kiedy mijał swój pokoju, na jego usta wkradł się delikatny uśmiech. bowiem w jego łóżku wciąż smacznie spał Théo. kiedy wstał rano ostrożnie ześliznął się z łóżka, ubrał się i cicho wyszedł z pokoju nie chcąc go obudzić. chłopak pewnie był zmęczony po trzech dniach egzaminów. a śniadania też by nie zjadł, bo od bladego świtu trwały przygotowania do Beltene.
wyszedł na dziedziniec i powoli wzniósł girlandę w myślach układając ją w łuk. tak samo ułożyła się nad wrotami. machnął dłonią i jedna biała wstążka, przymocowała środkową część do haka, który był centralnie na drzwiami. dwie długie czerwone wstążki natomiast przymocowały krańce. falowały delikatnie na lekkim wietrze co jakiś czas opierając się na murze. z błoni dobiegły go skoczne dźwięki skrzypiec, tin whistle* oraz bodhránu**. najwyraźniej starsi uczniowie
przygotowywali na dzisiejszy wieczór rozrywkę.
uśmiechnął się pod nosem i wrócił do środka. skierował swoje kroki do sali jadalnej, gdzie czekały na niego do rozwieszenia znacznie większe girlandy. podparł się dłońmi na biodrach, westchnął ciężko na widok tych wszystkich kwiatów i wziął się do roboty. czerwone i białe wstążki, które mocowały je wysoko pod sufitem, między oknami, opadały do samej ziemi wzdłuż ścian.
był w połowie, kiedy do pomieszczenia ktoś wpadł. nie zdążył wyhamować i przewrócił Liama na podłogę. girlanda runęła, a kwiaty rozsypały się po posadzce.
podniósł głowę, mając zamiar spiorunować winnego całemu zajściu, gdy dostrzegł zielone tęczówki pod ciemną grzywką.
– przepraszam – mruknął Théo, podnosząc się ze swojego opiekuna. – zaraz naprawię.
machnął ręką i kwiaty uniosły się w górę na nowo formując piękną girlandę, którą moment potem on umieścił pod sufitem, mocując wstążkami. otrzepał dłonie z niewidzialnego pyłu i wziął się za kolejną zerkając, kątem oka na bruneta, który poderwał głowę i z zafascynowaniem wpatrywał się w już wiszące ozdoby.
– co się dzieje? – zapytał w końcu Théo. – nie ma zajęć. kwiatowe girlandy wiszą na każdym korytarzu. i czemu nie ma śniadania?
– nie wiesz co dzisiaj jest? – zapytał lekko rozbawiony, co spotkało się z rumieńcem na jasnych policzkach i przeczącym skinieniem głowy. – dziś Święto Beltene. nie słyszałeś o nim? dziadek ci nie mówił?
– coś tam wspominał – ciemnowłosy potarł kark. – mówił, że to święto ognia i lasu.
– dokładnie. Beltene to tańce, jedzenie, picie i zabawy do białego rana – zaczął Liam, unosząc kolejną girlandę. – gdy ostatnie promienie zachodzącego słońca musną ziemię, zostaną rozpalone wielkie ogniska z dziesięciu świętych drzew, które będą palić się do rana. zapewni nam to ochronę na kolejne miesiące.
– a co się robi podczas takiej nocy? – dopytywał się Théo, stąpając za swoim
opiekunek, który właśnie wznosił kolejny ozdobę.
– no… na przykład tańczy się wokół majowego słupa. albo możesz pozbierać kwiatki i upleść mi kolejny wianek – oznajmił szatyn, odwracając się do swojego chłopaka i dotykając czubka jego nosa. – będą rozpalone mniejsze ogniska, przez które można skakać, gdy dogasają, by zapewnić sobie pomyślność. na pewno o północy zejdziemy na plażę puścić lampiony na wodę. ale głównie chodzi o dobrą zabawę. świętujemy nadejście jasnego okresu, lata. celebrujemy rozkwit życia,
urodzaj.
– czekaj. co znaczy nadejście jasnego okresu? – chłopak zmarszczył brwi. – i czy lato nie zaczyna się dwudziestego pierwszego czerwca?
– to jest lato kalendarzowe. lato które oficjalnie przyjęto na całym świecie. według tego kalendarza rozbudzają się moce pure–blood – wytłumaczył mężczyzna. – tu w Violet Hill obowiązuje kalendarz druidów, a co za tym obchodzone są święta celtyckie. zazwyczaj najhuczniej obchodzimy Beltene i
Samhain. to pierwsze zapowiada nadejście lata i jasnych miesięcy, a jego symbolem
jest światło oraz ogień. to drugie jest jego przeciwieństwem. to święto gasnącego ognia, a symbolem jest księżyc.
– chyba rozumiem – mruknął brunet, przebiegając przez ciemną grzywkę palcami. – więc cały dzień będą trwać przygotowania do Beltene? – Liam przytaknął.
– a co ze śniadaniem i obiadem? bo rozumiem, że kolację będziemy jeść przez całą noc na tym święcie.
– idź do kuchni. na pewno dadzą ci coś do jedzenia – odpowiedział szatyn, uśmiechając się pod nosem. – a o obiad się nie martw. to do niego wieszam te wszystkie girlandy. jak co roku będzie uroczysty i wujcio walnie jedną ze swoich przemów. a potem będę z Zaynem stawiał maypole.
– co to maypole? – spytał młodszy, splatając ręce za plecami.
– to ten majowy słup, wokół którego będziesz mógł sobie potańczyć – wyjaśnił.
– ah. dobra. to lecę do kuchni – zawołał i ucałował go w policzek na pożegnanie. – widzimy się na obiedzie.
– a potem na zabawie! – krzyknął jeszcze za brunetem, nim ten zniknął za drzwiami sali jadalnej. uśmiechnął się lekko po czym wrócił do swojego zadania.
skończył na godzinę przed obiadem, więc postanowił wziąć szybki prysznic dla odświeżenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz