pchnął ciężkie drzwi zamku, a jego haskie przodem wbiegł do środka. jego głośne szczekanie echem odbiło się od ścian, co wywołało uśmiech na jego ustach.
zamknął za sobą drzwi, pchając je i ruszył po schodach, przywołując do siebie psa gwizdnięciem. jak zwykle ruszył w stronę kuchni skąd podebrał kilka pełnoziarnistych ciastek. jedno rzucił psu, jedno sam zaczął chrupać, a resztę zostawił na potem.
to był długi i ciężki dzień. już zapomniał jak to jest siedzieć w ławce. i o ile poranne zajęcia były w miarę w porządku, to popołudniowe okazały się porażką. po obiedzie na eliksirach Théo przypadkiem stłukł fiolkę z jakimś śmierdzącym wywarem, po którym wszystkim zaczęły łzawić oczy, więc w sumie lekcja się nie odbyła. ewakuowali się z klasy, a brunet za karę dostał do przestudiowania zasady postępowania na zajęciach. zielarstwo okazało się jeszcze większą katastrofą. o ile pozostali związani z ziemią (których była ledwie garstka) spokojnie weszli do
szklarni, tak gdy Théo przekroczył jej próg wszystkie kwiaty oraz pnącza zaczęły się
rozrastać. na szczęście nauczycielka opanowała sytuację i dała mu kilka rad, które powstrzymały rozrost. cieszył się gdy skończyły się podstawy obrony, które w tygodniu na szczęście były zajęciami teoretycznymi. bał się pomyśleć co się stanie jak dziewiętnastolatek dostanie do ręki prawdziwą broń. potem pokazał mu jak dość do biblioteki, w której od razu się zapisał i wypożyczył potrzebne książki. odnieśli je do pokoju chłopaka, by następnie udać się na spacer po rozległych ogrodach oraz błoniach.
uznał, że tam młodszy chłopak poczuje się najlepiej. następnie udali się na kolację, którą zjedli w ciszy. odprowadził go do pokoju, po czym sam wrócił do swojego, gdzie już czekał na niego Loki.
weszli na korytarz, a pies wesoło skakał wokół jego nóg. uśmiechnął się do niego i zamachnął ręką. haskie pobiegł za niewidzialnym patykiem, a gdy zorientował się, że jego pan zrobił go w konia, wrócił do niego i głośno zaszczekał.
– ciiii… - przyłożył palec do ust, chcąc uspokoić psa. kucnął i podrapał go za uchem, po czym nachylił się i ucałował go w czubek głowy. gdy się wyprostował jego wzrok zatrzymał się na pomalowanych na biało drzwiach. przygryzł dolną wargę, rozpinając swoją skórzaną kurtkę, po czym podszedł do nich i zapukał delikatnie. nie usłyszał odpowiedzi, ale mimo wszystko nacisnął klamkę, zaglądając do środka.
brunet siedział na łóżku z nogami podciągniętymi pod brodę, którą opierał na kolanach. ręce zacisnął na kostkach, a przed stopami leżała książka, której stronę właśnie przewrócił. słyszał cichy szum muzyki ze słuchawek, które włożone były w uszy bruneta. biała fretka leżała obok niego zwinięta w kuleczkę, ale gdy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi uniosła łepek i spojrzała na niego czarnymi oczkami.
podniosła się i od razu zasyczała na niego, zwracając tym uwagę Théo.
– Liam – odezwał się, wyciągając słuchawki z uszu. – co tu robisz?
– przyszedłem sprawdzić jak się czujesz po pierwszym dniu – odparł, a po chwili dodał. – wiesz… takie mam obowiązki.
wszedł do środka, a Loki za nim uważnie rozglądając się po pokoju. węszył, zaglądając w każdy kąt i ostatecznie wskoczył na łóżko. obwąchał Johna, który sięgnął łapką do psa i trącił nią mokry nos psa. ten wyprostował i przekrzywił głowę spoglądając na nowe stworzonko.
Payne uśmiechnął się, zamknął za sobą drzwi i podszedł do łóżka na brzegu którego przysiadł. John od razu na niego syknął, a on ułożył usta w dzióbek oraz groźnie zmrużył oczy. sięgną po ciastko, które przełamał i jedną połówkę wyciągnął w stronę fretki. ta niepewnie je powąchała, ale gdy doszła do wniosku, że to nic trującego wzięła je w pyszczek i zaczęła chrupać przy jego udzie.
– próbujesz się w kupić w łaski Johna? – zapytał Théo, siadając po turecku.
– coś w tym stylu – odparł i sięgnął po książkę, którą czytał brunet.
przeleciał wzrokiem po tekście i wiedział co czyta. – widzę, że profesor Fredlich zadał ci dodatkową lekturę na historię.
– tak. kazał mi to na jutro przeczytać – przyznał Théo, biorąc od niego książkę i odruchowo przebiegając palcami po stronach.
– nie przejmuj się tym – zapewnił go. – sprawdzi cię dopiero na teście. dostaniesz dodatkowe pytania, tak więc nie zarywaj nocy, bo nie warto.
brunet spojrzał na niego błyszczącymi oczyma, w które się wpatrywał, dopóki nie poczuł małej łapki opierającej się o jego udo. spuścił wzrok sarnich oczu i spostrzegł Johna patrzącego na niego i węszącego w powietrzu. podał mu drugi kawałek ciastka, który fretka od razu porwała. zaśmiał się pod nosem i ponownie spojrzał na młodszego chłopaka.
– to była porażka, prawda? – spytał, krzywiąc się lekko.
– nie było wcale tak najgorzej – zapewnił go Liam, podając mu ostatnie ciastko, które ten wziął. – no. nie licząc katastrofy na eliksirach i dżungli na zielarstwie.
brunet westchnął ciężko i wgryzł się w ciastko.
– miałeś do mnie rano jakieś pytania – stwierdził, a John znów oparł łapki na jego udzie. pokazał stworzonku, że nie ma już ciastek, to jedna wskoczyło na jego nogi i zaczęło zaglądać do kieszeni. uśmiechnął się i spojrzał na właściciela ciekawskiej fretki. – więc?
– no więc… mógłbyś mi dokładniej wytłumaczyć czym tak właściwie jest to całe bycie pure–blood? – spytał, przebiegając przez gęste włosy smukłymi palcami.
– od czego by tu zacząć – zastanowił się Liam, bo to było dość rozległe. John przestał już węszyć po jego kieszeniach i na powrót zwiną się w białą kuleczkę. – widzisz. w dzisiejszym świecie pośród śmiertelników żyją ludzie magiczni. nie są oni magami czy czarodziejami. posiadają magię, którą rozwinęli wykorzystując w stu procentach aktywność swojego mózgu.
– czyli tacy jak ty – zauważył Théo, na co on mu przytaknął. – czym ja się różnie od ciebie?
– ty jesteś potomkiem druidów. wiesz. Merlin, te sprawy – wznowił szatyn. – w dawnych czasach Druidzi byli uważani za magów, czarodziei, wróżbiarzy i mógłbym dalej wymieniać. zyskali te wszystkie przydomki dzięki faktowi, iż zostali oni obdarzeni magią natury. nie rozwinęli jej w sobie, ale dostali w zamian za walkę z mrokiem. magię tę przekazywano z pokolenia na pokolenie. kolejni potomkowie Druidów rodzili się na przestrzeni wieków i walczyli z mrokiem, który z każdym
stuleciem rośnie w siłę – przerwał na moment i zwilżył językiem spierzchłe wargi. – dziś nazywamy was pure–blood, czyli czysta krew. rodzicie się z wyjątkowym darem, który zaczyna się rozwijać po osiemnastych urodzinach. do tego czasu wszystkie siły natury – powietrze, woda, ogień, ziemia, lód oraz eter – krążą wokół was sprawdzając i ustalając, z którym współgracie najlepiej. po osiemnastych urodzinach to się rozwija, aż moc nie osiągnie punktu krytycznego i nie ustabilizuje się. u
jednych moc stabilizuje się szybciej u innych wolniej, ale zawsze punkt krytyczny przypada na równonoc lub przesilenie.
– więc… tamtej nocy, kiedy po mnie przyszedłeś moja moc się ustabilizowała, prawda? – spytał dla pewności Théo, a Li w odpowiedzi przytaknął. chłopak spojrzał na swoje dłonie. wyglądały zwyczajnie, jednak wiedział, że może w nich się kryć niezwykła moc. – kim jest Mrok?
– raczej czym. trudno powiedzieć. to… ciemna materia. bardzo inteligentna ciemna materia, która ma swoich popleczników i wysłanników – odpowiedział Payne, opierając łokcie na materacu. – nikt nie wie co jest w samym sercu tego całego chaosu. ponoć Merlinowi udało się tam dostrzec i zagasić to wszystko, ale jak widać odrodziło się. z tym będziesz walczyć i tego musisz się wystrzegać.
brunet przytaknął i zamknął książkę. Liam spojrzał na niego i skarcił siebie w myślach. nie powinien mu tego mówić. westchnął wiec ciężko i wyprostował się.
– ale na razie nie musisz się o to martwić – zapewnił go. – jesteś bezpieczny w Violet Hill. cały teren otoczony jest magicznymi barierami.
– a jakie są granice tego miejsca? – spytał z ciekawości Théo.
– pamiętasz jak skręciliśmy w tę wąską uliczkę? – odpowiedział pytaniem na pytanie, a Monod skinął głową w odpowiedzi. – tam się zaczyna bariera. potem ciągnie się aż do morza na zachodzie. na północy wyznacznikiem jest kamienny celtycki krzyż, a na południu stara świątynia. radzę do niej nie wchodzić. magię takich miejsc łatwo zaburzyć.
– dobrze – odezwał się cicho chłopak. Liam westchnął ciężko i podniósł się na nogi.
– Loki, idziemy – zawołał psa, który zeskoczył z łóżka i podreptał do drzwi. – a ty wyśpij się. i nastaw budzik na za dziesięć siódma.
potargał czarne włosy i chyba po raz pierwszy uśmiechną się do młodszego chłopaka. zaskoczony tym odchrząknął i wyszedł bez słowa zabierając ze sobą swojego psa. będą już za drzwiami, pokręcił głową i ruszył w stronę swojego pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz