sobota, 27 października 2018

55

Théo przekręcił się z boku na bok, a jego twarz wykrzywił grymas strachu. z każdą kolejną minutą chłopak poruszał się co raz niespokojniej, po jego policzkach płynęły łzy, a z ust wydzierały się krótkie okrzyki. w pewnym momencie usiadł gwałtownie, otwierając oczy szeroko ze strachu i krzyknął głośno, zaciskając palce na pościeli.
jego smukłe palce na moment zacisnęły się na krawędzi kołdry, a następnie odrzuciły ją na bok. nie chcąc ponownie zapaść w sen, Théo zsunął się z materaca i stanął na zimnej podłodze. zajął miejsce przy biurku, na nieco niewygodnym krześle, i oparł na nim łokcie, wsuwając dłonie w swoje krótkie włosy.
zaczął już przeklinać samego siebie w myślach o to, że odprawił Liama, argumentując to chęcią samotności. teraz pragnął poczuć wokół siebie jego silne ramiona i wywietrzały zapach perfum, a także usłyszeć słowa uspokojenia szeptane do ucha.
westchnąwszy ciężko, brunet ułożył przedramiona płasko na blacie i oparł na nich policzek, nucąc pod nosem cichą melodię, którą pamiętał ze święta. całość zabawy pamiętał jak przez mgłę, wiedział, że tańczył z Liamem i puścił razem z nim lampion. w jego głowie zaświtało też wspomnienie ich intymnego momentu, więc zaczerwienił się dosyć mocno. jednakże nie umiał przypomnieć sobie żadnych szczegółów, co mocno go przerażało.
wkrótce po głębokich rozmyślaniach na temat minionych godzin, powieki chłopaka zaczęły mu ciążyć, aż w końcu przysłoniły zielone tęczówki. jego sen
nie trwał jednak długo, ponieważ znowu wybudził się z niego gwałtownie. tym razem zdołał pohamować wrzask, ale nie łzy strachu, które spłynęły po jego zaczerwienionych policzkach.
nie rozmyślając długo nad tym, co powinien zrobić, Théo chwycił w dłonie swoje tenisówki i podszedł do drzwi, nie zakładając ich na bose stopy. stojąc na korytarzu zawołał cicho swojego zwierzaka, który zerwał się ze swojego posłania i pomknął do odpowiedniego pokoju jako pierwszy. gdy Théo już tam dotarł, John grzecznie siedział pod drzwiami, patrząc na swojego właściciela ślepkami, błyszczącymi nawet w ciemności.
zielonooki uśmiechnął się lekko, pospiesznie otarł policzki i wsunął się do pokoju. przypilnował, żeby fretka weszła razem z nim i zwinęła się na posłaniu obok Lokiego, cmokając go wcześniej w czubek mokrego noska. dopiero wówczas odważył się unieść wzrok.
pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł było zatroskanie, widoczne w sarnich oczach Liama. gdy dostrzegł w jakim stanie znajduje się młodszy, odłożył na bok czytaną książkę i rozłożył ramiona. bez zadawania zbędnych pytań, przyciągnął go do uścisku i pogładził po plecach. kilka sekund później, miękkie wargi odnalazły rozpaloną skórę, na czole Théo, i tam już zostały.
– mam do ciebie pytanie – powiedział Payne po dłuższym czasie milczenia, spędzonym na kołysaniu bruneta w swoich ramionach. – masz może ochotę na herbatę? – szepnął i zaraz odwzajemnił szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy podopiecznego. – załóż buty i idziemy – poklepał go lekko po udzie i wysunął się z objęć, by nasunąć swoje tenisówki.
Théo poszedł za jego przykładem i chwycił wyciągniętą dłoń, by następnie ruszyć przez korytarz, pogrążony w mroku. po bezproblemowym odnalezieniu drogi do sali jadalnej, zakradli się do kuchni i zgodnie przystąpili do przygotowania napoju. Liam zajął się wstawieniem wody i odnalezieniem opakowania z malinową herbatą, a jego chłopak przeszperał szafki, w których znalazł dwa duże
kubki.
Théo chwycił naczynie wypełnione ciepłym napojem i splótł swoje palce z tymi szatyna. nie odzywając się ani słowem, ruszył w drogę powrotną o wiele wolniejszym krokiem, by przypadkiem nie polać się wrzątkiem. gdy dotarł do sypialni starszego, bez uronienia ani kropli, uśmiechnął się do siebie delikatnie i wsunął do pomieszczenia. usłyszał, jak brązowooki podąża za nim i zamyka drzwi z cichym kliknięciem.
nie mając ochoty na powrót do łóżka, zielonooki usadowił się na podłodze przy oknie sięgającym do samej podłogi. chwilę później na jego kolanach wylądował ciepły koc, na widok którego otworzył oczy ze zdziwieniem i zadarł głowę, żeby spojrzeć na swojego opiekuna. ten tylko wzruszył ramionami i usiadł obok niego, wsuwając nogi pod miękki pled.
wciąż nie rozmawiając o wydarzeniach z minionych godzin, mężczyźni zajęli się piciem swoich herbat. wokół rozlegały się dźwięki, które akompaniowały kroplom deszczu, uderzającym o okno.
– chyba potrzebuję o tym komuś opowiedzieć – nagle odezwał się zduszony głos Théo, który spojrzał na opiekuna załzawionymi oczami. – nie mogę tak. nie mogę przez to spać, bo się boję – szeptał gorączkowo, ledwie utrzymując kubek w swoich drżących dłoniach. – pewnie to nie pomoże jakoś wybitnie, ale po prostu… potrzebne mi to – po tych słowach zamilkł, wpatrując się w Liama błagalnie.
– mów, maluchu, nie będę ci przerywał – odparł tylko szatyn, obejmując go ciaśniej ramieniem i obdarowując krótkim pocałunkiem w policzek.
zielonooki pociągnął cicho nosem i odstawił na bok naczynie. głowę ułożył wygodniej na klatce piersiowej mężczyzny i opuścił powieki. wsłuchując się w regularne bicie serca, odetchnął głęboko i podjął wątek.
– na początku była ta wizja. po tym, jak upadłem na kolana i tak okropnie rozbolała mnie głowa – zaczął, bawiąc się swoimi zimnymi palcami. – na moment ten ból przeszedł, ale zaraz wrócił. znaczy, nie sam, bo razem z nim przyszły te wszystkie obrazy – przełknął głośno ślinę i mocniej wczepił się w tors szatyna, poszukując w tym poczucia bezpieczeństwa. – i nie były zbyt przyjemne. widziałem
demony, gromadzące się przy granicach i… to, jak mordują pure–blood – szepnął, drżąc
na całym ciele ze strachu.
Payne bez słowa złapał go za biodra i przyciągnął na swoje uda. po zamknięciu go w uścisku, przycisnął wargi do jego ucha i wyszeptał kilka uspokajających słów, nie przerywając gładzenia go po plecach. minęło kilka minut, zanim Théo uspokoił się na tyle, żeby kontynuować przerwany wywód.
– z–zabijały tych, którzy nie b–byli niczego świadomi i całkiem bezbronni. t–tych,
którzy nie byli w Violet Hill i nawet nie wiedzieli kim są – powiedział na początku, głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – potem był kolejny obraz. błonia zasłane trupami. większość z ludzi, którzy tam byli, znałem – po tych słowach brunet wybuchnął niekontrolowanym płaczem, czując, jak całe napięcie uchodzi z jego ciała.
– ćśśśśśś, to wcale nie musi się spełnić – zauważył Liam, powracając do kołysania go w swoich ramionach. – prawda? jeśli przygotujemy się odpowiednio, to damy radę odeprzeć każdy atak – zauważył z pewnością siebie słyszalną w przyciszonym głosie. – Théo? widziałeś potem coś jeszcze – bardziej stwierdził niż zapytał.
chłopak pokiwał głową i oparł głowę na jego ramieniu. zanim zdążył się zastanowić nad tym, co powiedzieć, słowa same wypłynęły z jego ust. opowiedział o mężczyźnie, którego zobaczył w momencie, kiedy nad błoniami zerwała się burza.
opisał go w każdym najdrobniejszym szczególe, jaki zdołał zapamiętać, mimo szoku i przerażenia.
– czy możemy iść już spać? – zapytał nieśmiało zielonooki, kiedy już skończył mówić. – jestem zmęczony – uznał, przecierając pięścią powiekę, która ciążyła mu już od dłuższego czasu.
Payne pokiwał głową w ramach odpowiedzi i obaj podnieśli się z zimnej podłogi. naczynia ustawili na stoliku nocnym, a jeden z nich rzucił koc w nogi łóżka, do którego potem się wsunęli. brunet ułożył się tyłem do swojego opiekuna, a ten objął go w pasie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. w krótkim czasie obaj odpłynęli w sen, który był na tyle twardy, że pozwolił im zaznać spokoju przez kilka godzin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz