sobota, 4 sierpnia 2018

25

drzwi gabinetu Alexandra otworzyły się z hukiem, a do środka wszedł zły Liam. nie. zły to było niewłaściwe określenie. on był wściekły, a z jego sarnich tęczówek ciskały pioruny. usta były zaciśnięte, a paznokcie wbiły się w dłonie tak mocno, że zostawiały na nich ślady.
brunet podniósł wzrok wyraźnie zaskoczony tym harmidrem, a gdy spostrzegł szatyna westchnął ciężko. młody mężczyzna podszedł do biurka i trzasnął dłońmi w blat. oddychał ciężko i nierówno.
– od początku wiedziałem, że to był kurwa zły pomysł! – krzyknął Payne. – zabrałem
go do tej pieprzonej świątyni i co! zamknął się w pokoju na klucz nie mówiąc nawet słowa o tym co się tam wydarzyło.
– to niedobrze. potrzebne nam te informacje – stwierdził spokojnie Daryl.
– no ja do chuja zaraz nie wytrzymam – warknął Liam i odepchnął się. przeszedł przez całą długość gabinetu, po czym wrócił do biurka znów opierając dłonie na blacie. – czy ty nie rozumiesz, że jest przerażony tym wszystkim co się wokół niego dzieje? jest tu zaledwie dwa tygodnie, a teraz jeszcze to.
– to go uspokój i dowiedz się co duchy mu powiedziały – odparł mężczyzna, a on nie wytrzymał i wymierzył mu siarczystego policzka. w pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana tylko nierówny oddechem szatyna, który wciąż był wyraźnie zdenerwowany. Daryl w końcu podniósł dłoń do twarzy i przejechał opuszkami palców po zaczerwienionym miejscu. dopiero po chwili spojrzał w
stanowcze, sarnie oczy.
– znów to zrobiłem, prawda? – zapytał cicho na co Liam przytaknął. – przepraszam.
– teraz porozmawiamy jak wuj z siostrzeńcem, a nie szef z podwładnym – oznajmił mu, a jego twarz przybrała łagodny wyraz. – Théo jest tu od dwóch tygodni, a rzuciłeś go na głęboką wodę. wyznaczyłeś mu zadanie, o którym powinien dowiedzieć dużo później. potrzebuje kogoś komu może zaufać i się zwierzyć.
– ty masz być tą osobą – przypomniał mu Daryl.
– tak, wiem, ale nie stanę się nią w przeciągu dwóch tygodni – odparł Payne. – nie po tym, jak wyrwałem go z jego bezpiecznego świata.
– wiem do czego zmierzasz, Liam i nie zgadzam się na to – pogroził siostrzeńcowi palcem, podnosząc się ze swojego miejsca i podchodząc do szafki, której stała karafka z bursztynowym napojem.
– ale to jedyny sposób, wuju – wyprostował się szatyn, rozkładając ramiona. – zna tego chłopaka pięć lat. ufa mu. powie mu dosłownie wszystko. pozwól mi go tu przywieźć. wtajemniczę go we wszystko, powiem co wolno, a czego nie, dam odpowiednie papiery do podpisania, zamieszka w moim mieszkaniu w mieście. tylko pozwól mi go tu przywieźć.
Daryl spojrzał na niego upijając łyk swojej whiskey i spojrzał na swojego siostrzeńca. dopiero teraz dostrzegł jak bardzo wydoroślał oraz zmężniał. stał przed nim młody mężczyzna, a nie przestraszony chłopiec, który przyjechał tu dziesięć lat temu. i ten mężczyzna najwyraźniej poczuł coś do jednego z przebywających tu pure–blood.
– zależy ci na tym chłopaku – zauważył jego wuj, znad szklanki, a Liam spuścił wzrok, co dało jednoznaczną odpowiedź. – dobrze. przywieź tu tego chłopaka ze zdjęcia i przyjdź z nim do mnie, kiedy wrócicie. znajdziemy mu jakieś zajęcie. i będzie musiał podpisać odpowiednie papiery. weź ze sobą foldery dotyczące pure–blood i Violet Hill. jak się ten chłopak nazywa?
– Tim Warner. mieszka przy 76 Old Oak Common Lane w Londynie – odpowiedział. – a foldery już dawno wziąłem od Dean'a. wyjadę w poniedziałek.
– dobrze. a teraz zmykaj – rzucił Alexander, więc odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. za drzwiami odtańczył mały taniec szczęścia, po czym wrócił do zamku. wspiął się po schodach, kierując do swojego pokoju. nie było sensu zachodzenia do Théo. pewnie położył się spać albo zdecydował na długi prysznic.
 Liam? – usłyszał za sobą delikatny głos, więc przystaną i spojrzał przez ramię. na końcu korytarza dostrzegł chłopaka w czarnej bluzie  oraz jasnych dżinsach. kasztanowa grzywka opadała mu na czoło przysłaniając trochę oczy. tańczyły w niej złote refleksy słońca padającego przez okna. – jesteś Liam, prawda? – zapytał ponownie, robiąc dwa kroki w jego stronę.
– tak, to ja. a ty kim jesteś? – odparł, przyglądając się niższemu chłopakowi, który podszedł do niego. dopiero teraz mógł dostrzec stalowo-niebieskie tęczówki, które były dziwnie chłodne. zaczął się domyślać, kim jest szatyn stojący przed nim.
– jestem Louis Tomlinson – padło, a kącik ust Liama drgnął ku górze. – moim opiekunem jest Zayn Malik. przyjaźnicie się, prawda?
– tak. ale to chyba nie daje ci uprawnień do zaczepiania mnie na korytarzu – odparł lekko rozbawiony, po czym dodał. – przepraszam. więc, o co chodzi?
– nie wiesz gdzie jest Zayn? – spytał niepewnie niebieskooki. – szukam go od kilku
godzin, ale nie mogę znaleźć.
– oh. to nie powiedział ci? – zdziwił się Li, a widząc zdziwione spojrzenie Tomlinsona, wznowił. – Zayn nie musi już chodzić za tobą jak cień. twoje dwa tygodnie ochronne już się skończyły, a on jest szpiegiem ISMIO. wyjechał na misję w te środę.
– na misję – powtórzył wyraźnie zaskoczony szatyn. – i nie pożegnał się ze mną?
– najwyraźniej nie chciał znów dostać szronem po oczach – stwierdził, wzruszając ramionami. Lou otworzył usta zszokowany, jednak po chwili je zamknął.
Payne nachylił się, by spojrzeć prosto w jego oczy i powiedział:
– poza tym, on nie jest zimny jak lód, który najwyraźniej zmroził ci serce. Zayn bardzo cię lubi. nawet więcej niż bardzo.
odwrócił się na pięcie z zamiarem odejścia, jednak zatrzymała go drobna dłoń, zaciskając się na rękawie jego kurtki. przystanął więc i przekręcił głowę w lewo, dając mu tym samym znak, że słucha go.
– też go lubię. nawet więcej niż lubię. ale nie potrafię inaczej.
– czasem wystarczy zwykły uśmiech i buziak w policzek – odpowiedział mu i szatyn puścił jego rękaw. na powrót więc ruszył do swojego pokoju myśląc o tym co powiedział Louisowi. może on też powinien dać buziaka Théo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz