środa, 30 maja 2018

5

Théo stał ze spuszczoną głową przy swoim łóżku, na którym rozłożył wszystkie możliwe torby i walizki. część z nich była zapięta i pękała w szwach od rzeczy, które je wypełniały. co ciekawe, każda koszulka, para spodni czy bokserek leżała równo ułożona, a nie wrzucona byle jak. logicznym było więc, że brunet gra na czas, starając się jakoś przekonać nieznajomego, by móc zostać w Londynie.
spomiędzy jasnych, pełnych warg, co jakiś czas ulatywało westchnienie, ale dłonie nie zaprzestawał pracy nawet na krótką chwilę. palce pracowały sprawnie, układając kolejne ubrania, żeby zmieściło się ich jak najwięcej. czasem w torbach lądowało coś jeszcze, jak laptop i wszystkie możliwe sprzęty, które można było przewieźć.
– mogę to znosić do samochodu? – zapytał niecierpliwie Liam, tupiąc głośno nogą o jasne panele. – błagam cię! naprawdę musimy się pospieszyć – warknął, kiedy nie uzyskał jednoznacznej odpowiedzi. po raz drugi nie zaczekał na nią, tylko zaczął przenosić walizki do swojego czarnego mercedesa.
brunet zacisnął palce na krawędzi torby i zamknął oczy, chcąc się uspokoić, żeby nie zacząć krzyczeć albo, co gorsza, nie wybuchnąć płaczem. a był do tego zdolny, ponieważ gdy się do czegoś przywiązał – niezależnie czy było to miejsce, rzecz lub osoba – ciężko było mu się z tym rozstać.
minuty mijały powoli, jedna za drugą, aż w końcu Monod zapiął ostatnią torbę i przerzucił jej pasek przez swoje ramię. w prawą dłoń chwycił klatkę Johna, a jego samego wsunął do swojej kieszeni, żeby się przypadkiem nie zawieruszył. oczywiście ciekawska fretka od razu wysunęła się z bezpiecznego miejsca i przebiegł po ramieniu właściciela, a potem owinął się wokół jego szyi, sycząc ostrzegawczo na Liama.
Payne nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko wrzucił walizkę do bagażnika, a klatkę wcisnął między przednie, a tylne siedzenia, by potem zajął miejsce kierowcy. wtedy dopiero zaczekał, aż Théo wsiądzie do środka i zapnie pas bezpieczeństwa. nie zwrócił mu nawet uwagi, kiedy zrzucił tenisówki i podciągnął nogi do klatki piersiowej, obejmując je ramionami.



środa, 23 maja 2018

4

miał dziwne wrażenie, że mimo starań, chłopak mu nie uwierzy. przynajmniej nie od razu. tak więc przyglądał mu się uważnie, rozważając jak właściwie zacząć tę rozmowę. ból pleców, jednak dawał mu się we znaki. zwłaszcza, że przysnęło mu się na tym fotelu, który – bądź co bądź  był wygodny. on jednak potrzebował teraz wygodnego materaca. i spotkania z medykiem, który zerknie na fioletowe siniaki, zapewne pojawiające się na plecach.
westchnął ciężko i pozwolił zmęczeniu wkraść się na twarz. od tygodnia nie spał w łóżku. w ogóle mało spał wciągu ostatniego tygodnia. ale mimo wszystko lubił tą robotę, bo po pierwsze, była dobrze płatna. a po drugie, lubił ryzyko i adrenalinę krążącą po jego krwi.
– jestem Liam Payne i należę do Międzynarodowej Tajnej Magicznej Jednostki Operacyjnej. oddział w Wielkiej Brytanii – sięgnął do tylnej kieszeni spodni i z portfela wyciągnął swoją legitymację, którą podsuną brunetowi. – jestem jednym z wielu szpiegów, których zadaniem jest obserwacja takich jak ty i w odpowiednim czasie przewiezienia do głównej siedziby.
– takich jak ja? – zapytał Théo, spoglądając na niego, po czym oddał mu legitymację. – to znaczy jakich? zwykłych śmiertelników?
– sęk w tym, że ty nie jesteś zwykłym śmiertelnikiem – odparł, odbierając plakietkę i chowając z powrotem do portfela. – jesteś jednym z czystych krwi.
– nigdy o czymś takim nie słyszałem – odparł chłopak, uważnie mu się przyglądając.
– i nie miałeś. dlatego w nazwie organizacji jest tajne, a ja jestem szpiegiem – odparł z przekąsem, po czym odchrząknął, poprawiając koszulkę. – w każdym bądź razie. czysta krew to potomkowie pierwszych magów tej ziemi  druidów. każdy z was posiada umiejętność panowania nad jednym z pierwotnych żywiołów. w twoim przypadku jest to ziemia. stąd te kwiaty.
– nie! – zaprzeczył gwałtownie Monod, podnosząc się na równe nogi. – ja... ja po prostu mam rękę do roślin. wszyscy ci to powiedzą.
– oh, naprawdę – odparł z ironią w głosie Liam, również się podnosząc. – to ta twoja ręka trochę się rozrosła.
machną dłonią i sam rozejrzał się po pomieszczeniu, patrząc jak kolejne kwiaty otwierają się, otulając ich przyjemnymi zapachami. doszedł do wniosku, że jak następnym razem będzie miał ratować jakiegoś kolesia od kwiatków, to odda tę robotę Zaynowi. ten zapach przyprawiał go o mdłości.
– wasze zdolności magiczne są inne i nie ujawniają się od razu, w kilka miesięcy po narodzinach tak jak nasze – odparł i pstryknął palcami, a brązowe oczy pojaśniały. powoli zaczął unosić dłonie, a meble w pomieszczeniu oderwały się od podłogi i uniosły w górę na kilkanaście centymetrów. widział jak chłopak przygląda się temu, po czym opuścił meble z powrotem na ziemię.
– wasza magia ujawnia się po osiemnastych urodzinach i przejawia najczęściej w okresach związanych z daną magią. spójrz na siebie – odparł i podszedł do niego, po czym przejechał palcem po smukłym nosie. – twój katar zniknął. a męczył cię przez całą zimę. ciekawe, dlaczego akurat dzisiaj ustąpił. ah, no tak. zaczęła nam się wiosna. czy to nie podczas niej czujesz się najlepiej? podobne latem? jesienią robisz się osowiały, a zimą ciągle smarkasz i chodzisz ze stanem podgorączkowym.
– skąd ty... – brunet sapnął, zdając sobie sprawę, że każde słowo jest prawdą. dokładnie tak właśnie było w ciągu roku.
– te wszystkie rośliny – Liam znów wskazał na pomieszczenie – pojawiły się, bo dziś twoja moc na dobre się rozbudziła. możesz ją teraz kontrolować. a ja chcę zabrać cię do miejsca, gdzie tego się nauczysz. i poznasz takich jak ty. poznasz innych potomków Druidów.
brunet rozejrzał się dookoła, a on dokładnie przyglądał się jego ruchom. Monod prześledził pomieszczenie, odgarniając grzywkę z czoła, by zielone tęczówki mogły dokładnie przyjrzeć się pnączom. zatrzymał wzrok na jednym kwiatku, który otworzył się pod jego spojrzeniem. otworzył usta zadziwiony, po czym znów spojrzał na szatyna, stojącego przed nim, z dłońmi zaplecionymi na piersi.
– pakuj się. musimy jak najszybciej wyjechać – oświadczył Payne.
– a nie mogę zostać tutaj? – zapytał młodszy. – mogę się uczyć jakoś korespondencyjnie?
– nie! – zagrzmiał Liama, gromiąc bruneta spojrzeniem. – masz się spakować i nie utrudniać mi roboty, jasne?
– ale...
– żadnych „ale". pakuj się – polecił chłopakowi, który spojrzał na niego groźnie, jednak nie zrobiło to na nim wielkiego wrażenia. uniósł w odpowiedzi wysoko brew, co wprawiło w zakłopotanie jego obiekt. Théo odwrócił się więc i umknął do swojego pokoju.
ruszył za nim i staną w drzwiach, opierając się o framugę oraz patrząc, jak wszystkie rzeczy zostają wepchnięte w walizkę. moment potem spod łóżka wystrzeliła biała smuga. Liam zareagował instynktownie. sięgnął za pas po swój sztylet, podniósł nogę i przydepnął stworzeniu ogon. prychnęło i zaczęło drapać po jego bucie. zmarszczył brwi, widząc białą fretkę.
– zostaw Johna! – krzyknął  brunet na Liama i wziął zwierzaka na swoje ręce. pogłaskał stworzonko po główce, a jego spiorunował wzrokiem. uniósł ręce w geście obronnym, wycofując się za drzwi. no bo skąd miał wiedzieć, że gdzieś tu czai się mały, białą fretką. nigdy go nie widział.

3

tej nocy Théo nie zasnął na dłużej niż godzinę, a kiedy przebudził się z kolejnego koszmaru i chciał choć na moment wyjść z łóżka, napotykał na surowe spojrzenie nieznajomego. wówczas wzdychał cicho i chował się z powrotem pod kołdrę, usiłując myśleć o czymś przyjemnym. zabiegi skutkowały na krótkie momenty, ale przynajmniej pomogły mu się uspokoić.
częściowo.
kiedy zegar pokazał szóstą rano, brunet skopał z siebie kołdrę i zajrzał pod łóżko, gdzie, na jednej z jego koszulek, drzemała fretka. uspokojony obecnością zwierzaka w bezpiecznym miejscu, przeniósł wzrok na szatyna, który siedział rozparty na fotelu. jego oczy były zamknięte, a klatka piersiowa unosiła się równomiernie, ale jego ciało było w stałej gotowości.
nie chcąc budzić mężczyzny, Théo podszedł do szafy i zmarszczył brwi. była masywna i ciężko było mu ją ustawić w kącie pokoju, kiedy się wprowadzał. a wtedy była całkowicie pusta, nawet wyjął z niej wszystkie półki. teraz miał przed sobą mebel wypełniony znaczną częścią ubrań, które akurat nie leżały na podłodze.
 to jedziemy z tym koksem – westchnął głośno i otworzył skrzypiące drzwi, krzywiąc się przy tym. miał nadzieję, że nie obudził tym hałasem swojego „gościa", o ile ten w ogóle spał. – ja tego układać nie będę – dodał jeszcze, zanim wyrzucił wszystkie rzeczy na podłogę.
opierając się plecami o jedną ze ścianek mebla, mocno zaparł nogi na podłodze i zaczął się powoli odpychać, przesuwając go o kilka milimetrów. po pięciu czy sześciu próbach, brunet był czerwony z wysiłku i zdyszany. postanowił jednak zrobić ostatnie podejście i w końcu udało mu się przesunąć szafę na tyle daleko od drzwi, by móc je spokojnie otworzyć.
– nareszcie – wymamrotał pod nosem i wyślizgnął się z sypialni, a jego oczom ukazało się istne pobojowisko. – tego też nie zamierzam sprzątać – burknął, ostrożnie, przechodząc między kilkoma rozbitymi przedmiotami, żeby nie poranić sobie stóp.
kiedy w końcu dotarł do kuchni, po wcześniejszym zahaczeniu o łazienkę, aż odetchnął z ulgą. pomieszczenie wyglądało tak, jak je zostawił poprzedniego ranka i nic nie zostało zniszczone. od razu uznał to w myślach za plus i otworzył lodówkę z zamiarem przygotowania śniadania. zanim jednak zdołał cokolwiek wyciągnąć, usłyszał za sobą odgłosy kroków i odwrócił się odruchowo.
w przejściu, między salonem a kuchnią, stał tajemniczy szatyn, który poprzedniej nocy wparował do jego mieszkania i nawet nie raczył wyjawić swojego imienia. między jego brwiami powstała krótka, pionowa kreska, będąca efektem mocnego ich marszczenia. wąskie usta były zaciśnięte w kreskę, a sarnie oczy pełne niezadowolenia, jednak Théo nie zwrócił na to uwagi.
– co chcesz na śniadanie? – zapytał, pozwalając sobie przejść z nim na „ty". – mogę zrobić kanapki, naleśniki i jajecznicę. wybieraj – dodał, opierając się plecami o czysty blat i skrzyżował ramiona na piersi.
mężczyzna prychnął i przysunął się do chłopaka, mordując go spojrzeniem. widać nie podobało mu się zachowanie młodszego chłopaka i nie zamierzał tego ukrywać. jego brązowe tęczówki ciskały piorunami.
– mówiłem, że masz zostać w sypialni czy nie? – warknął nieznajomy, a potem zacisnął mocno szczękę.
 mówiłeś, że musimy przeczekać do rana – odparował chłopak, wyjmując na blat składniki potrzebne do przygotowania jajecznicy. – a teraz siadaj i mi nie przeszkadzaj, bo chcę być miły i dać ci śniadanie, ale za moment zmienię zdanie!
szatyn już otwierał usta, żeby odpyskować, ale zamiast wdawać się w kłótnię, pokręcił głową i usiadł na drewnianym krześle przy stole w kuchni. stamtąd uważnie obserwował każdy ruch swojego celu. nawet ten najdrobniejszy, jak odsunięcie grzywki czy poprawienie opadających spodni.
Théo próbował ignorować obecność innej osoby w swoim otoczeniu, ale nie było to możliwe, ponieważ czuł na sobie jej świdrujący wzrok. stawało się to co raz bardziej irytujące, ale postanowił zagryźć zęby i nie wywoływać kłótni. był już świadkiem sprawności brązowookiego, więc wolał nie sprawdzać na własnej skórze, co może mu zrobić.
– smacznego – mruknął, stawiając na stole dwa talerze.
kiedy życzenie nie spotkało się z żadną odezwą, Théo wziął naczynie i przeniósł się do salonu, żeby zjeść w spokoju. wygodnie rozsiadł się w miękkim fotelu, niespiesznie grzebiąc palcem w śniadaniu. dopiero po kilku minutach zorientował się, że nie ma na nie ochoty i odstawił je na niski stoliczek do kawy.
niespełna pół godziny później w pomieszczeniu pojawił się mężczyzna, nieustannie mierzący wzrokiem bruneta, który aż mocniej wcisnął się w oparcie mebla. srogi wyraz twarzy przywodził mu na myśl starszego brata, który zawsze obdarowywał go takim spojrzeniem, kiedy coś spsocił. nawet, jeśli nie było to celowe.
– chyba masz mi coś do wyjaśnienia – stwierdził Théo, wyraźnie drżącym głosem. – co się wczoraj wydarzyło? i skąd te wszystkie kwiaty? – zapytał, zerkając w bok, gdzie na podłokietniku zaczynała kwitnąć biała lilia.
szatyn rozparł się wygodniej na swoim miejscu i powiódł wzrokiem za zielonookim, który usiadł na kanapie, opierając łokcie na swoich kolanach. jego mina i postawa świadczyły o tym, że rozmowa będzie długa i na pewno niełatwa dla obu stron.

2

był chłodnawy, marcowy wieczór. na londyńskich ulicach zalegały góry brudnego, zbitego śniegu, który nie zdążył jeszcze stopnieć pod wpływem wiosennego słońca. przy Warwick Way jedna z lamp mrugała, nie zwracając specjalnie niczyjej uwagi. jednak mimo wszystko owady zlatywały się do niej. nieopodal na krawężniku stał zaparkowany czarny mercedes. na jego tylnych siedzeniach wyciągnięty był młody mężczyzna z bardzo którko przyciętymi włosami i, którego twarz pokryła się zarostem, a chłodne sarnie oczy spoglądały na okolicę podejrzanie. na kolanach spoczywały akta niejakiego Théodore Andrew Monoda, którego obserwował już od tygodnia. czytał je chyba po raz setny, próbując odczytać z nich coś nowego.
jednak znał je już na pamięć, a ta sama uśmiechnięta twarz patrzyła na niego ze zdjęcia.
Liam wziął kęs cheeseburgera i sięgnął po kubek z colą, pociągając łyk napoju z rurki. jego tęczówki wpatrywały się w witrynę Princess Flower – kwiaciarni prowadzonej przez jego obiekt. nie był w niej jeszcze. to nie było bezpieczne posunięcie. póki nie działa mu się krzywda, obserwował biernie w pewnej odległości.
jednak dziś była wiosenna równonoc. wszystko mogło się wydarzyć. chwilę potem odrzucił dokumenty na bok i poprawił się na miejscu. bowiem światło w kwiaciarni zgasło, a na oświetlony pomarańczowym światłem chodnik, wyszedł młodzieniec o czarnych włosach. zamknął drzwi na klucz i stawiając stopy na całych płytkach, podszedł do sąsiednich drzwi, w które wszedł, znikając na klatce schodowej. szatyn wykopał się spod papierków i wysiadł z samochodu. wygrzebał ze skórzanej kurki paczkę papierosów oraz zapalniczkę i odpalił jednego wypuszczając dym z ust. zdecydowanie za dużo czasu spędzał w towarzystwie Zayna.
w oknach mieszkania nad kwiaciarnią rozbłysło światło, a moment potem Payne mógł zobaczyć cień przemieszczający pomieszczenie. dostrzegł jak zdejmuję swoją bluzę i rzuca ją na podłogę.
"syfiarz"  pomyślał i pokręcił głową, po czym ponownie zaciągną się dymem, który wypełnił jego płuca. obserwował go od tygodnia i zawsze było tak samo. wracał do domu, rozrzucał ubrania, przez chwilę poudawał gwiazdę rocka, kręcąc się po pokoju ze szczotą w ręce, po czym światło gasło i szedł spać. tym razem było dokładnie tak samo.
w oknach zapanowała ciemność, a on wpatrywał się w nie, opierając ręce na dachu auta. nie chciał wchodzić od razu, więc odczekał godzinę, by mieć pewność, że chłopak będzie spać. dziś wolał być blisko. tak dla własnego świętego spokoju.
tak więc punkt jedenasta przebiegł na drugą stronę ulicy i wszedł na klatkę schodową, przeskakując co drugi stopień wspiął się na pierwsze piętro i przystanął, wzdychając ciężko.
– dlaczego oni wszyscy tak mają?  mruknął pod nosem, widząc przyozdobioną rozkwitającymi kwiatami klamkę. westchnął głośno i przyłożył ucho do drzwi, po których wiły się pnącza bluszczu. słyszał głośne pojękiwania i doskonale wiedział co się dzieje. była wiosenna równonoc. idealna pora na rozbudzenie się wszelakich roślinnych zdolności.
kwiaty otwierały się, uwalniając piękną woń, która otulała jego zmysły. przymknął oczy tylko na moment, chcąc w pełni poczuć przyjemny zapach, a gdy tylko je otworzył, przywołując się do pionu, na półpiętrze dostrzegł cień.
wyprostował się, wyciągając zza paska niewielki nóż, gotów do ataku. moment potem usłyszał przeszywający skrzek, a demon pod postacią mężczyzny śmignął z górnego piętra. kopnął go tak mocno, że wpadł na drzwi mieszkania bruneta, a te wypadły z zawiasów i runą na podłogę w pokoju. jęknął, czując przeszywający ból u dołu pleców, jednak szybko się opamiętał.
podniósł się na równe nogi stanął na wprost mężczyzny, spomiędzy warg którego uleciał kolejny przeszywający skrzek. chwilę potem rzucił się na niego. Liam, jednak w porę cofnął się w bok i mężczyzna wpadł na drzwi łazienki, od których się odbił. upadł na podłogę.
– głupsze to niż szczur  prychnął, spoglądając jak demon podnosi się z podłogi. Payne rozejrzał się po pomieszczeniu, widząc wszędzie wijące się pnącza i kwiaty. dostrzegł ramkę ze zdjęciem, na którą spojrzał intensywnie. jego oczy pojaśniały, przybierając cedrowy odcień, a przedmiot uniósł się i śmignął w stronę demona, trafiając go prosto w czoło.
– kim jesteś?  usłyszał cichy głos z wyraźnym francuskim akcentem, a gdy się odwrócił spostrzegł postać w cieniu. – i skąd te wszystkie rośliny?
chciał już się odezwać, kiedy demon rzucił się na niego, zwalając go z nóg. warknął ze złości, bardziej na siebie. dał się tak łatwo rozproszyć, ale musiał ochronić tego chłopca. takie było jego zadanie.
krzyknął i przetoczył się pod nogi bruneta. usiadł okrakiem na demonie, który prychnął ukazując długie kły. Liam skrzywił się, a chwilę potem bez wahania poderżnął mężczyźnie gardło. czarna krew trysnęła, jednak po chwili przestała płynąć, a ciało zamieniło się w kupkę popiołu.
– siedemnaście  sapnął. – wybacz Zayn.
oparł dłonie na podłodze, oddychając ciężko i dopiero teraz czując jak bardzo został poturbowany. plecy bolały go niemiłosiernie i jęknął mimo wszystko.
podniósł się na równe nogi, wspierając się na ścianie. dopiero teraz dostrzegł bladą, przerażoną twarz bruneta, który wpatrywał się w niego dużymi, zielonymi oczami. zwilżył usta językiem i schował nóż za pas.
– wejdź do swojego pokoju  polecił.
– ale...  zaczął tamten, jednak przerwał mu.
– rób co mówię  odezwał się ostro. Théo zniknął w swoim pokoju, a on pospiesznie naprawił drzwi, zastawiając je komodą z przedpokoju. chwilę potem wśliznął się do pokoju chłopaka. jego tęczówki znów pojaśniały, a szafa przesunęła się zastawiając drzwi do pomieszczenia. odwrócił się i ujrzał to czego się spodziewał  jeden wielki bałagan. zignorował go jednak, podobnie jak ból w plecach oraz intensywne spojrzenie bruneta, siedzącego na brzegu łóżka i podszedł do okna. lekko odchylił zasłony, spoglądając na chodnik. jego samochód stał zaparkowany w tym samym miejscu. jednak nie to zwróciło jego uwagę.
na chodniku przy mrugającej latarni stłoczyła się grupa ludzi. tak można by powiedzieć na pierwszy rzut oka. Liam wiedział jednak, że są to demony i spróbują się tu dostać. był w kropce i kompletnie nie wiedział co robić. oni mogli czaić się na klatce schodowej, zupełnie jak ten mężczyzna którego się pozbył. a ci pod latarnią nie pozwalaliby mu dostać się do samochodu. warknął niezadowolony bo zostało mu jedno.
– musimy przeczekać do rana  odezwał się, zaciągając zasłonę.
– my? – oburzył się brunet, podnosząc z łóżka.  jakie my? co tu się dzieje? skąd te wszystkie rośliny?
dopiero teraz Liam zauważył pnącza wijące się pod jego stopami i wspinające na ściany. przyozdobione były barwnymi kielichami kwiatów, a mdły, odurzający zapach unosił się w powietrzu. cmoknął, opadając na całkiem wygodny fotel w rogu i splatając nogi w kostkach oraz ręce na piersiach, spojrzał na chłopaka.
– wytłumaczę ci rano. a teraz spróbuj znów zasnąć. będę czuwać, więc nic ci się nie stanie  zapewnił go, dodając w myślach do siebie. "musisz rozbudzić moc do końca."

1

w niewielkiej kwiaciarni panowała cisza, przerywana wyłącznie odgłosami krzątania się i ustawiania ciężkich doniczek w odpowiednich miejscach. raz na jakiś czas, można było usłyszeć ciche westchnienia oraz przekleństwa, kiedy ta czy inna rzecz upadła na ziemię, robiąc mały hałas.
po stosunkowo dużym pomieszczeniu przechadzał się niewysoki brunet, rzucający spojrzenia na cyferblat zegara. jego jasne dłonie były schowane w kieszeniach ciepłej bluzy, a policzki przyozdobione dorodnymi rumieńcami, kiedy niecierpliwie czekał na pojawienie się pierwszego klienta. spod czarnej grzywki wyglądały tęczówki o intensywnym kolorze zieleni, błyszczące z powodu zwykłego sobie podekscytowania oraz choroby.
tego ranka, jak w ciągu każdego innego, od momentu pierwszego dnia zimy, chłopak obudził się zakatarzony z lekkim stanem podgorączkowym. działo się tak każdego roku, od momentu, kiedy skończył osiemnaście lat, a przeziębienie zwykle przechodziło wraz z przyjściem wiosny.
Théo wypuścił cichy jęk, kiedy jego nos zatkał się i zaczerwienił jeszcze bardziej. podszedł do torby położonej za drewnianą ladą i aż podskoczył, kiedy ją otworzył. w środku, na trzech paczkach chusteczek umościło się smukłe, białe zwierzątko. najwyraźniej spało, ale brunet nie miał oporu przed odsunięciem go na bok i wyjęciem potrzebnej mu rzeczy.
serio, John? znowu? – zapytał, gładząc fretkę po małym łebku.  nie możesz wytrzymać w domu sam przez te kilka godzin?  chłopak wyciągnął rękę i położył go na podłodze. od dnia zakupu Johna, a właściwie ranka, który nastąpił po tym dniu, Théo zawsze znajdował go w swojej torbie po zejściu do kwiaciarni.
zielonooki uśmiechnął się pod nosem, kiedy poczuł przyjemne ciepło białego futerka ocierającego się o jego nogę, wyszedł przed budynek kwiaciarni i zaczął układać ścięte kwiaty w doniczkach. nie dziwiło go, że utrzymują się przez długi czas, ponieważ zdążył się do tego przyzwyczaić. wszyscy mówili, że to dzięki jego talentowi do pielęgnowania roślin, ale chłopak nie potrafił się z tym zgodzić.
po ustawieniu wszystkich donic na chodniku, Théo odetchnął głęboko i wrócił do sklepu, gdzie stanął za ladą, opierając na niej łokcie. nie minęło kilka minut, jak do budynku wszedł pierwszy z klientów. dla właściciela wyglądał dokładnie tak, jak ktoś, kto pokłócił się z ukochanym i będzie próbował go przeprosić, dlatego starał się doradzić mu jak najlepiej w wyborze bukietu, aby wyrażał dokładnie wszystkie jego uczucia. nie minęło kilka minut, jak mężczyzna opuścił kwiaciarnię, po raz kolejny dziękując brunetowi za pomoc.
Théo zachichotał i podskoczył, by usiąść na wysokim blacie, dzięki czemu mógł beztrosko machać nogami, nucąc pod nosem piosenki z bajki, którą niedawno obejrzał razem ze swoim przyjacielem. w tym czasie, kolejni zainteresowani zakupem kwiatów, wchodzili i wychodzili, nie zawsze wynosząc ze sobą nowy nabytek, ale bardzo często szeroki uśmiech.
w okolicach godziny dwudziestej, brunet usiadł na krześle w kącie pomieszczenia i zaczął konsumować kanapkę, dzieląc się małymi kęsami ze swoim zwierzakiem. jego myśli znowu wypełniały wspomnienia dziwnych snów, nawiedzających go w nocy od ponad tygodnia. za każdym razem pojawiał się w nich ten sam mężczyzna, który chciał mu coś powiedzieć, jednak gdy tylko otwierał usta, wydobywał się z nich nieprzyjemny skrzek. owa senna mara zapętlała się tylko, nie pozwalając mu na porządne wyspanie się.
– będziemy się zbierać za trochę, Johnny  westchnął, zerkając na białą fretkę, na swoich kolanach. musisz dostać swoje jedzenie, bo mi tutaj padniesz  uśmiechnął się pod nosem, wstając z miękkiego miejsca.
upewniwszy się, że do kwiaciarni nie zajrzy już nikt, Théo zaczął powoli wnosić wszystko do środka, pamiętając o wieczornym podlaniu kilku kwiatów, które wymagały tego częściej niż inne. wszystko zajęło mu prawie dwie godziny, ponieważ musiał jeszcze złożyć zamówienie na rośliny, których brakowało, a zwykle cieszyły się sporym powodzeniem. jak storczyki czy wrzos.
w końcu, kiedy wskazówki zegara zbliżały się do wskazania dwudziestej drugiej, Théo nasunął na ramiona szarą kurtkę, a potem zarzucił na jedno z nich swoją torbę, upewniwszy się, że John siedzi bezpiecznie w środku. powieki chłopaka stopniowo robiły się ociężałe, ale on starał się nie zwracać na to uwagi, pocieszając się myślą, że za kilka minut będzie mógł położyć się w ciepłym łóżku.
uśmiechając się szeroko na wspomnienie miękkiego materaca, wyszedł przed budynek i dokładnie zamknął drzwi. kiedy był pewien, że nikt nie proszony nie dostanie się do środka, przeszedł po płytach chodnika do klatki schodowej, znajdującej się obok i zniknął w niej w ułamku sekundy. po mozolnej wspinaczce po schodach, wszedł do mieszkania i odwiesił kurtkę na haczyk, a bluzę niedbale rzucił na fotel.
– dobranoc, John!  rzucił, kiedy fretka położył się na swoim legowisku i wszedł do sypialni, pozostawiając drzwi uchylone, żeby w razie czego nie musieć wstawać i wpuszczać zwierzaka. – jutro czeka nas ciężki dzień  zanucił, chwytając szczotkę z kąta pokoju. po zwiększeniu głośności radia, przez kilka minut tańczył po pomieszczeniu, głośno wtórując wokaliście.
umilkł dopiero wtedy, kiedy usłyszał głośne walenie w kaloryfer, oznaczające, że ma być cicho, ponieważ inni chcą spać. westchnąwszy cicho, brunet zdjął przez głowę białą koszulkę i zastąpił ją tą z wizerunkiem Iron Mana, a spodnie wymienił na wygodny dres. tak przygotowany, zgasił światła w domu i wsunął się pod kołdrę, a objąwszy poduszkę usnął szybko.
niemal od razu w jego sennych marzeniach pojawiła się postać tajemniczego mężczyzny, nie mogącego wydać z siebie normalnego głosu. jedynie te skrzeki. brunet jęknął cicho i podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając oczy pięściami. miał nadzieję, że jeśli się rozbudzi, to nieprzyjemne odgłosy znikną. jednak z każdą sekundą tylko się nasilały, aż w końcu brunet otworzył szeroko oczy i krzyknął. koszmar przestał być jedynie snem.
wypełniony przerażeniem, ale i ciekawością, Théo wygrzebał się z pościeli i ruszył do salonu połączonego z korytarzem, z którego dochodziły niepokojące odgłosy. to, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania, a strach wziął górę nad wszystkim innym, paraliżując sobą chłopaka.