piątek, 20 lipca 2018

17

promienie popołudniowego słońca prześlizgnęły się pomiędzy grubymi zasłonami i oświetliły łóżko, stojące pod ścianą. w dusznym pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie zduszonymi stuknięciami oraz przekleństwami. co kilka chwil przez pokój przebiegał jego właściciel, szukając tej czy innej rzeczy.
jego ciemne włosy były w nieładzie, a w oczach można było dojrzeć niezadowolenie i strach. za pół godziny miały zacząć się jego pierwsze zajęcia z praktyki obrony, więc było to uzasadnione. zwłaszcza, że Liam miał nie występować w roli jego opiekuna – tym razem miał pomagać mężczyźnie prowadzącemu lekcję. a to oczywiście jeszcze bardziej zestresowało Théo.
– no jasna cholera! – pisnął, kiedy po raz kolejny wylądował na podłodze przez własną nieuwagę. – zaraz nie zostanie mi żadne miejsce na siniaki – westchnął, gramoląc się niezdarnie z paneli.
zerknąwszy na zegarek, zielonooki naciągnął na ramiona luźną bluzę i zapiął
suwak. w drodze do drzwi założył tenisówki, ale nie miał już czasu na dokładne ich zawiązanie, jeśli chciał odprowadzić Johna do wschodniego skrzydła przy jednoczesnym nie spóźnieniu się na zajęcia. brunet rozejrzał się dookoła i uderzył dłonią w czoło, by po chwili wrócić do pokoju po swojego zwierzaka.
– nie mogłeś mi o sobie przypomnieć? – zapytał z wyrzutem, kiedy fretka owinęła się dookoła jego szyi z wyraźnym zadowoleniem wymalowanym na białym pyszczku. – do zobaczenia później, Johnny! – rzucił po kilku minutach, oddając go w ręce jednej z osób odpowiedzialnej za opiekę nad zwierzętami i ruszył biegiem w kierunku wyjścia.
gdy wypadł z zamku na zielone błonia, już z daleka zauważył, że większość osób już się zgromadziła. pamiętał jednak, iż ma jeszcze pięć minut zapasu, więc zwolnił kroku i zarumienił się, widząc spojrzenia wlepione w siebie. było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. przynajmniej na początku.
po wzięciu głębokiego oddechu, brunet wyprostował się i uśmiechnął lekko, udając, że nic go to nie obchodzi. jednak w głębi duszy dalej czuł się źle i marzył, żeby ktoś po prostu zamknął go w uścisku, nie pytając o nic.
– dzień dobry! – po błoniach potoczył się donośny głos, którego właściciel powoli kroczył w kierunku zebranej grupy.
był to niski mężczyzna – prawie tak niski jak Mark, a on do najwyższych nie należał – ubrany w czerwoną koszulkę polo, opiętą na jego okrągłym brzuchu. na szyi miał zawieszony plastikowy gwizdek, a na nogi naciągnął sportowe adidasy. chociaż po jego tuszy oraz ociężałym sposobie poruszania się było widać, że ze sportem ma niewiele wspólnego.
tuż obok niego szedł Liam, ubrany zupełnie inaczej niż na co dzień. czarna koszulka z dekoltem w serek dokładnie opinała jego umięśnioną klatkę piersiową, przez co Théo aż przełknął głośno ślinę, czując, jak pieką do policzki. na wąskich biodrach szatyna wisiały luźne spodnie dresowe, nieściągnięte sznureczkami.
– dzisiaj zaczniemy od przypomnienia z ostatnich zajęć, jako, że mamy nowego adepta – rozpoczął nauczyciel, mierząc bruneta nieprzychylnym spojrzeniem swoich brązowych tęczówek. – więc? – dodał, przesuwając wzrokiem po swoich pozostałych uczniach. – co ćwiczyliśmy w zeszłym tygodniu? – zapytał z nutą wyczekiwania w głosie.
żadna ze zgromadzonych osób nie pokusiła się o odpowiedź i wszyscy, jak jeden mąż, odwrócili wzrok, udając zainteresowanych swoimi butami czy stanem paznokci. z boku musiało to wyglądać naprawdę komicznie, jednak nikt nie miał odwagi, żeby się zaśmiać.
ciszę przerwało dopiero ciche parsknięcie Payne’a, które natychmiast przyciągnęło uwagę adeptów. na twarzach było wymalowane zdziwienie i oraz niedowierzanie, ponieważ jak do tej pory nikt nie miał odwagi zachować się tak na lekcji pana Reynoldsa.
– pozwolę sobie zauważyć, że marnujemy czas, którego mamy mało – powiedział brązowooki, wzruszając lekceważąco umięśnionymi ramionami i zerkając ukradkiem na otaczających go ludzi. – zostały nam nie więcej niż dwie godziny na przeprowadzenie zajęć, więc nie sądzę, żeby wracanie do poprzednich miało jakikolwiek sens – dodał z naciskiem, marszcząc przy tym kształtne brwi. – uważam, że pan Monod da radę wszystko nadrobić.
Théo spąsowiał, gdy tylko usłyszał swoje nazwisko i spuścił wzrok, pozwalając  grzywce opaść na oczy. nie chciał rzucać się w oczy bardziej, niż było to konieczne w tym wąskim gronie. zwłaszcza, że grupa osób związanych z ziemią była mniej liczna niż pozostałe – chociaż było ich więcej niż tych, którzy władali lodem czy eterem.
– myślę, że możemy zaczynać – burknął Reynolds, mierząc młodszego mężczyznę nieprzychylnym spojrzeniem. – dzisiaj zajmiemy się obroną. podzielcie się na pary – rzucił, składając dłonie za plecami. – teraz, a nie za trzy godziny!
wyrwani z zamyślenia adepci czym prędzej dobrali się w pary, wybierając swoich najbliższych znajomych. po krótkim zamieszaniu bez partnera pozostali tylko Théo i wysoki chłopak o bladej cerze, jasnoniebieskich tęczówkach oraz nadąsanej minie. chcąc nie chcąc,  stanęli obok siebie, czekając na dalsze wskazówki nauczyciela.
– jak już wspomniałem... obrona! – niepotrzebnie zaakcentował ostatnie słowo, przechadzając się niespiesznie w tą i z powrotem, jakby chciał swoim zachowaniem wzbudzić szacunek. otrzymywał efekt z goła odwrotny. – rozstawcie się! – zakrzyknął, machając ręką w nieokreślonym kierunku. – żebyście nie wpadali na siebie podczas ćwiczeń – dodał głośno.
z widocznym ociąganiem, pary ustawiły się na całej powierzchni przeznaczonej do ćwiczeń. nie wiedząc co ich czeka, stanęli na przeciwko partnerów i spojrzeli wyczekująco na Liama, z nadzieją, że zdoła powiedzieć im coś interesującego.
szatyn był jednak trochę zajęty robieniem śmiesznych min do swojego podopiecznego, za plecami otyłego mężczyzny. odpowiedzią były zduszone chichoty Théo, które ten próbował zdusić w rękawie swojej ciepłej bluzy. szło mu to opornie, ponieważ po kilku chwilach przyciągnął uwagę nauczyciela, który zmroził go spojrzeniem.
– co jest takie zabawne? – zapytał opryskliwie, stając niedaleko zielonookiego, który na powrót zalał się widocznym rumieńcem. – zamierza mi pan odpowiedzieć, panie…?
– Monod – podpowiedział odruchowo Liam i zerknął niepewnie na swojego podopiecznego, uciekającego wzrokiem w kierunku swoich rozwiązanych tenisówek.
– przepraszam, może lepiej zaczniemy?
– dobrze! – prychnął nauczyciel, wyrzucając ramiona w górę, jakby wołał o pomstę do nieba. – wszyscy są gotowi? ustalcie między sobą kto będzie atakował, a kto się bronił. zamienicie się rolami w połowie lekcji – poinformował i ruszył w kierunku cienia z wysoko uniesioną głową.
zielonooki zerknął na swojego opiekuna i rzucił mu pytające spojrzenie. nie miał pojęcia jak zazwyczaj przebiega praktyka obrony, a bał się zapytać kogokolwiek innego, bo Liamowi ufał, a nikogo innego nie znał, więc nie miał odwagi się odezwać. nawet do przyjaźnie wyglądającej brunetki o oczach w kolorze ciemnej czekolady.
szatyn wydął lekko wargi, przesunął spoconymi dłońmi po materiale ciemnych spodni i klasnął głośno, przyciągając uwagę wszystkich. sprawiał wrażenie, jakby doskonale wiedział co robi, chociaż istniała możliwość, że wcale tak nie jest.
– podzieleni? – powiódł wzrokiem po adeptach, zatrzymując się dłużej na Théo i posyłając mu krótki, pokrzepiający uśmiech. – sądzę, że lepiej będzie, jak staniecie w sporych odległościach od siebie, ale to za chwilę – zawahał się i wziął głęboki oddech, poszukując jakiejkolwiek podpowiedzi wśród zgromadzonych. – atakujecie, używając wszystkich znanych sobie umiejętności… bronicie się w podobny sposób, ale spróbujcie nie zrobić sobie zbyt dużej krzywdy. miłej zabawy – zakończył, uśmiechając się czarująco.
Théo odwzajemnił gest i zaraz skarcił się za to w myślach, zerkając na swojego partnera, który zdecydowanym krokiem ruszył w kierunku środka pola. nie mając wielkiego wyboru, brunet podreptał za nim, zdejmując z ramion czarne okrycie i rzucając je niedbale na jeden z głazów.
ta chwila rozproszenia wystarczyła, żeby wysoki chłopak, którego imię dalej nie było znane chłopakowi, przyjął odpowiednią pozycję i posłał pierwszą serię ataków. zielone pędy w ułamku sekund owinęły się dookoła nóg niższego, uniemożliwiając mu poruszanie się. wówczas, niebieskooki uśmiechnął się kpiąco i pstryknął palcami, przyspieszając wzrost rośliny.
kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, Théo potrząsnął głową i zamknął oczy, skupiając w sobie energię. pnącza przestały wspinać się po jego ciele, opadły na podłoże i wniknęły w nie, wcześniej zmieniając kolor na brązowy. oddychając głęboko, uniósł wzrok i rzucił przeciwnikowi spojrzenie znaczące, że czeka ich interesująca walka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz