od rana szykował się do wyjazdu. wykorzystał fakt, że Théo jest na zajęciach i mógł przetransportować swój bagaż do samochodu, unikając jego niewygodnych pytań. potem starał się wymknąć niepostrzeżenie z sali jadalnej podczas kolacji, ale nie udało mu się. Monod przyłapał go. a tak bardzo nie chciał się z nim żegnać. pragnął po prostu umknąć cichaczem i wrócić w przeciągu tygodnia. może nie zauważyłby jego nieobecności.
teraz jechał leśną ścieżką, zostawiając za sobą zamek. niewietrzony samochód nosił na sobie resztki zapachu bruneta, a jego marudzenie rozbijało się echem w jego głowie. zdał sobie sprawę, że lubi kiedy marudzi. wydawało mu się to urocze.
warknął cicho i zaczął kręcić pokrętłem, przy radiu łapiąc jakąś stację. z głośnika popłynęły pierwsze nuty Cannonball Lea Michele. starał się w nie wsłuchać i zagłuszyć wszystkie myśli o Théo. musiał skupić się na drodze, a nie myśleć o tych smutnych oczach, które wpatrywały się w niego, gdy oznajmiał mu, że wyjeżdża. to rozdzierało go w dziwny sposób. miał wrażenie, że mógł się z nim lepiej pożegnać, a nie tylko buziakiem w czoło.
i zahamował z piskiem opon, tuż przed granicą. piasek ze ścieżki wzbił się w powietrze, po czym opadł. siedział chwilę za kierownicą, oddychając głęboko i tępo wpatrując się w licznik, bo zdał sobie sprawę co się działo.
zakochiwał się w tym małym chłopcu. złożył mu tyle obietnic, co nie było do niego podobne. on
nie składał obietnic. a jednak, ten młody omega miał coś w sobie.
otwarł drzwiczki i wysiadł na ścieżkę. oparł dłonie na dachu i pochylił się do przodu. to trafiło go zbyt mocno i zbyt szybko. było przyjemne, ale za razem przerażające w pewien sposób. wziął głęboki oddech i spojrzał na górujący nad wciąż nagimi koronami drzew zamek. zagryzł dolną wargę, a lekki wiosenny wiatr owiewał jego twarz delikatnie.
– wrócę. obiecuję ci – szepnął i miał nadzieje, że wiatr zaniesie to do niego. – i kolejna obietnica. ugh.
wrócił do auta, trzaskając drzwiczkami. zacisnął palce mocno na kierownicy, nacisnął pedał gazu i wzbijając w górę kolejną chmurę piasku, wyjechał na szosę, mijając granicę Violet Hill. bardzo mocno starał się zagłuszyć myśli o Théo, kołatające się po jego głowę, próbując ułożyć w niej plan działania. chciał wrócić w przeciągu tygodnia. góra dwóch. nie miał zamiaru tego przeciągać w nieskończoność. a może po prostu pojedzie do niego i powie mu kim jest, po co przyszedł i dlaczego? chciał jak najszybciej wrócić.
po trzech godzinach bezustannej podróży nogi mu zdrętwiały i potrzebował je rozprostować. zjechał więc na pierwszej lepszej stacji i skoczył kupić coś do jedzenia oraz kawę, bo powoli przysypiał, a zostały mu jeszcze z dwie godziny. wypił ciepły napój, opierając się o maskę swojego czarnego mercedesa i podjadając rogalika z czekoladą. uśmiechną się, gdy przypomniał sobie jak Théo skarcił go za takie odżywianie, gdy jechali do Violet Hill. moment potem pokręcił głową wyrzucając z
niej to wspomnienie.
wrócił do samochodu i już po chwili był z powrotem na drodze. do Londynu dotarł po pierwszej. zmęczony znalazł jakiś motel i wynajął w nim pokój. wniósł swoje rzeczy do niewielkiej sypialni i rzucił w nogi łóżka. od razu podszedł do okna, wyjmując paczkę papierosów i wyciągając z niej jednego. odpalił go, otwierając okno i wypuszczając za niego obłoczek. chłodny wiatr otulił jego twarz, gdy podniósł głowę, spoglądając na niebo.
– ciekawe, czy Théo już śpi? – zapytał się w myślach. – pewnie tak. jest późno.
westchnął i sięgnął po swój telefon. przejechał po liście, kontaktów i wybrał numer, do jedynej osoby, która nie będzie spać o tej porze. przyłożył słuchawkę do ucha i czekał. jeden sygnał. drugi. trzeci. czwarty.
– a ty nie śpisz Payno? – zdziwił się głos po drugiej stronie, na co szatyn się uśmiechną.
– nie. właśnie przyjechałem do Londynu – wyznał, zaciągając się dymem i przytrzymując przez chwilę w płucach, po czym wypuścił go. – a jak Oxford, Zayn?
– nijak. gniazdo wydaje się na puste co najmniej od kilku miesięcy – wyznał jego przyjaciel. – ale mam je na oku. coś mi się w nim nie podoba.
– jakbyś potrzebował pomocy to pisz – odparł Liam. – przez najbliższy tydzień na pewno tutaj zabawię. a to tylko dwie godziny samochodem.
– półtorej. kiedy dociśniesz gazu – odparł brunet. – co to za misja?
– zobaczysz. może do tego czasu zdążysz wrócić do Violet Hill – stwierdził znów zaciągając się dymem i spoglądając na papierosa, strzepnął popiół. – wiesz. masz na mnie zły wpływ.
– wow. wczas się zorientowałeś – zachichotał mulat po drugiej stronie, a kącik ust szatyna uniósł się ku górze. – ale i tak mnie kochasz. mnie nie można nie kochać. – a potem dodał dużo bardziej ponurym głosem. – no z wyjątkiem jednej osoby.
– Zayn… – zaczął, ale przyjaciel mu przerwał.
– nie. to nieważne. znajdę sobie kogoś w końcu. kogoś, kto odwzajemni moje uczucie.
– ale on cię kocha – wpadł mu w słowo Payne.
– taa. jasne – prychnął Malik. – i dlatego dostaje szronem po oczach. wiesz jak piekło? – pyta, na co on wzdycha. – dobra. kończę. nie ma o czym gadać. siema.
– dobrej nocy – odpowiedział Li i rozłączył się. dopalił papierosa i jeszcze przez chwilę patrzył na gwiazdy blednące w świetle latarni ulicznych. kolejny powód dla którego tak bardzo kochał Violet Hill. światła miast nie przyćmiewały tam blasku gwiazd.
Théo opuścił pokój Nialla na krótko przed północą, przemykając się ciemnymi korytarzami. szedł ze spuszczoną głową, z dłońmi schowanymi w kieszeniach i oczami, lustrującego uważnie wszystko dookoła. jego niespokojne myśli wciąż wypełniał Liam oraz jego nagły wyjazd i zachowanie. także to wcześniejsze.
najpierw obiecywał, że będzie zawsze obok, a później wyjeżdżał, próbując zrobić to chyłkiem. to naprawdę zaniepokoiło Théo, ale postanowił o to nie pytać. zamierzał porozmawiać na ten temat z opiekunem, jednak dopiero po jego powrocie. miał nadzieję, że nastąpi on w przeciągu kilku dni.
– Johnny? – zapytał szeptem, wsuwając się po cichu do pokoju. – hej, zwierzaczku – powiedział cicho, gładząc pupila po głowie. – kładziemy się już spać, co? jutro czeka nas długi dzień – uśmiechnął się smutno i odchylił kołdrę, a potem położył się pod nią, zaczekawszy aż fretka zrobi to pierwsza. – dobranoc maluchu – westchnął i ułożył się wygodnie, wsuwając ramię pod głowę.
gdy tylko opuścił powieki, jego myśli odpłynęły w kierunku świątyni druidów, do której zabrał go Liam. słowa powtarzane bezustannie przez duchy, kłębiły się teraz w jego głowie, nie pozwalając skupić się na niczym innym. niebezpieczeństwo. to było jasne, skoro powiedziały mu to tyle razy. i było ono związane z granicami Violet Hill. brunet był tego pewien. wypełniony świadomością, że przez najbliższe godziny i tak nie zmruży oka, wysunął się z ciepłej pościeli i zajął swoje ulubione miejsce na parapecie. na nogi narzucił koc, leżący nieopodal i przez zaparowaną szybę, wbił spojrzenie w krajobraz.
wszystko wyglądało inaczej niż w dzień. było bardziej tajemnicze i mroczne, gdyż większości rzeczy nie dało się dostrzec przy pierwszym rzucie oka. drzewa, widoczne w oddali, kołysały się na silnym wietrze, a słabsze gałęzie uginały pod nim.
mogło się to wydawać normalne, ale brunet miał przeświadczenie, że przyroda także się niepokoi. to tylko potwierdzało jego przypuszczenia, że dzieje się coś niedobrego.
– książka – mruknął nagle do siebie i zerknął na biurko, wciśnięte w kąt pokoju, na którym piętrzyły się stosy pozycji. miał je przeczytać w ciągu najbliższego miesiąca, ale ciągle to odkładał, usprawiedliwiając się natłokiem bieżącej pracy domowej. – tutaj na pewno coś będzie – stwierdził, zeskakując z parapetu.
zadowolony z własnego pomysłu, na który powinien wpaść jakiś czas wcześniej, podszedł do mahoniowego blatu i zaczął przeglądać tytuły, błyszczące w nikłym świetle lampki. kilka książek przejrzał już wcześniej, kiedy szukał informacji o roślinach obronnych, jak nazywali je nauczyciele, więc od razu odłożył je na bok.
– geneza eliksirów… nie. podstawy zielarstwa… nie. anatomia demona. też nie – mamrotał pod nosem, tworząc tematyczne sterty, żeby móc wszystko znaleźć bez większego problemu. – och, to może być dobre – zagryzł dolną wargę niemal do krwi, kiedy jego błękitne spojrzenie przesunęło po złotych literach, zdobiących twardą okładkę.
nie mając lepszego pomysłu na spędzenie najbliższych godzin, Théo przygotował zeszyt i ołówek. usiadł na swoim ulubionym miejscu, a opasły tom ułożył na udach, podkurczając nogi, by wygodniej go oprzeć. przez pierwsze rozdziały przebrnął szybko, sporządzając notatki, które zamierzał przejrzeć rano. zapisał także kilka pytań, mając zamiar zadać je Alexandrowi. wkrótce powieki Théo zaczęły opadać, więc niechętnie odłożył książkę, zaznaczając zdjęciem miejsce, w którym skończył. zmęczony zajęciami, położył się do łóżka i usnął szybko. niestety nie było mu dane długo cieszyć się odpoczynkiem, ponieważ zamiast przyjemnych wyobrażeń nadeszły krwawe koszmary.
większość z nich dotyczyła przesilenia wiosennego, kiedy chłopak po raz pierwszy był świadkiem zabójstwa demona. jednakże tym razem nie zginęła owa straszna istota, a jego obrońca. we śnie, szatyn leżał w kałuży krwi u stóp bruneta, który obudził się z krzykiem i łzami w oczach.
przestraszony Théo zacisnął palce na pościeli i przełknął ślinę, rozglądając się dookoła. gdy upewnił się, że leży w łóżku, w zamku, do którego przywiózł go Liam, odetchnął z ulgą i opadł na poduszki. chciał zamknąć oczy, jednak szybko się powstrzymał i zapalił lampkę nocną, decydując się nie zasypiać w najbliższym czasie.
– Johnny? Johnny, obudź się, bo potrzebuję towarzystwa – powiedział płaczliwie i odchrząknął szybko, trącając zwierzaka palcem wskazującym. – dziękuję, jesteś kochanym pupilkiem – szepnął, kiedy fretyka usadowiła się na jego udach i zamrugała sennie. – wiesz, że za nim tęsknię, prawda? nie żebym go jakoś szczególnie lubił – prychnął od razu, wsuwając palce w białe futerko Johna.
pupil uniósł łepek i przekrzywił go, wpatrując się uważnie w swojego właściciela. jego bystre oczy zmierzyły wzrokiem minę bruneta, a potem zostały przysłonięte przez cienkie powieki. po chwili miarowe mruczenie wydobyło się z jego gardła, łaskocząc udo Théo.
– no… dobra. może go lubię i jest jedyną osobą, której jestem w stanie w cokolwiek uwierzyć – mówił dalej, zastanawiając się czy szatyn dotarł już do celu swojej podróży i jest cały. – ale to wcale nie oznacza, że zależy mi na nim jakoś szczególnie – zadecydował i zakrył usta dłonią, by chwilę później ziewnąć głośno i zamrugać powiekami. – słuchasz mnie? – zapytał i zmarszczył brwi, kiedy John zachrapał w odpowiedzi. – dzięki ci wielkie – burknął i odłożył go na bok. po raz kolejny tej nocy, Théo wyszedł z łóżka i nasunął na stopy swoje tenisówki. kierując się instynktem, wyszedł z pokoju, pozostawiając drzwi uchylone i ruszył po ciemku w kierunku wyjścia. oczywiście kilka razy wpadł przy tym na ten czy inny przedmiot, stojący pod ścianą. narobił przy tym sporo hałasu, ale liczył na to, że nikogo nie obudził z przyjemnych marzeń.
znalazłszy się na, zalanych łuną księżyca, błoniach chłopak wziął głęboki oddech i usiadł na trawie podciągając nogi do klatki piersiowej. zziębnięte dłonie wsunął między uda, a powiekami zamrugał szybko, odganiając tym samym zmęczenie.
po kilkunastu minutach rozmyślań o ostatnich wydarzeniach, brunet położył się na plecach i przesunął spojrzeniem po nocnym firmamencie. pierwszą rzeczą, jaką dostrzegł były gwiazdy, które świeciły jaśniej niż w mieście czy każdym innym miejscu, w którym był. niewielkie iskierki błyszczały na niebie, jakby chciały zaśmiać się perliście.
Théo uśmiechnął się do własnych wyobrażeń i uniósł się na łokciach, machając wesoło stopami. jego humor uległ znaczniej poprawie, a nieprzyjemne myśli odpłynęły w dal. zastąpiły je te wesołe, dotyczące Liama.
– ty też patrzysz na to niebo, prawda? – westchnął do siebie i podźwignął się z
zimnego podłoża, otrzepując ubrania z grudek ziemi. – mam nadzieję, że będziesz dobrze spał i sobie poradzisz – dodał, a potem niespiesznie ruszył do swojego pokoju, nucąc pod nosem.
kiedy znalazł się w sypialni, zdjął z nóg tenisówki i rzucił się na łóżko. tym razem wystarczyło kilka minut, jak spał spokojnie, z kącikami ust uniesionymi do lekkiego uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz