargę niemal do krwi, kiedy jego błękitne spojrzenie przesunęło po złotych literach, zdobiących twardą okładkę.
nie mając lepszego pomysłu na spędzenie najbliższych godzin, Théo przygotował zeszyt i ołówek. usiadł na swoim ulubionym miejscu, a opasły tom ułożył na udach, podkurczając nogi, by wygodniej go oprzeć. przez pierwsze rozdziały przebrnął szybko, sporządzając notatki, które zamierzał przejrzeć rano. zapisał także kilka pytań, mając zamiar zadać je Alexandrowi. wkrótce powieki Théo zaczęły opadać, więc niechętnie odłożył książkę, zaznaczając zdjęciem miejsce, w którym skończył. zmęczony zajęciami, położył się do łóżka i usnął szybko. niestety nie było mu dane długo cieszyć się odpoczynkiem, ponieważ zamiast przyjemnych wyobrażeń nadeszły krwawe koszmary.
większość z nich dotyczyła przesilenia wiosennego, kiedy chłopak po raz pierwszy był świadkiem zabójstwa demona. jednakże tym razem nie zginęła owa straszna istota, a jego obrońca. we śnie, szatyn leżał w kałuży krwi u stóp bruneta, który obudził się z krzykiem i łzami w oczach.
przestraszony Théo zacisnął palce na pościeli i przełknął ślinę, rozglądając się dookoła. gdy upewnił się, że leży w łóżku, w zamku, do którego przywiózł go Liam, odetchnął z ulgą i opadł na poduszki. chciał zamknąć oczy, jednak szybko się powstrzymał i zapalił lampkę nocną, decydując się nie zasypiać w najbliższym czasie.
– Johnny? Johnny, obudź się, bo potrzebuję towarzystwa – powiedział płaczliwie i odchrząknął szybko, trącając zwierzaka palcem wskazującym. – dziękuję, jesteś kochanym pupilkiem – szepnął, kiedy fretyka usadowiła się na jego udach i zamrugała sennie. – wiesz, że za nim tęsknię, prawda? nie żebym go jakoś szczególnie lubił – prychnął od razu, wsuwając palce w białe futerko Johna.
pupil uniósł łepek i przekrzywił go, wpatrując się uważnie w swojego właściciela. jego bystre oczy zmierzyły wzrokiem minę bruneta, a potem zostały przysłonięte przez cienkie powieki. po chwili miarowe mruczenie wydobyło się z jego gardła, łaskocząc udo Théo.
– no… dobra. może go lubię i jest jedyną osobą, której jestem w stanie w cokolwiek uwierzyć – mówił dalej, zastanawiając się czy szatyn dotarł już do celu swojej podróży i jest cały. – ale to wcale nie oznacza, że zależy mi na nim jakoś szczególnie – zadecydował i zakrył usta dłonią, by chwilę później ziewnąć głośno i zamrugać powiekami. – słuchasz mnie? – zapytał i zmarszczył brwi, kiedy John zachrapał w odpowiedzi. – dzięki ci wielkie – burknął i odłożył go na bok. po raz kolejny tej nocy, Théo wyszedł z łóżka i nasunął na stopy swoje tenisówki. kierując się instynktem, wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi uchylone i ruszył po ciemku w kierunku wyjścia. oczywiście kilka razy wpadł przy tym na ten czy inny przedmiot, stojący pod ścianą. narobił przy tym sporo hałasu, ale liczył na to, że nikogo nie obudził z przyjemnych marzeń.
znalazłszy się na, zalanych łuną księżyca, błoniach chłopak wziął głęboki oddech i usiadł na trawie podciągając nogi do klatki piersiowej. zziębnięte dłonie wsunął między uda, a powiekami zamrugał szybko, odganiając tym samym zmęczenie.
po kilkunastu minutach rozmyślań o ostatnich wydarzeniach, brunet położył się na plecach i przesunął spojrzeniem po nocnym firmamencie. pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł były gwiazdy, które świeciły jaśniej niż w mieście czy każdym innym miejscu, w którym był. niewielkie iskierki błyszczały na niebie, jakby chciały zaśmiać się perliście.
Théo uśmiechnął się do własnych wyobrażeń i uniósł się na łokciach, machając wesoło stopami. jego humor uległ znaczniej poprawie, a nieprzyjemne myśli odpłynęły w dal. zastąpiły je te wesołe, dotyczące Liama.
– ty też patrzysz na to niebo, prawda? – westchnął do siebie i podźwignął się z
zimnego podłoża, otrzepując ubrania z grudek ziemi. – mam nadzieję, że będziesz dobrze spał i sobie poradzisz – dodał, a potem niespiesznie ruszył do swojego pokoju, nucąc pod nosem.
kiedy znalazł się w sypialni, zdjął z nóg tenisówki i rzucił się na łóżko. tym razem wystarczyło kilka minut, jak spał spokojnie, z kącikami ust uniesionymi do lekkiego uśmiechu.
piątek, 10 sierpnia 2018
26
ostatnie promienie zachodzącego słońca wdzierały się przez okna do sali jadalnej, oświetlając drobiny kurzu tańczące w powietrzu i porcelanową zastawę, rozłożoną na długich stołach. do pomieszczenia wchodzili już pierwsi mieszkańcy zamku, niektórzy ze swoimi opiekunami, i zajmowali najlepsze miejsca. większość z nich zawzięcie dyskutowała o nadchodzących dniach.
Théo przecisnął się między napływającymi ludźmi, których znał jedynie z widzenia i wspiął się na palce, żeby pomachać do Nialla. zadowolony, że nie będzie musiał spędzać wieczornego posiłku w samotności, zajął miejsce obok blondyna i trącił go lekko ramieniem, chichocząc przy tym radośnie.
– hej, młody – powiedział z uśmiechem błękitnooki, przesuwając się, żeby zrobić mu więcej miejsca. – zakładam, że naszą lodową księżniczkę znasz jedynie z widzenia – dodał, wskazując widelcem na szatyna, siedzącego po drugiej stronie stołu.
– poznajcie się, Théo to Louis. Louis to Théo.
brunet zaśmiał się pod nosem i zaraz spoważniał, kiedy dostrzegł błękitne oczy, ciskające pioruny dookoła. nie ryzykując wejścia na wojenną ścieżkę, tylko uścisnął dłoń chłopaka i usiadł wygodniej obok Nialla, przesuwając wzrokiem po smakołykach rozstawionych przed nim.
– mniam! – oblizał się Théo i nałożył na talerz sałatkę, która wyglądała naprawdę apetycznie. – nigdy nie przyznam się drugi raz, że kocham to jedzenie – stwierdził, unosząc do ust kawałek zielonego ogórka i niespiesznie wsunął go pomiędzy swoje wargi.
wieczorny posiłek mijał wszystkim w przyjemnej atmosferze, jednak powoli chylił się ku końcowi. adepci wychodzili z sali małymi grupkami, liczącymi po trzy cztery osoby. tylko jedna osoba opuściła pomieszczenie samotnie, przyciągając spojrzenie Théo, który automatycznie zmarszczył brwi.
podziękowawszy za miłe towarzystwo, chłopak wstał ze swojego miejsca i szybkim krokiem ruszył w kierunku wyjścia. na korytarzu znalazł się w momencie, kiedy Payne znikał za załomem muru. zainteresowany, ale i zaniepokojony, zachowaniem swojego opiekuna, podążył za nim, zastanawiając się co powie, kiedy zostanie przyłapany na – bądź, co bądź – śledzeniu.
Théo wziął drżący oddech, gdy wyszedł za Liamem na dziedziniec, na którym stał zaparkowany ciemny samochód. rozpoznał w nim czarnego mercedesa, którym został przywieziony do Violet Hill. mogło to oznaczać wyłącznie jedno – Payne udawał się na kolejną misję.
coś zakuło Théo w sercu, kołaczącym w piersi mocniej niż wcześniej, kiedy domyślił się czemu szatyn wymykał się chyłkiem z zamku.
– Liam? – zapytał cicho, głosem drżącym z niepokoju. – Liam? – powtórzył głośniej, podchodząc do mężczyzny ze spuszczoną głową. – w-wyjeżdżasz? – młodszy zagryzł wargę i spojrzał na niego zaszklonymi oczami.
– tak – odparł szatyn, kiwając głową . – dwa tygodnie, w czasie których miałem cię pilnować non stop już minęły... Alexander wysyła mnie na kolejną misję – wyjaśnił, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. – wiesz, to nie będzie kolidowało z kontrolowaniem twoich wyników.
– o–och… – westchnął brunet, spuszczając wzrok na swoje stopy. – kiedy wrócisz? – chciał wiedzieć, mając nadzieję, że nie będzie go widział przez zaledwie kilka dni, ale odpowiedziało mu tylko wzruszenie ramion. – rozumiem… to w takim razie powodzenia – spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko grymas.
Liam wyciągnął rękę, przesunął palcami po opadającej czarnej grzywce i w przypływie emocji, przyciągnął młodszego do uścisku. chwilę później jego ciepłe usta odnalazły czoło zielonookiego i złożyły tam lekki pocałunek.
– wrócę, jak tylko będę mógł – zapewnił, odsuwając się na długość ramienia, żeby spojrzeć na twarz swojego podopiecznego. – hej, poradzisz sobie. obaj to wiemy – stwierdził, spoglądając w kierunku samochodu, przygotowanego do podróży. – muszę jechać. do zobaczenia niedługo – na odchodne zmierzwił włosy Théo i ruszył do pojazdu.
– do zobaczenia – odpowiedział Mark, wbijając spojrzenie w swoje tenisówki, żeby Payne nie zauważył jego zaszklonych oczu. – będę tęsknił – wybełkotał cicho, do samego siebie, zanim zgarbiony ruszył do drzwi wejściowych.
zasmucony rozstaniem z kolejną bliską – co sam zauważył z zaskoczeniem – osobą, udał się do swojego pokoju, gdzie zwinął się w kłębek na parapecie i zapatrzył w okno. na jego nieszczęście, sypialnia była usytuowana tak, że doskonale widział czarny samochód odjeżdżający spod zamku i kierujący się w stronę granicy.
– wróć do mnie cały – powiedział cichym głosem, ledwie nad sobą panując. – nie żeby mi zależało – prychnął, usiłując podtrzymać samego siebie na duchu.
westchnąwszy cicho, Théo zszedł z parapetu, ruszając w kierunku łazienki. uznał, że ciepły prysznic odgoni smutki chociaż na chwilę, a także pozwoli poukładać wszystko w głowie. w ostatnich dniach wydarzyło się naprawdę wiele, a na dodatek został z tym wszystkim sam. tysiące pytań i żadnej odpowiedzi, pomyślał, wchodząc do kabiny.
po szybkiej kąpieli, stanął na puszystym dywaniku i przetarł zaparowane lustro, patrząc na swoje odbicie. najwyraźniej nie umiał dostrzec tego samego, co jego opiekun, ponieważ widział wyłącznie wystraszone dziecko, a nie chłopaka, radzącego sobie z przeciwnościami losu.
kręcąc głową na własne spostrzeżenia, naciągnął na biodra czystą bieliznę, a zaraz po niej luźne spodnie dresowe i rozciągniętą koszulkę. miał do dokończenia kilka prac domowych, ale uznał, że i tak nie skupi się na żadnej z nich, więc wykorzystał czas na dokładne wysuszenie włosów, czego nigdy nie robił.
dokończenie wieczornej toalety zajęło mu mniej niż dwadzieścia minut. nie chcąc zostać sam z ponurymi myślami, brunet wyszedł z łazienki, a następnie z pokoju. na początku nie wiedział dokąd prowadzą go nogi, ale wszystko stało się jasne, kiedy stanął pod drzwiami pokoju Nialla. wiedząc, że blondyn będzie w stanie jakoś go rozbawić, uśmiechnął się pod nosem i zapukał donośnie.
drzwi otworzyły się niemal natychmiast i ukazała się w nich uśmiechnięta twarz niebieskookiego, który od razu wciągnął niższego do środka. omijając sterty ubrań rozrzuconych na podłodze, doprowadził go do łóżka i rzucił się na nie.
– co cię sprowadza do wujka Horana? – zapytał ze śmiechem, patrząc na bruneta błyszczącymi tęczówkami. – kłopoty sercowe? jakby co, to na wszystko znajdzie się rada – stwierdził, przesuwając się, by zrobić mu miejsce.
Théo wzruszył ramionami w odpowiedzi, nie wiedząc jak ma określić przyczynę zasmucenia. zamiast wypowiadania niepotrzebnych słów, zwinął się w kłębek obok Nialla i położył głowę na jego klatce piersiowej.
– wiesz… to chyba trochę bardziej skomplikowane – stwierdził, usiłując uporządkować dręczące go myśli. – i na pewno nie sprowadza się do jednej rzeczy. powiedzmy, że potrzebuję czasu na to wszystko... a teraz na pewno przyda się przytulenie – uśmiechnął się i ułożył wygodnie ciepłych ramionach, które zamknęły go w uścisku.
Théo przecisnął się między napływającymi ludźmi, których znał jedynie z widzenia i wspiął się na palce, żeby pomachać do Nialla. zadowolony, że nie będzie musiał spędzać wieczornego posiłku w samotności, zajął miejsce obok blondyna i trącił go lekko ramieniem, chichocząc przy tym radośnie.
– hej, młody – powiedział z uśmiechem błękitnooki, przesuwając się, żeby zrobić mu więcej miejsca. – zakładam, że naszą lodową księżniczkę znasz jedynie z widzenia – dodał, wskazując widelcem na szatyna, siedzącego po drugiej stronie stołu.
– poznajcie się, Théo to Louis. Louis to Théo.
brunet zaśmiał się pod nosem i zaraz spoważniał, kiedy dostrzegł błękitne oczy, ciskające pioruny dookoła. nie ryzykując wejścia na wojenną ścieżkę, tylko uścisnął dłoń chłopaka i usiadł wygodniej obok Nialla, przesuwając wzrokiem po smakołykach rozstawionych przed nim.
– mniam! – oblizał się Théo i nałożył na talerz sałatkę, która wyglądała naprawdę apetycznie. – nigdy nie przyznam się drugi raz, że kocham to jedzenie – stwierdził, unosząc do ust kawałek zielonego ogórka i niespiesznie wsunął go pomiędzy swoje wargi.
wieczorny posiłek mijał wszystkim w przyjemnej atmosferze, jednak powoli chylił się ku końcowi. adepci wychodzili z sali małymi grupkami, liczącymi po trzy cztery osoby. tylko jedna osoba opuściła pomieszczenie samotnie, przyciągając spojrzenie Théo, który automatycznie zmarszczył brwi.
podziękowawszy za miłe towarzystwo, chłopak wstał ze swojego miejsca i szybkim krokiem ruszył w kierunku wyjścia. na korytarzu znalazł się w momencie, kiedy Payne znikał za załomem muru. zainteresowany, ale i zaniepokojony, zachowaniem swojego opiekuna, podążył za nim, zastanawiając się co powie, kiedy zostanie przyłapany na – bądź, co bądź – śledzeniu.
Théo wziął drżący oddech, gdy wyszedł za Liamem na dziedziniec, na którym stał zaparkowany ciemny samochód. rozpoznał w nim czarnego mercedesa, którym został przywieziony do Violet Hill. mogło to oznaczać wyłącznie jedno – Payne udawał się na kolejną misję.
coś zakuło Théo w sercu, kołaczącym w piersi mocniej niż wcześniej, kiedy domyślił się czemu szatyn wymykał się chyłkiem z zamku.
– Liam? – zapytał cicho, głosem drżącym z niepokoju. – Liam? – powtórzył głośniej, podchodząc do mężczyzny ze spuszczoną głową. – w-wyjeżdżasz? – młodszy zagryzł wargę i spojrzał na niego zaszklonymi oczami.
– tak – odparł szatyn, kiwając głową . – dwa tygodnie, w czasie których miałem cię pilnować non stop już minęły... Alexander wysyła mnie na kolejną misję – wyjaśnił, uśmiechając się do niego pokrzepiająco. – wiesz, to nie będzie kolidowało z kontrolowaniem twoich wyników.
– o–och… – westchnął brunet, spuszczając wzrok na swoje stopy. – kiedy wrócisz? – chciał wiedzieć, mając nadzieję, że nie będzie go widział przez zaledwie kilka dni, ale odpowiedziało mu tylko wzruszenie ramion. – rozumiem… to w takim razie powodzenia – spróbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu tylko grymas.
Liam wyciągnął rękę, przesunął palcami po opadającej czarnej grzywce i w przypływie emocji, przyciągnął młodszego do uścisku. chwilę później jego ciepłe usta odnalazły czoło zielonookiego i złożyły tam lekki pocałunek.
– wrócę, jak tylko będę mógł – zapewnił, odsuwając się na długość ramienia, żeby spojrzeć na twarz swojego podopiecznego. – hej, poradzisz sobie. obaj to wiemy – stwierdził, spoglądając w kierunku samochodu, przygotowanego do podróży. – muszę jechać. do zobaczenia niedługo – na odchodne zmierzwił włosy Théo i ruszył do pojazdu.
– do zobaczenia – odpowiedział Mark, wbijając spojrzenie w swoje tenisówki, żeby Payne nie zauważył jego zaszklonych oczu. – będę tęsknił – wybełkotał cicho, do samego siebie, zanim zgarbiony ruszył do drzwi wejściowych.
zasmucony rozstaniem z kolejną bliską – co sam zauważył z zaskoczeniem – osobą, udał się do swojego pokoju, gdzie zwinął się w kłębek na parapecie i zapatrzył w okno. na jego nieszczęście, sypialnia była usytuowana tak, że doskonale widział czarny samochód odjeżdżający spod zamku i kierujący się w stronę granicy.
– wróć do mnie cały – powiedział cichym głosem, ledwie nad sobą panując. – nie żeby mi zależało – prychnął, usiłując podtrzymać samego siebie na duchu.
westchnąwszy cicho, Théo zszedł z parapetu, ruszając w kierunku łazienki. uznał, że ciepły prysznic odgoni smutki chociaż na chwilę, a także pozwoli poukładać wszystko w głowie. w ostatnich dniach wydarzyło się naprawdę wiele, a na dodatek został z tym wszystkim sam. tysiące pytań i żadnej odpowiedzi, pomyślał, wchodząc do kabiny.
po szybkiej kąpieli, stanął na puszystym dywaniku i przetarł zaparowane lustro, patrząc na swoje odbicie. najwyraźniej nie umiał dostrzec tego samego, co jego opiekun, ponieważ widział wyłącznie wystraszone dziecko, a nie chłopaka, radzącego sobie z przeciwnościami losu.
kręcąc głową na własne spostrzeżenia, naciągnął na biodra czystą bieliznę, a zaraz po niej luźne spodnie dresowe i rozciągniętą koszulkę. miał do dokończenia kilka prac domowych, ale uznał, że i tak nie skupi się na żadnej z nich, więc wykorzystał czas na dokładne wysuszenie włosów, czego nigdy nie robił.
dokończenie wieczornej toalety zajęło mu mniej niż dwadzieścia minut. nie chcąc zostać sam z ponurymi myślami, brunet wyszedł z łazienki, a następnie z pokoju. na początku nie wiedział dokąd prowadzą go nogi, ale wszystko stało się jasne, kiedy stanął pod drzwiami pokoju Nialla. wiedząc, że blondyn będzie w stanie jakoś go rozbawić, uśmiechnął się pod nosem i zapukał donośnie.
drzwi otworzyły się niemal natychmiast i ukazała się w nich uśmiechnięta twarz niebieskookiego, który od razu wciągnął niższego do środka. omijając sterty ubrań rozrzuconych na podłodze, doprowadził go do łóżka i rzucił się na nie.
– co cię sprowadza do wujka Horana? – zapytał ze śmiechem, patrząc na bruneta błyszczącymi tęczówkami. – kłopoty sercowe? jakby co, to na wszystko znajdzie się rada – stwierdził, przesuwając się, by zrobić mu miejsce.
Théo wzruszył ramionami w odpowiedzi, nie wiedząc jak ma określić przyczynę zasmucenia. zamiast wypowiadania niepotrzebnych słów, zwinął się w kłębek obok Nialla i położył głowę na jego klatce piersiowej.
– wiesz… to chyba trochę bardziej skomplikowane – stwierdził, usiłując uporządkować dręczące go myśli. – i na pewno nie sprowadza się do jednej rzeczy. powiedzmy, że potrzebuję czasu na to wszystko... a teraz na pewno przyda się przytulenie – uśmiechnął się i ułożył wygodnie ciepłych ramionach, które zamknęły go w uścisku.
sobota, 4 sierpnia 2018
25
drzwi gabinetu Alexandra otworzyły się z hukiem, a do środka wszedł zły Liam. nie. zły to było niewłaściwe określenie. on był wściekły, a z jego sarnich tęczówek ciskały pioruny. usta były zaciśnięte, a paznokcie wbiły się w dłonie tak mocno, że zostawiały na nich ślady.
brunet podniósł wzrok wyraźnie zaskoczony tym harmidrem, a gdy spostrzegł szatyna westchnął ciężko. młody mężczyzna podszedł do biurka i trzasnął dłońmi w blat. oddychał ciężko i nierówno.
– od początku wiedziałem, że to był kurwa zły pomysł! – krzyknął Payne. – zabrałem
go do tej pieprzonej świątyni i co! zamknął się w pokoju na klucz nie mówiąc nawet słowa o tym co się tam wydarzyło.
– to niedobrze. potrzebne nam te informacje – stwierdził spokojnie Daryl.
– no ja do chuja zaraz nie wytrzymam – warknął Liam i odepchnął się. przeszedł przez całą długość gabinetu, po czym wrócił do biurka znów opierając dłonie na blacie. – czy ty nie rozumiesz, że jest przerażony tym wszystkim co się wokół niego dzieje? jest tu zaledwie dwa tygodnie, a teraz jeszcze to.
– to go uspokój i dowiedz się co duchy mu powiedziały – odparł mężczyzna, a on nie wytrzymał i wymierzył mu siarczystego policzka. w pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko nierówny oddechem szatyna, który wciąż był wyraźnie zdenerwowany. Daryl w końcu podniósł dłoń do twarzy i przejechał opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu. dopiero po chwili spojrzał w
stanowcze, sarnie oczy.
– znów to zrobiłem, prawda? – zapytał cicho na co Liam przytaknął. – przepraszam.
– teraz porozmawiamy jak wuj z siostrzeńcem, a nie szef z podwładnym – oznajmił mu, a jego twarz przybrała łagodny wyraz. – Théo jest tu od dwóch tygodni, a rzuciłeś go na głęboką wodę. wyznaczyłeś mu zadanie, o którym powinien dowiedzieć dużo później. potrzebuje kogoś komu może zaufać i się zwierzyć.
– ty masz być tą osobą – przypomniał mu Daryl.
– tak, wiem, ale nie stanę się nią w przeciągu dwóch tygodni – odparł Payne. – nie po tym, jak wyrwałem go z jego bezpiecznego świata.
– wiem do czego zmierzasz, Liam i nie zgadzam się na to – pogroził siostrzeńcowi palcem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do szafki, której stała karafka z bursztynowym napojem.
– ale to jedyny sposób, wuju – wyprostował się szatyn, rozkładając ramiona. – zna tego chłopaka pięć lat. ufa mu. powie mu dosłownie wszystko. pozwól mi go tu przywieźć. wtajemniczę go we wszystko, powiem co wolno, a czego nie, dam odpowiednie papiery do podpisania, zamieszka w moim mieszkaniu w mieście. tylko pozwól mi go tu przywieźć.
Daryl spojrzał na niego upijając łyk swojej whiskey i spojrzał na swojego siostrzeńca. dopiero teraz dostrzegł jak bardzo wydoroślał oraz zmężniał. stał przed nim młody mężczyzna, a nie przestraszony chłopiec, który przyjechał tu dziesięć lat temu. i ten mężczyzna najwyraźniej poczuł coś do jednego z przebywających tu pure–blood.
– zależy ci na tym chłopaku – zauważył jego wuj, znad szklanki, a Liam spuścił wzrok, co dało jednoznaczną odpowiedź. – dobrze. przywieź tu tego chłopaka ze zdjęcia i przyjdź z nim do mnie, kiedy wrócicie. znajdziemy mu jakieś zajęcie. i będzie musiał podpisać odpowiednie papiery. weź ze sobą foldery dotyczące pure–blood i Violet Hill. jak się ten chłopak nazywa?
– Tim Warner. mieszka przy 76 Old Oak Common Lane w Londynie – odpowiedział. – a foldery już dawno wziąłem od Dean'a. wyjadę w poniedziałek.
– dobrze. a teraz zmykaj – rzucił Alexander, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. za drzwiami odtańczył mały taniec szczęścia, po czym wrócił do zamku. wspiął się po schodach, kierując do swojego pokoju. nie było sensu zachodzenia do Théo. pewnie położył się spać albo zdecydował na długi prysznic.
– Liam? – usłyszał za sobą delikatny głos, więc przystaną i spojrzał przez ramię. na końcu korytarza dostrzegł chłopaka w czarnej bluzie oraz jasnych dżinsach. kasztanowa grzywka opadała mu na czoło przysłaniając trochę oczy. tańczyły w niej złote refleksy słońca padającego przez okna. – jesteś Liam, prawda? – zapytał ponownie, robiąc dwa kroki w jego stronę.
– tak, to ja. a ty kim jesteś? – odparł, przyglądając się niższemu chłopakowi, który podszedł do niego. dopiero teraz mógł dostrzec stalowo-niebieskie tęczówki, które były dziwnie chłodne. zaczął się domyślać, kim jest szatyn stojący przed nim.
– jestem Louis Tomlinson – padło, a kącik ust Liama drgnął ku górze. – moim opiekunem jest Zayn Malik. przyjaźnicie się, prawda?
– tak. ale to chyba nie daje ci uprawnień do zaczepiania mnie na korytarzu – odparł lekko rozbawiony, po czym dodał. – przepraszam. więc, o co chodzi?
– nie wiesz gdzie jest Zayn? – spytał niepewnie niebieskooki. – szukam go od kilku
godzin, ale nie mogę znaleźć.
– oh. to nie powiedział ci? – zdziwił się Li, a widząc zdziwione spojrzenie Tomlinsona, wznowił. – Zayn nie musi już chodzić za tobą jak cień. twoje dwa tygodnie ochronne już się skończyły, a on jest szpiegiem ISMIO. wyjechał na misję w te środę.
– na misję – powtórzył wyraźnie zaskoczony szatyn. – i nie pożegnał się ze mną?
– najwyraźniej nie chciał znów dostać szronem po oczach – stwierdził, wzruszając ramionami. Lou otworzył usta zszokowany, jednak po chwili je zamknął.
Payne nachylił się, by spojrzeć prosto w jego oczy i powiedział:
– poza tym, on nie jest zimny jak lód, który najwyraźniej zmroził ci serce. Zayn bardzo cię lubi. nawet więcej niż bardzo.
odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak zatrzymała go drobna dłoń, zaciskając się na rękawie jego kurtki. przystanął więc i przekręcił głowę w lewo, dając mu tym samym znak, że słucha go.
– też go lubię. nawet więcej niż lubię. ale nie potrafię inaczej.
– czasem wystarczy zwykły uśmiech i buziak w policzek – odpowiedział mu i szatyn puścił jego rękaw. na powrót więc ruszył do swojego pokoju myśląc o tym co powiedział Louisowi. może on też powinien dać buziaka Théo?
brunet podniósł wzrok wyraźnie zaskoczony tym harmidrem, a gdy spostrzegł szatyna westchnął ciężko. młody mężczyzna podszedł do biurka i trzasnął dłońmi w blat. oddychał ciężko i nierówno.
– od początku wiedziałem, że to był kurwa zły pomysł! – krzyknął Payne. – zabrałem
go do tej pieprzonej świątyni i co! zamknął się w pokoju na klucz nie mówiąc nawet słowa o tym co się tam wydarzyło.
– to niedobrze. potrzebne nam te informacje – stwierdził spokojnie Daryl.
– no ja do chuja zaraz nie wytrzymam – warknął Liam i odepchnął się. przeszedł przez całą długość gabinetu, po czym wrócił do biurka znów opierając dłonie na blacie. – czy ty nie rozumiesz, że jest przerażony tym wszystkim co się wokół niego dzieje? jest tu zaledwie dwa tygodnie, a teraz jeszcze to.
– to go uspokój i dowiedz się co duchy mu powiedziały – odparł mężczyzna, a on nie wytrzymał i wymierzył mu siarczystego policzka. w pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko nierówny oddechem szatyna, który wciąż był wyraźnie zdenerwowany. Daryl w końcu podniósł dłoń do twarzy i przejechał opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu. dopiero po chwili spojrzał w
stanowcze, sarnie oczy.
– znów to zrobiłem, prawda? – zapytał cicho na co Liam przytaknął. – przepraszam.
– teraz porozmawiamy jak wuj z siostrzeńcem, a nie szef z podwładnym – oznajmił mu, a jego twarz przybrała łagodny wyraz. – Théo jest tu od dwóch tygodni, a rzuciłeś go na głęboką wodę. wyznaczyłeś mu zadanie, o którym powinien dowiedzieć dużo później. potrzebuje kogoś komu może zaufać i się zwierzyć.
– ty masz być tą osobą – przypomniał mu Daryl.
– tak, wiem, ale nie stanę się nią w przeciągu dwóch tygodni – odparł Payne. – nie po tym, jak wyrwałem go z jego bezpiecznego świata.
– wiem do czego zmierzasz, Liam i nie zgadzam się na to – pogroził siostrzeńcowi palcem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do szafki, której stała karafka z bursztynowym napojem.
– ale to jedyny sposób, wuju – wyprostował się szatyn, rozkładając ramiona. – zna tego chłopaka pięć lat. ufa mu. powie mu dosłownie wszystko. pozwól mi go tu przywieźć. wtajemniczę go we wszystko, powiem co wolno, a czego nie, dam odpowiednie papiery do podpisania, zamieszka w moim mieszkaniu w mieście. tylko pozwól mi go tu przywieźć.
Daryl spojrzał na niego upijając łyk swojej whiskey i spojrzał na swojego siostrzeńca. dopiero teraz dostrzegł jak bardzo wydoroślał oraz zmężniał. stał przed nim młody mężczyzna, a nie przestraszony chłopiec, który przyjechał tu dziesięć lat temu. i ten mężczyzna najwyraźniej poczuł coś do jednego z przebywających tu pure–blood.
– zależy ci na tym chłopaku – zauważył jego wuj, znad szklanki, a Liam spuścił wzrok, co dało jednoznaczną odpowiedź. – dobrze. przywieź tu tego chłopaka ze zdjęcia i przyjdź z nim do mnie, kiedy wrócicie. znajdziemy mu jakieś zajęcie. i będzie musiał podpisać odpowiednie papiery. weź ze sobą foldery dotyczące pure–blood i Violet Hill. jak się ten chłopak nazywa?
– Tim Warner. mieszka przy 76 Old Oak Common Lane w Londynie – odpowiedział. – a foldery już dawno wziąłem od Dean'a. wyjadę w poniedziałek.
– dobrze. a teraz zmykaj – rzucił Alexander, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. za drzwiami odtańczył mały taniec szczęścia, po czym wrócił do zamku. wspiął się po schodach, kierując do swojego pokoju. nie było sensu zachodzenia do Théo. pewnie położył się spać albo zdecydował na długi prysznic.
– Liam? – usłyszał za sobą delikatny głos, więc przystaną i spojrzał przez ramię. na końcu korytarza dostrzegł chłopaka w czarnej bluzie oraz jasnych dżinsach. kasztanowa grzywka opadała mu na czoło przysłaniając trochę oczy. tańczyły w niej złote refleksy słońca padającego przez okna. – jesteś Liam, prawda? – zapytał ponownie, robiąc dwa kroki w jego stronę.
– tak, to ja. a ty kim jesteś? – odparł, przyglądając się niższemu chłopakowi, który podszedł do niego. dopiero teraz mógł dostrzec stalowo-niebieskie tęczówki, które były dziwnie chłodne. zaczął się domyślać, kim jest szatyn stojący przed nim.
– jestem Louis Tomlinson – padło, a kącik ust Liama drgnął ku górze. – moim opiekunem jest Zayn Malik. przyjaźnicie się, prawda?
– tak. ale to chyba nie daje ci uprawnień do zaczepiania mnie na korytarzu – odparł lekko rozbawiony, po czym dodał. – przepraszam. więc, o co chodzi?
– nie wiesz gdzie jest Zayn? – spytał niepewnie niebieskooki. – szukam go od kilku
godzin, ale nie mogę znaleźć.
– oh. to nie powiedział ci? – zdziwił się Li, a widząc zdziwione spojrzenie Tomlinsona, wznowił. – Zayn nie musi już chodzić za tobą jak cień. twoje dwa tygodnie ochronne już się skończyły, a on jest szpiegiem ISMIO. wyjechał na misję w te środę.
– na misję – powtórzył wyraźnie zaskoczony szatyn. – i nie pożegnał się ze mną?
– najwyraźniej nie chciał znów dostać szronem po oczach – stwierdził, wzruszając ramionami. Lou otworzył usta zszokowany, jednak po chwili je zamknął.
Payne nachylił się, by spojrzeć prosto w jego oczy i powiedział:
– poza tym, on nie jest zimny jak lód, który najwyraźniej zmroził ci serce. Zayn bardzo cię lubi. nawet więcej niż bardzo.
odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak zatrzymała go drobna dłoń, zaciskając się na rękawie jego kurtki. przystanął więc i przekręcił głowę w lewo, dając mu tym samym znak, że słucha go.
– też go lubię. nawet więcej niż lubię. ale nie potrafię inaczej.
– czasem wystarczy zwykły uśmiech i buziak w policzek – odpowiedział mu i szatyn puścił jego rękaw. na powrót więc ruszył do swojego pokoju myśląc o tym co powiedział Louisowi. może on też powinien dać buziaka Théo?
czwartek, 2 sierpnia 2018
24
Théo zagryzł dolną wargę niemal do krwi i wsunął dłonie do kieszeni, tak na wszelki wypadek, gdyby korciło go dotknięcie czegokolwiek. z jednej strony był tym wszystkim zaciekawiony i podekscytowany, ale z drugiej zwyczajnie się bał.
zaledwie dwa tygodnie po przyjeździe został rzucony na głęboką wodę, postawiony przed faktami, których nikt tak naprawdę nie był pewny.
biorąc spokojne, głębokie oddechy, stanął przed łukiem i uniósł głowę, pospiesznie omiatając go niepewnym spojrzeniem. w myślach zaczynał malować najczarniejsze scenariusze, jednak szybko przywołał się do porządku. Liam zapewnił go, że nie stanie mu się krzywda, więc postanowił mu zaufać. i tak nie miał większego wyboru, skoro dał się przyprowadzić na samą granicę.
– miejmy to za sobą – powiedział zduszonym głosem, zaciskając mocno dłonie
i wbijając paznokcie w swoją jasną skórę. tylko to broniło go przed utratą resztek opanowania. – no dalej, Théo… dasz sobie radę – dodał cicho, próbując zmusić się do wykonania pierwszego kroku.
zebrawszy w sobie całą odwagę, brunet wysunął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała, a potem przeszedł przez łuk. gdy tylko znalazł się w świątyni, poczuł przenikliwe zimno oraz ruch powietrza wokół siebie, chociaż dzień był bezwietrzny. wciąż wystraszony, zacisnął powieki z całej siły i wszedł dalej, nie wykonując gwałtownych ruchów. na plecach czuł spojrzenie swojego opiekuna, ale szybko zepchnął to w głąb swojej świadomości.
– dasz radę – głos bruneta uwiązł w jego gardle, kiedy powoli otworzył oczy, usiłując opanować drżenie swojego ciała.
chłopak przesunął spojrzeniem po tym, co widział dookoła siebie i uspokoił się nieco, kiedy nie dostrzegł niczego niepokojącego. jednakże czuł czyjąś obecność. i na pewno nie była to jedna istota. było ich wiele, kłębiących się w granicach świątyni, niespokojnych, żądnych uwagi ze strony drobnego bruneta.
uspokojony na tyle, by myśleć trzeźwo, zielonooki rozluźnił spięte mięśnie i wyciszył rozkołatane myśli. rytm jego serca przeszedł z niespokojnego łopotania w równomierne, powolne uderzenia. wówczas, kiedy przestał słyszeć w uszach szum płynącej krwi, mógł wsłuchać się w nerwowe szepty. duchy świątyni były wyraźnie poruszone jego obecnością, próbowały zwrócić na siebie uwagę.
– niebezpieczeństwo… strach… zło… – kolejne słowa mieszały się ze sobą, wprawiając Théo w zdezorientowanie.
– przestańcie! – pisnął brunet, osuwając się na kolana z powodu zbyt wielu bodźców, docierających do jego zmysłów, wyczulonych bardziej niż zwykle. – powoli, błagam, powoli – wydyszał, opierając dłonie na trawie o kolorze wyblakłej zieleni. – i p-po kolei – poprosił, próbując poskromić strach palący w piersi.
dusze zaszemrały wzburzone, ale o dziwo umilkły, pozwalając chłopakowi na
przyzwyczajenie się. dopiero po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, rozpoczęły się wyjaśnienia, chaotyczne, ale dające się zrozumieć bez większego
problemu.
– granice… niebezpieczeństwo – ponure szepty jednego z duchów dotarły do uszu bruneta, a pozostałe zaszumiały na potwierdzenie. – zło… mrok… siła… – mruczenie zaczęło stopniowo cichnąć, a Monod podniósł się z trawy na drżące nogi, strzepując z dłoni grudki czarnej ziemi.
– więc twierdzicie, że mrok rośnie w siłę? – upewnił się, ściskając ciemne rękawy bluzy w swoich szczupłych palcach. – i my m-musimy coś z tym zrobić, tak? – zapytał, na powrót wsłuchując się w mamrotanie, które tylko potwierdziło jego obawy. – ale ja nie… – zaczął cichym głosem, jednak natychmiast zaatakowały go zdenerwowane głosy, głośniejsze od poprzednich. – przepraszam – jęknął i cofnął się o kilka kroków, przez co upadł boleśnie. – c-coś z tym zrobię. obiecuję.
zamieszanie uspokoiło się częściowo, a dusze ustąpiły, stopniowo tworząc więcej przestrzeni dookoła chłopaka. ten po raz drugi poniósł się z twardego podłoża i opuścił ramiona wzdłuż tułowia, usiłując się wyciszyć. nie było to łatwe, zważywszy na krążące wokół niego duchy, które co kilka chwil zacieśniały krąg dookoła niego.
– czy to wszystko? – odruchowo ściszył głos, rzucając spojrzenie za siebie, gdzie dostrzegł zaniepokojonego Liama. – wrócę… sam – dodał, mając nadzieję, że opiekun nie jest w stanie go usłyszeć.
– ponad charakter… patrzeć ponad charakter – powiedziała wyraźnie i zrozumiale jedna z dusz, którą brunet czuł dokładnie na przeciwko siebie. – serce ważniejsze. patrzeć ponad charakter – powtórzyła, zanim zanurzyła się z powrotem w nieprzeniknione zbiorowisko, bezustannie mieszające się i kłębiące.
zielonooki otworzył usta z zaskoczenia i ponownie spojrzał za siebie, kiedy zrozumiał, że mowa była o Liamie. skąd istoty mogły wiedzieć co kryje się w głębi starszego mężczyzny. chciał o to zapytać, ale uznał, że one po prostu wiedzą, więc zostawił to bez komentarza. wiedziony niejasnym przeczuciem, skłonił się i wycofał w kierunku łuku. na szczęście udało mu się opuścić świątynię bez wzbudzania niezadowolenia.
dziwnie spokojny, chłopak stanął przed brązowookim i posłał mu słaby uśmiech, po czym pokręcił głową, kiedy tamten otworzył usta, żeby zapytać co się wydarzyło. Théo nie był gotowy, żeby opowiedzieć o wszystkim, ponieważ musiał sobie wszystko poukładać. a czuł, że rozmowa z kimkolwiek mu tego nie ułatwi, bo będzie tylko czuł presję.
– wracajmy – poprosił, wsuwając rozdygotane dłonie do kieszeni bluzy. – sądzę, że wystarczy mi na dzisiaj wrażeń – stwierdził, usiłując się roześmiać, żeby rozładować napięcie, wiszące w powietrzu między nim a Paynem.
szatyn zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, zgadzając się na prośbę. na jego twarzy malowała się troska o młodszego, którego objął opiekuńczo ramieniem i poprowadził ścieżką w stronę miasteczka. najprawdopodobniej powinien zaprowadzić go prosto do Alexandra, lecz mimo wszystko postanowił tego nie robić.
całą drogę do zamku, który wydawał się bardziej ponury niż zwykle, przebyli w milczeniu, rzucając sobie zaledwie kilka spojrzeń. żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy, a niepokój wiszący w powietrzu, nie ułatwiał nawet bezsensownej wymiany zdań na temat pogody.
– chyba odpuszczę dzisiaj kolację – mruknął pod nosem brunet, kiedy już znalazł się przy dębowych drzwiach, prowadzących do jego pokoju. – potrzebuję być teraz sam – dodał z naciskiem, kiedy zauważył, że opiekun chce wejść do pomieszczenia razem z nim. – do zobaczenia jutro rano – szepnął, zatrzasnął drzwi i drżącymi palcami przekręcił klucz w zamku, inicjując charakterystyczne kliknięcie.
Monod oparł czoło o zimne drzwi i zacisnął powieki, kiedy usłyszał smutne westchnięcie, wypływające z ust szatyna. w głębi duszy wiedział, że starszy nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji, ale nie będzie naciskał. i bardzo cieszył go taki stan rzeczy, ponieważ zyskał czas niezbędny do przetrawienia wszystkiego.
zmęczony przeżyciami, chłopak zsunął z ramion ciepłą bluzę i rzucił ją niedbale na krzesło, gdzie po chwili wylądowały kolejne części garderoby. po zrzuceniu z nóg przemoczonych tenisówek, ruszył w kierunku łazienki, wziął szybki prysznic i nasunął czystą piżamę, a następnie położył się w łóżku. zasnął zanim jego głowa zdążyła dotknąć miękkiej poduszki.
zaledwie dwa tygodnie po przyjeździe został rzucony na głęboką wodę, postawiony przed faktami, których nikt tak naprawdę nie był pewny.
biorąc spokojne, głębokie oddechy, stanął przed łukiem i uniósł głowę, pospiesznie omiatając go niepewnym spojrzeniem. w myślach zaczynał malować najczarniejsze scenariusze, jednak szybko przywołał się do porządku. Liam zapewnił go, że nie stanie mu się krzywda, więc postanowił mu zaufać. i tak nie miał większego wyboru, skoro dał się przyprowadzić na samą granicę.
– miejmy to za sobą – powiedział zduszonym głosem, zaciskając mocno dłonie
i wbijając paznokcie w swoją jasną skórę. tylko to broniło go przed utratą resztek opanowania. – no dalej, Théo… dasz sobie radę – dodał cicho, próbując zmusić się do wykonania pierwszego kroku.
zebrawszy w sobie całą odwagę, brunet wysunął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała, a potem przeszedł przez łuk. gdy tylko znalazł się w świątyni, poczuł przenikliwe zimno oraz ruch powietrza wokół siebie, chociaż dzień był bezwietrzny. wciąż wystraszony, zacisnął powieki z całej siły i wszedł dalej, nie wykonując gwałtownych ruchów. na plecach czuł spojrzenie swojego opiekuna, ale szybko zepchnął to w głąb swojej świadomości.
– dasz radę – głos bruneta uwiązł w jego gardle, kiedy powoli otworzył oczy, usiłując opanować drżenie swojego ciała.
chłopak przesunął spojrzeniem po tym, co widział dookoła siebie i uspokoił się nieco, kiedy nie dostrzegł niczego niepokojącego. jednakże czuł czyjąś obecność. i na pewno nie była to jedna istota. było ich wiele, kłębiących się w granicach świątyni, niespokojnych, żądnych uwagi ze strony drobnego bruneta.
uspokojony na tyle, by myśleć trzeźwo, zielonooki rozluźnił spięte mięśnie i wyciszył rozkołatane myśli. rytm jego serca przeszedł z niespokojnego łopotania w równomierne, powolne uderzenia. wówczas, kiedy przestał słyszeć w uszach szum płynącej krwi, mógł wsłuchać się w nerwowe szepty. duchy świątyni były wyraźnie poruszone jego obecnością, próbowały zwrócić na siebie uwagę.
– niebezpieczeństwo… strach… zło… – kolejne słowa mieszały się ze sobą, wprawiając Théo w zdezorientowanie.
– przestańcie! – pisnął brunet, osuwając się na kolana z powodu zbyt wielu bodźców, docierających do jego zmysłów, wyczulonych bardziej niż zwykle. – powoli, błagam, powoli – wydyszał, opierając dłonie na trawie o kolorze wyblakłej zieleni. – i p-po kolei – poprosił, próbując poskromić strach palący w piersi.
dusze zaszemrały wzburzone, ale o dziwo umilkły, pozwalając chłopakowi na
przyzwyczajenie się. dopiero po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, rozpoczęły się wyjaśnienia, chaotyczne, ale dające się zrozumieć bez większego
problemu.
– granice… niebezpieczeństwo – ponure szepty jednego z duchów dotarły do uszu bruneta, a pozostałe zaszumiały na potwierdzenie. – zło… mrok… siła… – mruczenie zaczęło stopniowo cichnąć, a Monod podniósł się z trawy na drżące nogi, strzepując z dłoni grudki czarnej ziemi.
– więc twierdzicie, że mrok rośnie w siłę? – upewnił się, ściskając ciemne rękawy bluzy w swoich szczupłych palcach. – i my m-musimy coś z tym zrobić, tak? – zapytał, na powrót wsłuchując się w mamrotanie, które tylko potwierdziło jego obawy. – ale ja nie… – zaczął cichym głosem, jednak natychmiast zaatakowały go zdenerwowane głosy, głośniejsze od poprzednich. – przepraszam – jęknął i cofnął się o kilka kroków, przez co upadł boleśnie. – c-coś z tym zrobię. obiecuję.
zamieszanie uspokoiło się częściowo, a dusze ustąpiły, stopniowo tworząc więcej przestrzeni dookoła chłopaka. ten po raz drugi poniósł się z twardego podłoża i opuścił ramiona wzdłuż tułowia, usiłując się wyciszyć. nie było to łatwe, zważywszy na krążące wokół niego duchy, które co kilka chwil zacieśniały krąg dookoła niego.
– czy to wszystko? – odruchowo ściszył głos, rzucając spojrzenie za siebie, gdzie dostrzegł zaniepokojonego Liama. – wrócę… sam – dodał, mając nadzieję, że opiekun nie jest w stanie go usłyszeć.
– ponad charakter… patrzeć ponad charakter – powiedziała wyraźnie i zrozumiale jedna z dusz, którą brunet czuł dokładnie na przeciwko siebie. – serce ważniejsze. patrzeć ponad charakter – powtórzyła, zanim zanurzyła się z powrotem w nieprzeniknione zbiorowisko, bezustannie mieszające się i kłębiące.
zielonooki otworzył usta z zaskoczenia i ponownie spojrzał za siebie, kiedy zrozumiał, że mowa była o Liamie. skąd istoty mogły wiedzieć co kryje się w głębi starszego mężczyzny. chciał o to zapytać, ale uznał, że one po prostu wiedzą, więc zostawił to bez komentarza. wiedziony niejasnym przeczuciem, skłonił się i wycofał w kierunku łuku. na szczęście udało mu się opuścić świątynię bez wzbudzania niezadowolenia.
dziwnie spokojny, chłopak stanął przed brązowookim i posłał mu słaby uśmiech, po czym pokręcił głową, kiedy tamten otworzył usta, żeby zapytać co się wydarzyło. Théo nie był gotowy, żeby opowiedzieć o wszystkim, ponieważ musiał sobie wszystko poukładać. a czuł, że rozmowa z kimkolwiek mu tego nie ułatwi, bo będzie tylko czuł presję.
– wracajmy – poprosił, wsuwając rozdygotane dłonie do kieszeni bluzy. – sądzę, że wystarczy mi na dzisiaj wrażeń – stwierdził, usiłując się roześmiać, żeby rozładować napięcie, wiszące w powietrzu między nim a Paynem.
szatyn zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, zgadzając się na prośbę. na jego twarzy malowała się troska o młodszego, którego objął opiekuńczo ramieniem i poprowadził ścieżką w stronę miasteczka. najprawdopodobniej powinien zaprowadzić go prosto do Alexandra, lecz mimo wszystko postanowił tego nie robić.
całą drogę do zamku, który wydawał się bardziej ponury niż zwykle, przebyli w milczeniu, rzucając sobie zaledwie kilka spojrzeń. żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy, a niepokój wiszący w powietrzu, nie ułatwiał nawet bezsensownej wymiany zdań na temat pogody.
– chyba odpuszczę dzisiaj kolację – mruknął pod nosem brunet, kiedy już znalazł się przy dębowych drzwiach, prowadzących do jego pokoju. – potrzebuję być teraz sam – dodał z naciskiem, kiedy zauważył, że opiekun chce wejść do pomieszczenia razem z nim. – do zobaczenia jutro rano – szepnął, zatrzasnął drzwi i drżącymi palcami przekręcił klucz w zamku, inicjując charakterystyczne kliknięcie.
Monod oparł czoło o zimne drzwi i zacisnął powieki, kiedy usłyszał smutne westchnięcie, wypływające z ust szatyna. w głębi duszy wiedział, że starszy nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji, ale nie będzie naciskał. i bardzo cieszył go taki stan rzeczy, ponieważ zyskał czas niezbędny do przetrawienia wszystkiego.
zmęczony przeżyciami, chłopak zsunął z ramion ciepłą bluzę i rzucił ją niedbale na krzesło, gdzie po chwili wylądowały kolejne części garderoby. po zrzuceniu z nóg przemoczonych tenisówek, ruszył w kierunku łazienki, wziął szybki prysznic i nasunął czystą piżamę, a następnie położył się w łóżku. zasnął zanim jego głowa zdążyła dotknąć miękkiej poduszki.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)