niedziela, 15 lipca 2018

14

tego ranka, Théo obudził się o wyznaczonej godzinie i przygotował do zajęć, biorąc wcześniej zimny prysznic, żeby móc skupić myśli. zorientował się, że przez obezwładniający go stres, nie jest w stanie zapanować nad swoimi umiejętnościami.
potwierdzeniem tego były kwiaty stojące w pokoju, które nagle stały się dwa razy większe. na szczęście nie musiał się z tego tłumaczyć, ponieważ, kiedy Payne stanął w drzwiach pokoju, nie skomentował tego, tylko zaproponował wspólne zejście na śniadanie.
poranny posiłek i późniejsze lekcje przebiegły spokojnie, jak poprzedniego dnia. jednakże żołądek bruneta zaczął ściskać się z nerwów, kiedy nadeszła pora obiadów, a pozostali adepci wylali się z klas na korytarze. chłopak celowo zwolnił kroku, trzymając się na końcu rozgadanego tłumu. przed sobą widział tył głowy swojego opiekuna, pogrążonego w rozmowie z czarnowłosym mulatem, więc
postanowił mu nie przerywać. dodatkowo, nie czując głodu, odpuścił sobie posiłek i od razu ruszył w kierunku wyjścia.
po dostaniu się na dziedziniec, Monod przymknął oczy i westchnął z ulgą, zaciągając się świeżym powietrzem, przesyconym słodkim zapachem rozkwitających kwiatów. woń stawała się silniejsza z każdą chwilą, a Théo nie miał innego wyboru, jak poskromić swoje emocje i uspokoić się. wówczas płatki wróciły do normalnych wielkości oraz kolorów.
 tak chyba lepiej – westchnął do siebie, nagle żałując, że nie ma przy sobie kogoś, z kim mógłby porozmawiać od serca.
wszyscy jego przyjaciele pozostali w Londynie, nie znając nawet powodu jego nagłego wyjazdu, a w Violet Hill nie znał właściwie nikogo. nikogo oprócz Liama i
ślicznej dziewczyny, noszącej imię Tina. jednakże z mężczyzną nie dało się porozmawiać na takie tematy, a szatynki nie widział od poprzedniego dnia na żadnym z korytarzy.
zasmucony swoją samotnością, przeszedł przez plac i zszedł na trawę, uważając, żeby nie podeptać roślinek, które się z niej wychylały. gdzieś w oddali słyszał radosne ćwierkanie ptaków, co mimo złego humoru, wywołało uśmiech na jego twarzy. ten gest poszerzył się, kiedy brunet stwierdził, że ma ponad godzinę do rozpoczęcia zajęć i może w spokoju zająć się sobą.
ucieszony wolnym czasem, przeszedł na następny pagórek, rozłożył na wilgotnej trawie swoją ciemnoniebieską kurtkę i usiadł na nią, wystawiając twarz do słońca.
kiedy łagodne promienie połaskotały jego zarumienione policzki, zachichotał radośnie, na chwilę zapominając o wszystkich troskach i zmartwieniach.
jednakże wszystko co dobre, szybko się kończy, więc upragniona godzina spokoju minęła w mgnieniu oka. Théo westchnął cicho, kiedy zobaczył, że zbliżają się jego zajęcia z zielarstwa i podniósł się z trawy, wyglądając na spokojniejszego niż wcześniej. nawet wizja wkroczenia do miejsca pełnego roślin – także tych niebezpiecznych – nie przerażała go tak bardzo, jak rano.
nucąc pod nosem piosenkę ze swojej ulubionej bajki, zebrał rzeczy i powolnym krokiem ruszył w kierunku szklarni. już z odległości kilku metrów zauważył Liama, który rozglądał się dookoła. jego mina nie wyrażała zadowolenia, ale natychmiast złagodniała, kiedy brunet pojawił się w zasięgu wzroku.
– gdzieś ty był? – zapytał Payne, krzyżując ramiona na piersi, żeby nie wyglądać na zbyt uspokojonego obecnością młodszego chłopaka. – i dlaczego nie przyszedłeś na obiad, co? teraz będziesz chodził głodny – burknął, nie zwracając uwagi na radosny chichot Théo.
– przed godziną nie byłem i teraz też nie jestem – odparł chłopak, wzruszając lekko ramionami. – poza tym, mam chyba w walizce jakieś ciastka. wytrwam do kolacji – dodał z delikatnym uśmiechem, wchodząc szybko do szklarni, żeby nie narazić się na złość nauczycielki.
tym razem, ku uldze Théo, kwiaty nie zaczęły się rozrastać, kiedy tylko przekroczył próg. nasiliła się jedynie ich woń, więc szybko zapanował nad resztkami strachu, pamiętając, że niektórym może ona nie odpowiadać. była zdecydowanie zbyt słodka, nawet dla samego Théo, chociaż był do niej przyzwyczajony.
– dzień dobry wszystkim – przywitała się kobieta, stojąca u szczytu stołu, na którym ustawione były doniczki z małymi, białymi kwiatkami. – widzę, że dzisiaj obyło się bez niepotrzebnych wypadków – powiedziała z uśmiechem, wprawiając nowego ucznia w wyraźne zakłopotania. – zatem przejdziemy do dzisiejszych ćwiczeń. musicie sprawić, żeby postawione przez wami rośliny rozrosły się w
określony sposób – przesunęła wzrokiem po uczniach i gdy nie zobaczyła żadnych oznak zrozumienia, westchnęła ciężko. – wyobraźcie sobie jakiś kształt. nie musi być wcale skomplikowany. a potem skupcie się i pomóżcie łodyżkom rozrosnąć się w ten właśnie sposób – wyjaśniła, odsuwając się pod ścianę, czym dała sygnał do rozpoczęcia ćwiczeń.
zielonooki zmarszczył na chwilę brwi i wypchnął językiem prawy policzek, usiłując wyobrazić sobie w miarę prostą figurę. jednak jedyną rzeczą, jaka przychodziła mu na myśl, był delikatny płatek śniegu, za co momentalnie się skarcił. i oczywiście odnotował w myślach, żeby więcej nie zabierać się za oglądanie bajek związanych ze śniegiem – chociaż bardzo je lubił.
rozejrzawszy się dookoła, brunet wypuścił z ust ciche sapnięcie i oparł dłonie po obu stronach glinianej doniczki. przypominając sobie jedną z rad, które usłyszał poprzedniego dnia, rozluźnił się i uśmiechnął pod nosem. przekonał się także, że zadanie nie jest takie skomplikowane, jak na początku myślał. wystarczyło tylko dać popłynąć swojej mocy, kontrolując ją w swojej podświadomości.
– brawo, Monod – nauczycielka zajrzała mu przez ramię i pokiwała głową z uznaniem, a potem odeszła, żeby kontrolować postępy innych adeptów.
zadowolony z siebie Théo, odwrócił się i oparł plecami o krawędź zimnego blatu. jego zielone spojrzenie od razu spoczęło na znudzonym Payne’ie, siedzącym pod ścianą, a w szalonej głowie pojawił zabawny pomysł. prawdą było jednak, że Théo nie zamierzał go realizować... to po prostu stało się samo. w ułamku sekundy, w brązowych, krótkich włosach mężczyzny zaczęły otwierać się niewielkie kwiatki o białych, jak śnieg płatkach.
– oj – szepnął do siebie chłopak i zagryzł dolną wargę, próbując nie wybuchnąć śmiechem na ten widok. – Liam…? – powiedział ostrożnie, podchodząc kilka kroków bliżej ze swoją niewinną miną.
brązowooki wyprostował się i spojrzał na niego pytająco, a zaraz potem zmarszczył brwi, kiedy zobaczył swoje odbicie w przeciwległej szybie. przez kilka sekund oglądał zjawisko, które miał przed oczami, a potem zacisnął wargi, piorunując swojego podopiecznego spojrzeniem.
– nie zrobiłeś tego, Monod – burknął, gwałtownie zrywając się z miejsca i wsuwając dłonie we włosy, żeby pozbyć się z nich roślin.
Théo spojrzał na niego bezradnie, rozkładając ramiona i zaraz stanął na palcach, żeby pomóc mu z wyplątywaniem zielonych łodyg. była to żmudna praca, ale nie narzekał, wiedząc, że sam się w to wpakował. jednym, nieszkodliwym wyobrażeniem, które niestety posunęło się o krok za daleko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz