poniedziałek, 16 lipca 2018

15

słońce chyliło się ku zachodowi barwiąc niebo na czerwono. ostatnie promienie wdzierały się na korytarze zamku, przez wysokie okna, zalewając podłogę złocistymi smugami. drobinki kurzu wirowały w powietrzu, w dziwny sposób dodając uroku temu miejscu.
zza rogu wyszedł brunet, którego czarna grzywka opadała na ciemne oczy. oliwkowa skóra w wielu miejscach pokryta była tatuażami. w dłoni trzymał bukiet kwiatów ułożony przez tego nowego, którym opiekował się Liam. były pięknie w mniemaniu bruneta i pięknie się otworzyły pod dotykiem chłopca.
Zayn Malik poprawił grzywkę i podszedł do czarnych drzwi, w które zapukał. odetchnął, a moment potem na progu dostrzegł niższego chłopaka. na chłodne stalowoniebieskie oczy opadała miękko grzywka w ciepłym jasnym odcieniu brązu. i mulat naprawdę miał ochotę przebiegnąć przez nią palcami.
– proszę. dla ciebie, moja ty śnieżynko – odezwał się Malik, podając młodszemu chłopakowi bukiet zrobiony przez Théo.
Louis Tomlinson był jednym z najmłodszych pure-blood zamieszkującym Violet Hill. miał osiemnaście lat i prowadził spokojne życie w Leeds, skąd Zayn zabrał go ponad sześć tygodni temu po ataku, wyjątkowo złośliwego demona. jednak nikogo nie dziwił wiek szatyna. magia lodu miała to do siebie, iż ujawniała się szybciej niż u innych. poza tym była rzadka. podobnie jak eter. związanych z lodem było zaledwie czterech.
szatyn spojrzał na kwiaty swoimi błękitnymi tęczówkami, po czym przeniósł wzrok na błyszczące oczy bruneta. wyrwał mu bukiet z dłoni i mocno zacisnął palce na łodygach. powoli zaczął pojawiać się na nich szron, który wspinał się coraz wyżej układając się na płatkach. moment potem szron zaczął zamieniać się w lód zamrażając rośliny. następnie wypuścił kwiaty, które rozbiły się na podłodze, jak przewrócona butelka.
Zayn westchnął głośno i wszedł za szatynem do jego pokoju. ściany były w beżowym kolorze. po lewej stało wysokie łóżko, a w jego nogach ustawiona była ława. od strony okna ustawiona była szafka nocna, a przy ścianie znajdowała się trzydrzwiowa szafa z lustrami. po prawej stały dwa fotele, a miedzy nimi okrągły stolik. przy ścianie ustawione było biurko i niewielki regał. miedzy dwoma oknami stała komoda w ciemniejszym odcieniu beżu. podłoga została przykryta miękką,
kremową wykładziną.
– nie bądź taki…  zaczął brunet zamykając za sobą drzwi.
 …zimny? – dokończył za niego Lou, spoglądając na niego przez ramię, gdy podszedł do regału, w celu odnalezienia ciekawej książki. – władam lodem. nie wymagasz ode mnie zbyt wiele?
 oh, weź przestań – Zayn opadł na wygodną ławę. – przecież masz taki ładny uśmiech. nie raz widziałem go w księgarni, którą prowadziłeś.
Tomlinson zaśmiał się i odwrócił do niego. w ręku ściskał niezbyt grubą książkę, z którą podszedł do starszego mężczyzny.
– do klienta zawsze należy się uśmiechnąć – wytłumaczył. – to stary jak świat, chwyt marketingowy. przecież nikt nie kupi u ponuraka.
– ale ja umiem odróżnić szczery uśmiech od prawdziwego – zaznaczył Malik, opierając łokcie na materacu wielkiego łóżka. Louis westchnął głośno i wywrócił oczami. chciał zrobić to co zawsze. zignorować bruneta, który po prostu po pewnym czasie wychodził, zdając sobie sprawę, że nie zdziała zbyt wiele. tym razem jednak było inaczej.
Zayn złapał drobniejszego chłopaka za biodra i przyciągnął do siebie. opadł na jego, kolana, a on jedną ręką otoczył szatyna w talii, a drugą wyrwał książkę, którą rzucił na łóżko, po czym zacisnął dłoń na jego udzie. Tomlinson ułożył dłonie na jego piersi, chcąc się od niego uwolnić, ale doskonale zdawał sobie że nie zdoła.
mężczyzna był za silny. sam się o tym przekonał, kiedy siłą wyciągnął go z mieszkania, choć zapierał się nogami ile wlazło i wrzeszczał do upadłego. skończył zakneblowany ze związanymi nadgarstkami na tylny siedzeniu szarego range rovera wraz z pośpiesznie spakowaną przez bruneta walizką.
– mógłbyś się w końcu odczepić? – odparł prosto z mostu szatyn. – dwa tygodnie chodzenia za mną jak cień, skończyły się jakiś miesiąc temu.
– ale nadal jestem twoim opiekunem – wyznał, szczerząc białe zęby. – muszę kontrolować twoje wyniki w nauce przez następne jedenaście miesięcy.
– to jednak nie znaczy, że wciąż musisz ze mną chodzić na zajęcia – oburzył się omega. – w ogóle, tak swoją drogą. nie masz kwalifikacji opiekuna. jesteś szpiegiem.
– mam ci przypomnieć co się stało z twoimi pierwszymi trzema opiekunami? – Zayn wysoko uniósł brwi. – Alexander uznał, że skoro przywlokłem cię tutaj to i opiekować się tobą mogę. i ty, patrz. wciąż tu jestem.
– uważaj, bo dmuchnę ci szronem w oczy – warknął Louis w odpowiedzi.
– nie zrobisz tego.
– jak myślisz?
szatyn machnął ręką. moment potem brunet poczuł pieczenie w oczach. syknął niezadowolony i przetarł oczy dłońmi zaciśniętymi w pięść, co wykorzystał Tomlinson i podniósł się z kolan młodszego mężczyzny. triumfalny uśmieszek wkradł się na jego usta, ale zniknął chwilę potem, gdy dostrzegł pierwszą łzę bólu spływającą po policzku mulata. nie chciał mu zrobić krzywdy. mimo wszystko lubił jego towarzystwo. ale nie chciał za bardzo się przyzwyczajać, a już na pewno nie
zakochiwać.
– kurwa, piecze – jęknął Zayn, wciąż trąc oczy i ani trochę sobie nie pomagając. chciał się podnieść i na oślep trafić do drzwi. powoli miał dosyć uporu młodszego chłopaka. jednak poczuł jego chłodne dłonie na policzkach. pozwolił by podniósł jego głowę do góry i starł ślady po łzach. odgarnął z czoła czarną grzywkę i przejechał kciukami po powiekach. szron zebrał się na długich rzęsach starszego mężczyzny. opuszkami prześliznął się po nich, białe płatki opadły na policzki od razu topiąc się na
rozgrzanej ciemnej skórze.
– już – odezwał się Louis, cofając ręce i splatając je za plecami. brunet powoli uchyli powieki i zamrugał dla pewności. jedyne co czuł to nieprzyjemne wrażenie jakby miał piasek pod powiekami. wierzył jednak, że zaraz minie.
przeniósł swoje spojrzenie na twarz szatyna i od razu odnalazł jego niebieskie oczy. patrzył na nie moment, chcąc znaleźć choć cień skruchy w nich. one jednak wpatrywały się w niego bez wyrazu.
– pójdę już – rzucił, podnosząc się z ławy i wychodząc trzasnął drzwiami.
Louis drgnął na ten głośny dźwięk w zazwyczaj cichym pokoju. miał wrażenie, że tym razem mu się udało i w końcu Zayn zostawi go w spokoju. więc dlaczego poczuł taką dziwną pustkę?
spuścił wzrok, a jego jasne oczy zatrzymały się na rozbitych kwiatach.
nieświadomie podtrzymywał lód by nie roztopił się. machnął więc ręką, a odłamki podniosły się i zawirowały, na powrót składając się w piękny bukiet w jego dłoni.
cofnął lód, a potem szron i miał dziwne wrażenie, że kwiaty mają jeszcze intensywniejsze barwy i pachną bardzie mocno. zatopił w nich nos i zaciągnął
delikatną wonią, po czym spojrzał na drzwi.
– dziękuję – szepnął i ułożył bukiet w wazonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz