Théo zagryzł dolną wargę niemal do krwi i wsunął dłonie do kieszeni, tak na wszelki wypadek, gdyby korciło go dotknięcie czegokolwiek. z jednej strony był tym wszystkim zaciekawiony i podekscytowany, ale z drugiej zwyczajnie się bał.
zaledwie dwa tygodnie po przyjeździe został rzucony na głęboką wodę, postawiony przed faktami, których nikt tak naprawdę nie był pewny.
biorąc spokojne, głębokie oddechy, stanął przed łukiem i uniósł głowę, pospiesznie omiatając go niepewnym spojrzeniem. w myślach zaczynał malować najczarniejsze scenariusze, jednak szybko przywołał się do porządku. Liam zapewnił go, że nie stanie mu się krzywda, więc postanowił mu zaufać. i tak nie miał większego wyboru, skoro dał się przyprowadzić na samą granicę.
– miejmy to za sobą – powiedział zduszonym głosem, zaciskając mocno dłonie
i wbijając paznokcie w swoją jasną skórę. tylko to broniło go przed utratą resztek opanowania. – no dalej, Théo… dasz sobie radę – dodał cicho, próbując zmusić się do wykonania pierwszego kroku.
zebrawszy w sobie całą odwagę, brunet wysunął dłonie z kieszeni i opuścił je wzdłuż ciała, a potem przeszedł przez łuk. gdy tylko znalazł się w świątyni, poczuł przenikliwe zimno oraz ruch powietrza wokół siebie, chociaż dzień był bezwietrzny. wciąż wystraszony, zacisnął powieki z całej siły i wszedł dalej, nie wykonując gwałtownych ruchów. na plecach czuł spojrzenie swojego opiekuna, ale szybko zepchnął to w głąb swojej świadomości.
– dasz radę – głos bruneta uwiązł w jego gardle, kiedy powoli otworzył oczy, usiłując opanować drżenie swojego ciała.
chłopak przesunął spojrzeniem po tym, co widział dookoła siebie i uspokoił się nieco, kiedy nie dostrzegł niczego niepokojącego. jednakże czuł czyjąś obecność. i na pewno nie była to jedna istota. było ich wiele, kłębiących się w granicach świątyni, niespokojnych, żądnych uwagi ze strony drobnego bruneta.
uspokojony na tyle, by myśleć trzeźwo, zielonooki rozluźnił spięte mięśnie i wyciszył rozkołatane myśli. rytm jego serca przeszedł z niespokojnego łopotania w równomierne, powolne uderzenia. wówczas, kiedy przestał słyszeć w uszach szum płynącej krwi, mógł wsłuchać się w nerwowe szepty. duchy świątyni były wyraźnie poruszone jego obecnością, próbowały zwrócić na siebie uwagę.
– niebezpieczeństwo… strach… zło… – kolejne słowa mieszały się ze sobą, wprawiając Théo w zdezorientowanie.
– przestańcie! – pisnął brunet, osuwając się na kolana z powodu zbyt wielu bodźców, docierających do jego zmysłów, wyczulonych bardziej niż zwykle. – powoli, błagam, powoli – wydyszał, opierając dłonie na trawie o kolorze wyblakłej zieleni. – i p-po kolei – poprosił, próbując poskromić strach palący w piersi.
dusze zaszemrały wzburzone, ale o dziwo umilkły, pozwalając chłopakowi na
przyzwyczajenie się. dopiero po kilku minutach, ciągnących się w nieskończoność, rozpoczęły się wyjaśnienia, chaotyczne, ale dające się zrozumieć bez większego
problemu.
– granice… niebezpieczeństwo – ponure szepty jednego z duchów dotarły do uszu bruneta, a pozostałe zaszumiały na potwierdzenie. – zło… mrok… siła… – mruczenie zaczęło stopniowo cichnąć, a Monod podniósł się z trawy na drżące nogi, strzepując z dłoni grudki czarnej ziemi.
– więc twierdzicie, że mrok rośnie w siłę? – upewnił się, ściskając ciemne rękawy bluzy w swoich szczupłych palcach. – i my m-musimy coś z tym zrobić, tak? – zapytał, na powrót wsłuchując się w mamrotanie, które tylko potwierdziło jego obawy. – ale ja nie… – zaczął cichym głosem, jednak natychmiast zaatakowały go zdenerwowane głosy, głośniejsze od poprzednich. – przepraszam – jęknął i cofnął się o kilka kroków, przez co upadł boleśnie. – c-coś z tym zrobię. obiecuję.
zamieszanie uspokoiło się częściowo, a dusze ustąpiły, stopniowo tworząc więcej przestrzeni dookoła chłopaka. ten po raz drugi poniósł się z twardego podłoża i opuścił ramiona wzdłuż tułowia, usiłując się wyciszyć. nie było to łatwe, zważywszy na krążące wokół niego duchy, które co kilka chwil zacieśniały krąg dookoła niego.
– czy to wszystko? – odruchowo ściszył głos, rzucając spojrzenie za siebie, gdzie dostrzegł zaniepokojonego Liama. – wrócę… sam – dodał, mając nadzieję, że opiekun nie jest w stanie go usłyszeć.
– ponad charakter… patrzeć ponad charakter – powiedziała wyraźnie i zrozumiale jedna z dusz, którą brunet czuł dokładnie na przeciwko siebie. – serce ważniejsze. patrzeć ponad charakter – powtórzyła, zanim zanurzyła się z powrotem w nieprzeniknione zbiorowisko, bezustannie mieszające się i kłębiące.
zielonooki otworzył usta z zaskoczenia i ponownie spojrzał za siebie, kiedy zrozumiał, że mowa była o Liamie. skąd istoty mogły wiedzieć co kryje się w głębi starszego mężczyzny. chciał o to zapytać, ale uznał, że one po prostu wiedzą, więc zostawił to bez komentarza. wiedziony niejasnym przeczuciem, skłonił się i wycofał w kierunku łuku. na szczęście udało mu się opuścić świątynię bez wzbudzania niezadowolenia.
dziwnie spokojny, chłopak stanął przed brązowookim i posłał mu słaby uśmiech, po czym pokręcił głową, kiedy tamten otworzył usta, żeby zapytać co się wydarzyło. Théo nie był gotowy, żeby opowiedzieć o wszystkim, ponieważ musiał sobie wszystko poukładać. a czuł, że rozmowa z kimkolwiek mu tego nie ułatwi, bo będzie tylko czuł presję.
– wracajmy – poprosił, wsuwając rozdygotane dłonie do kieszeni bluzy. – sądzę, że wystarczy mi na dzisiaj wrażeń – stwierdził, usiłując się roześmiać, żeby rozładować napięcie, wiszące w powietrzu między nim a Paynem.
szatyn zmarszczył brwi, ale pokiwał głową, zgadzając się na prośbę. na jego twarzy malowała się troska o młodszego, którego objął opiekuńczo ramieniem i poprowadził ścieżką w stronę miasteczka. najprawdopodobniej powinien zaprowadzić go prosto do Alexandra, lecz mimo wszystko postanowił tego nie robić.
całą drogę do zamku, który wydawał się bardziej ponury niż zwykle, przebyli w milczeniu, rzucając sobie zaledwie kilka spojrzeń. żaden z nich nie był w nastroju do rozmowy, a niepokój wiszący w powietrzu, nie ułatwiał nawet bezsensownej wymiany zdań na temat pogody.
– chyba odpuszczę dzisiaj kolację – mruknął pod nosem brunet, kiedy już znalazł się przy dębowych drzwiach, prowadzących do jego pokoju. – potrzebuję być teraz sam – dodał z naciskiem, kiedy zauważył, że opiekun chce wejść do pomieszczenia razem z nim. – do zobaczenia jutro rano – szepnął, zatrzasnął drzwi i drżącymi palcami przekręcił klucz w zamku, inicjując charakterystyczne kliknięcie.
Monod oparł czoło o zimne drzwi i zacisnął powieki, kiedy usłyszał smutne westchnięcie, wypływające z ust szatyna. w głębi duszy wiedział, że starszy nie jest zadowolony z zaistniałej sytuacji, ale nie będzie naciskał. i bardzo cieszył go taki stan rzeczy, ponieważ zyskał czas niezbędny do przetrawienia wszystkiego.
zmęczony przeżyciami, chłopak zsunął z ramion ciepłą bluzę i rzucił ją niedbale na krzesło, gdzie po chwili wylądowały kolejne części garderoby. po zrzuceniu z nóg przemoczonych tenisówek, ruszył w kierunku łazienki, wziął szybki prysznic i nasunął czystą piżamę, a następnie położył się w łóżku. zasnął zanim jego głowa zdążyła dotknąć miękkiej poduszki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz