jego umysł przejaśnił się nieco w czasie pobytu na plaży, jednak został z powrotem przytłumiony. nie tylko przez pieszczoty, którymi bywał obdarowywany, ale także smugi dymu. ogniska, zostawione bez nadzoru na kilkanaście minut, wystrzeliły swoimi płomieniami jeszcze wyżej i spaliły polane.
– chyba powinniśmy wracać – wydyszał Payne, opierając się czołem o czoło młodszego i wysunął dłonie spod jego pomiętej koszulki. – co, głodomorku? wracamy? – powtórzył, przesuwając zimnymi palcami po rozpalonym policzku Théo.
Théo wzruszył ramionami i odepchnął się o drzewa. jego spojrzenie natychmiast pomknęło w dół, a dłonie pospiesznie poprawiły ubranie. twarz pokryła się głębszym odcieniem czerwieni, a w zielonych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki. owa radość znalazła ujście w cichym, melodyjnym śmiechu, wypływającym z pomiędzy malinowych warg.
po spleceniu palców swoich i opiekuna, Monod odchrząknął znacząco i zmierzwił dłonią swoją grzywkę. nie poprawiło to jej wyglądu, a nawet znacznie go pogorszyło. uśmiechając się głupio pod nosem, ruszył w kierunku skraju drzew i z niewinną miną wyszedł na polanę.
– oooooch! – wykrzyknął z zachwytem chłopak, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości. – zatańczymy? zatańczymy, Li? proszę! – pisnął podekscytowany, mocniej ściskając jego dłoń. – proszę, obiecuję, że to będzie już ostatni – jęknął błagalnie, wykrzywiając usta w niezadowolonym grymasie.
nie mając wyboru, szatyn wywrócił oczami i pociągnął młodszego chłopaka w kierunku majowego słupa. ustawił go w odpowiednim miejscu, ucałował w czoło i podał czerwoną wstążkę, którą ten ścisnął. odsunąwszy się o kilka kroków, posłał mu szeroki uśmiech i skrzyżował ramiona na piersi, obserwując zabawę z pewnej odległości.
zielonooki uśmiechnął się szeroko i pomachał do niego wolną ręką, a potem mocniej ścisnął wstążkę, postrzępioną na końcu. kiedy rozległ się początek melodii, rozejrzał się dookoła, by zobaczyć co robią inni, a potem podążył za ich przykładem. co kilka chwil, z jego ust ulatywał cichy chichot lub głośny śmiech. jednak ten drugi był o wiele częstszy.
pląsając dookoła maypole, brunet oddychał głęboko, nieświadomie wciągając do płuc kolejne dawki odurzającego dymu. jego tęczówki na powrót stały się zamglone, a uśmiech bardziej rozleniwiony. do wcześniejszych, nasilonych, objawów dołączył ból głowy, który wywołał niezadowolony pomruk.
brunet zmarszczył brwi i potarł wolną dłonią nasadę nosa, wyczuwając nieprzyjemne swędzenie w tym właśnie miejscu. jego podcięta grzywka opadła na czoło i przylepiła się do kropelek potu, które właśnie na nie wstąpiły. wzrastająca temperatura ciała, zmusiła chłopaka do zsunięcia z ramion czarnej marynarki, którą potem rzucił niedbale na trawę. na to, że jego opiekun pochylił się i zmiął ją w swoich palcach, nie zwrócił już uwagi.
zatracony w dobrej zabawie Théo nawet nie zauważył, kiedy jego drobne ramiona zaczęły drżeć, a obraz rozmazywać się przed oczami. spostrzegł to dopiero w chwili, kiedy potknął się o wystającą kępkę trawy i opadł na kolana. dookoła rozległy się niezadowolone okrzyki, więc Théo podniósł się szybko i odszedł kilka kroków, by potem wpaść w ramiona swojego chłopaka.
nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ogromny ból eksplodował w jego czaszce, a przeraźliwy wrzask opuścił malinowe wargi. przyciskając pięści do swojej skroni, Théo osunął się na kolana i zacisnął powieki. jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, przez co mógł łapać tylko płytkie oddechy.
zebrany na błoniach tłum zaszemrał cicho, zbijając się w ciasny okrąg wokół przerażonego Théo. nie zauważył on jednak niezdrowego poruszenia, jakie zapanowało pośród uczniów, opiekunów czy nauczycieli. pod jego powiekami przesuwały się niekontrolowane rozbłyski światła, powodujące co raz większe cierpienie.
w jednym momencie, ból ustał równie gwałtownie, jak się pojawił. brunet otworzył szeroko usta i wciągnął do płuc dużą dawkę powietrza. krople potu powoli skapywały z jego bladego czoła, kiedy pochylił się nad ziemią i wsunął palce w kępki trawy.
– n–nic mi… – zaczął Théo, usiłując podnieść się o własnych siłach, jednak z powrotem osunął się na kolana, zaciskając wargi z powodu kolejnej fali bólu.
kiedy nadeszła, nie była takim zaskoczeniem, jak wcześniejsza. jednak szokiem okazało się to, co przyszło razem z nią. obrazy, przesuwające się przed szeroko otwartymi oczami Théo, które straciły swój intensywny kolor na rzecz wyblakłego odcienia zieleni.
zastępy demonów, gromadzące się przy granicach Violet Hill. wysłannicy mroku mordujących kolejnych pure–blood z zimną krwią. błonia dookoła zamku zasłane trupami osób, które twarze wydawały mu się znajome. przeraźliwe wrzaski cierpienia, które na ułamek sekundy zadudniły w uszach zielonookiego.
– Théo? Théo, co się dzieje? – głos Liama, wypełniony szczerym przerażeniem wyrwał młodszego z transu i pozwolił mu się otrząsnąć z wizji. – błagam, możesz na mnie spojrzeć? możesz powiedzieć, że już wszystko w porządku? – mówił dalej szatyn, a jego ton stawał się co raz bardziej błagalny z każdą chwilą.
– myślę, że tak – wydyszał brunet i odchrząknął cicho, pocierając zmarznięte ramiona swoimi skostniałymi dłońmi. – odprowadzisz mnie do zamku? – poprosił, rzucając szybkie spojrzenie wszystkim zgromadzonym.
w tłumie dostrzegł kilka gestów, wyrażających zmartwienie i troskę o niego. wśród nich było niebieskie spojrzenie Nialla, drżące dłonie Tima, twarz Zayna wykrzywiona przez lekki grymas, a nawet zmarszczone brwi Louisa. na widok ludzi, będących dla niego najbliższymi w całym Violet Hill, w sercu Théo rozlało się przyjemne ciepło.
zielonooki przełknął głośno ślinę i mocno chwycił wyciągniętą dłoń swojego chłopaka, który natychmiast przygarnął go do silnego uścisku. rozluźniwszy się w jego ciepłych ramionach, czemu towarzyszyło poczucie bezpieczeństwa, przymknął oczy i zdobył się na delikatny uśmiech.
nieoczekiwanie granatowy firmament, nie przysłonięty przez żadną chmurę, przecięła jasna błyskawica. ułamek sekundy później przez błonia potoczył się towarzyszący jej grom. ulewa, jaka zerwała się po nim, w mgnieniu oka przepłoszyła do zamku wszystkich. stoły zostały sprawnie wniesione do środka, podobnie jak piętrzące się na nich butelki i kubki. ogniska ugaszono, a żarzące się węgle zostały zduszone przez krople deszczu.
jedynymi osobami, które nie uległy ogólnemu zamieszaniu byli Théo i Liam, stojący nieustannie w tym samym miejscu. drugi z nich, obejmował młodszego w opiekuńczym geście, szepcząc do jego ucha uspokajające słowa. nie miał jednak pojęcia, że żadne z nich nie dotarło do jego umysłu.
Théo wziął głęboki oddech i postąpił o krok do tyłu, kręcąc powoli głową.
jego drobne ciało wypełniało niedowierzanie na widok tego, co miał przed sobą. kilka metrów od niego, stał rosły mężczyzna. jego głowa była stosunkowo mała, w odniesieniu do reszty ciała, które wydawało się być nieco wydłużone. w jednej z dłoni trzymał paterę. drugą zaś zaciskał na przedmiocie, zbliżonym wyglądem do rogu obfitości, pojawiającego się w mitach greckich. kiedy spojrzenia Théo i owego mężczyzny spotkały się ze sobą, ten skinął mu głową i rozpłynął się.
– w–widziałeś to? – wyszeptał zielonooki, zaciskając palce na przemoczonej koszulce swojego opiekuna. – Liam, powiedz mi proszę, że to widziałeś! – jęknął, napotykając na nierozumiejące spojrzenie sarnich tęczówek.
– Théo, ale co miałem widzieć? – zapytał Liam, odsuwając z rozpalonego czoła wilgotną grzywkę.
brunet zacisnął wargi w wąską kreskę i odwrócił wzrok, czując przyspieszone bicie serca w swojej klatce piersiowej. coś zdecydowanie było nie tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz