środa, 18 lipca 2018

16

słońce już dawno skryło się za wierzchołkami wysokich drzew, a jego miejsce zajęło granatowe niebo, przysłonięte burzowymi chmurami. krople deszczu wybijały na szybach ustalony rytm, jednocześnie przysłaniając widok na najbliższą okolicę. światła w większości pokoi były jeszcze zapalone, ale mieszkańcy powoli szykowali się do snu. tylko nieliczni wciąż zajmowali się własnymi sprawami, które wymagały skończenia przed nastaniem następnego dnia.
jedną z tych nielicznych osób był Théo, siedzący na parapecie od przeszło dwóch godzin i wpatrujący się w krople, spływające po szybie. na jego udach leżał otwarty podręcznik z informacjami o roślinach obronnych, które musiał przyswoić przed następnym zajęciami z podstaw obrony. i naprawdę chciał się nauczyć tego wszystkiego, ale literki zaczęły tańczyć przed jego oczami, więc niechętnie zrezygnował.
u stóp chłopaka pochrapywała jego biała fretka, prawdopodobnie wykończona po całym dniu harców z innymi zwierzętami. Théo podejrzewał, że John bawił się przede wszystkim ze swoim nowym przyjacielem – Lokim.
nagle i gwałtownie brunet został wyrwany ze swoich rozmyślań przez głośne trzaśnięcie drzwi. odruchowo przeniósł zamglone spojrzenie na próg swojego pokoju i przetarł pięścią oko, wpatrując się pytająco w swojego opiekuna. a zwłaszcza w jego niepewną minę, której – za pewne – nie można było oglądać zbyt często.
– przepraszam, obudziłem cię? – zapytał Liam, wsuwając dłonie do kieszeni szarych spodni i przechodząc kilka kroków, żeby znaleźć się na środku sypialni. – bo mam małą prośbę, ale chyba może zaczekać do jutra, jeśli chcesz iść spać… czy coś – wymamrotał, spoglądając na swojego podopiecznego.
Théo podniósł się niezdarnie ze swojego wygrzanego miejsca na parapecie i odrzucił koc, nie zwracając uwagi na niezadowolone prychnięcie Johna, którego właśnie obudził. ten zwierzak często bywał niezadowolony, ale zdążył się już do tego przyzwyczaić i nie przejmował się każdym sapnięciem.
– nie przeszkadzasz, właściwie udawałem, że czytam – odparł zawstydzony
chłopak, chowając dłonie za plecami. – w czym mogę ci pomóc? – zainteresował się, a jego zielone tęczówki zabłyszczały z ciekawością.
szatyn otworzył usta, żeby mu odpowiedzieć, ale zaraz zagryzł dolną wargę i pokręcił głową. na początku chciał wytłumaczyć swój problem, jednak pokazanie go wydawało się znacznie łatwiejsze, więc bez wahania chwycił za brzeg czarnej koszulki i pociągnął go w górę. pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się w oczy była bez wątpienia jego klatka piersiowa oraz mięśnie, lecz kiedy Théo przesunął spojrzeniem po opalonej skórze dostrzegł to, o co chodziło naprawdę.
ciało mężczyzny dalej przyozdabiały rozległe siniaki. nie zmieniły one swojego wyglądu od momentu, kiedy brunet widział je po raz ostatni. nadal miały ciemnofioletowy kolor, który na brzegach przechodził w jaśniejszy odcień.
wyglądały też na bardzo bolesne, więc zielonooki odruchowo syknął.
– boli? – palnął głupio Théo i zaraz skarcił się za to w myślach, przesuwając zimnymi palcami po podłużnym krwiaku na lędźwiach szatyna. – przepraszam, nie odpowiadaj... czekaj, nie byłeś u medyka? – zmarszczył brwi i przeniósł spojrzenie na Liama, który tylko wzruszył ramionami i skrzywił się.
– byłem, ale jak widać, jego beznadziejne maści nie działają. pomożesz mi? – Payne powtórzył pytanie i poruszył ramionami, obracając się przodem w stronę bruneta. – proszę? – dodał, nie otrzymawszy żadnej reakcji i odetchnął z ulgą, kiedy Théo skinął głową.
– połóż się wygodnie – chłopak wskazał na materac, a sam ruszył do łazienki, przypominając sobie, że widział tam małe, drewniane pudełko, służące za efektowną apteczkę. – obym niczego nie sknocił – szepnął do siebie i chwycił za kasetkę, rzucając szybkie spojrzenie dookoła.
po krótkim zastanowieniu zabrał jeszcze czysty ręcznik i wrócił do pokoju, gdzie odłożył wszystko na stolik nocny. nie był pewien od czego powinien zacząć, ale przysiadł na brzegu materaca i jeszcze raz przestudiował ułożenie wszystkich siniaków. nie chciał pominąć żadnego z nich przy robieniu okładów. chociaż prawda była taka, że wiedział tylko z czego je zrobić.
brunet przesunął językiem po spierzchniętych wargach i opuścił powieki,
przypominając sobie, jak na zajęciach po prostu pozwolił magii popłynąć. wtedy wszystko działo się samo, ale pod jego częściową kontrolą, więc było dobrym rozwiązaniem. wiedziony przeczuciami chłopak zsunął się na podłogę i ułożył dłonie płasko na drewnianych panelach.
po upływie trzech czy czterech minut, spomiędzy palców Théo wychyliły się pierwsze, nieśmiałe kępki trawy. wkrótce pokryły one niewielki obszar dookoła łóżka, a co większe źdźbła niespiesznie przekształcały się w liście o znajomym wyglądzie i właściwościach. na ich widok, Théo rozpromienił się i prawie odtańczył taniec szczęścia, jednak w porę przypomniał sobie, że nie jest w pokoju sam.
zadowolony ze swojego osiągnięcia, zielonooki podźwignął się z kolan, zrywając kilka liści i od razu zmiażdżył je w dłoniach. nie był przekonany czy postępuje dobrze, ale uznał, że lepiej uwierzyć swojej intuicji, skoro do tej pory nie zawodziła. machinalnie wykonując kolejne czynności, wdrapał się na materac i przyklęknął obok Liama, pokrywając jego plecy okładami.
– czy wszystko w porządku? – upewnił się i rozerwał mokrymi palcami opakowanie z jałową gazą, którą przykrył pierwsze okłady, żeby przypadkiem się nie przesunęły. – Liam czy wsz… och – szepnął i mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, gdy zauważył, że starszy mężczyzna usnął.
Théo przez kilka chwil przyglądał się spokojnej twarzy opiekuna, a następnie wrócił do przerwanego zajęcia. starał się jednak zachowywać cicho, żeby go przez przypadek nie zbudzić – po prostu nie miał serca, żeby to zrobić. zrobiło się późno, więc wszyscy stawali się zmęczeni i zbrodnią
byłoby przeszkodzenie im w odpoczynku.
– do rana powinno być lepiej – mruknął brunet, bardziej do samego siebie. – jeśli czegoś nie zepsułem – dodał szybko, zrywając kolejne liście i przygotowując z nich okłady.
blade dłonie zielonookiego pracowały sprawnie i cicho, sukcesywnie pokrywając skórę szatyna chłodnymi kompresami. niedługo po tym, jak położył na jego plecach ostatnią gazę, poczuł zmęczenie, a jego różowe usta rozchyliły się i wydały dziwny dźwięk, przypominający ziewnięcie. jak podejrzewał, cała energia została wykorzystana do wykonania przyjemnego, aczkolwiek męczącego, zadania i teraz potrzebowała czasu na regenerację.
– dobranoc, Liam – szepnął chłopak, nakrywając plecy mężczyzny czystym ręcznikiem oraz kołdrą, którą wcześniej odrzucił na bok. – oby jutro było w porządku.
nie mając już nic do zrobienia, Théo zapakował niepotrzebne bandaże do kasetki i odniósł ją do niewielkiej łazienki. skorzystał przy tym z okazji, by wziąć szybki prysznic i wrócił do pokoju, gdzie naciągnął piżamę, zgasił światło i wsunął się na materac obok Liama. być może nie powinien tego robić, ale senność zrobiła swoje, a on wkrótce usnął, pozwalając myślom odpłynąć daleko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz