słońce przesuwało się po niebie w kierunku zachodu, zmieniając kolor z jasnej żółci na głęboki pomarańcz. ostatnie lekcje i konsultacje dobiegały końca, a uczniowie wylegali przed zamek, ciesząc się jednym z cieplejszych dni. kilkoro z nich niosło koce, które potem rozkładali na zielonej trawie i siadali na nich niewielkimi grupkami.
Théo, Niall i, o dziwo, Louis poszukujący towarzystwa zajęli zacienione miejsce pod drzewem i pogrążyli się w rozmowie. dotyczyła ona głównie kończącego się dnia oraz kilku incydentów na wspólnych lekcjach wszystkich grup. w zamku rozpoczęło się nerwowe oczekiwanie, będące zwiastunem nadchodzących zmian, jednak nikt nie miał pomysłu co może nastąpić.
około godziny później, brunet podniósł się z koca z cichym jękiem i podziękował za miłe towarzystwo, a potem wrócił do swojej sypialni. nie chciał budzić podejrzeń czy sprowadzać na siebie niewygodnych pytań, więc zaszył się u siebie i zaczekał, aż z błoni zniknie większa część osób.
wówczas naciągnął na ramiona płaszcz, a szyję obwiązał luźno ciepłym szalikiem. przeczuwał bowiem, że w świątyni nie natknie się na przyjemny, ciepły wiaterek czy promienie słońca. oczekiwał raczej porywistych, zimnych podmuchów, które miały miejsce przy jego poprzedniej wizycie.
– John, bądź grzeczny, kiedy mnie nie będzie – rzucił do fretki, która zbyła jego
słowa jednym machnięciem ogona i powróciła do swojej wieczornej drzemki. – ty mały… – sapnął pod nosem właściciel i pokręcił głową, wychodząc z pokoju.
na szczęście, na korytarzu nie spotkał nikogo, kto mógłby w jakiś sposób zniweczyć jego plany. uspokojony tym faktem, uśmiechnął się delikatnie i chyłkiem przeszedł przez błonia, odtwarzając w myślach trasę, którą prowadził go Liam. nie pamiętał pierwszej części drogi, ale kiedy rozejrzał się dookoła, dostrzegł kilka znajomych detali. przekonany, że znalazł właściwą trasę, ruszył w tamtym kierunku.
jednak szybko okazało się, że nie umie trafić na ścieżkę, którą szedł ostatnim razem. mimo tego nie stracił zdrowego rozsądku i przeszukał najbliższy teren, by w końcu trafić na dróżkę, wiodącą do świątyni. podekscytowany wydarzeniem, które miało nastąpić w ciągu najbliższych minut, przyspieszył kroku i już wkrótce znalazł się w odpowiednim miejscu.
– nie dotykaj niczego, chyba, że wyraźnie cię o to poproszą – przypomniał sobie brunet, odgarniając na bok grzywkę, która już wymagała podcięcia. – nie będzie tak strasznie – spróbował podnieść się na duchu, zanim powoli wszedł do świątyni druidów, skłaniając lekko głowę.
w przekazach, które czytał w ostatnich dniach nie było żadnego nawiązania do sposobu, w jaki miał się zachować. uznał więc, że przyzwoicie będzie ukłonić się, chociaż płytko. nikomu nie mogło to przecież zaszkodzić.
– d-dobry wieczór? – zająknął się Théo i zaraz skarcił się w myślach, za własną głupotę. – wróciłem, tak jak obiecałem – zaczął, wsuwając dłonie do kieszeni, by ukryć je przed bijącym chłodem. – nie dowiedziałem się jeszcze niczego. przyszedłem po… więcej informacji? – zapytał niepewnie, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
dusze zaszemrały wyraźnie niezadowolone i zmusiły drobnego chłopaka, żeby cofnął się o kilka kroków w stronę łuku. po ich zachowaniu, Théo rozpoznał, że nie dzieje się najlepiej, przez co są niespokojne. wydawało mu się, iż oznacza to atakowanie granic, ale przecież w zamku panowałoby zamieszanie, gdyby zdarzyło się coś takiego.
– p-przepraszam! – pisnął wystraszony i wyjął dłonie z kieszeni, wyciągając je przed siebie w obronnym geście. – wiem, że prawdopodobnie nie powinienem pytać o takie rzeczy, ale nikt nie uwierzy mi na słowo. konkrety to chyba ważna rzecz, no nie? – paplał bez ładu i składu, gorączkowo myśląc nad sposobem wydostania się z nieprzyjemnej sytuacji. ucieczka i rozmowa z Alexandrem nie wchodziły w grę.
wystraszony tym, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc, przełknął głośno ślinę. jego tętno zaczęło stopniowo przyspieszać, razem z głuchym łomotaniem serca i krwią, szumiącą w uszach. powtarzała się sytuacja z poprzedniego razu – im bardziej stresował się, tym bardziej napierały na niego dusze.
– tylko spokojnie – szepnął Théo do samego siebie, opuszczając ramiona wzdłuż tułowia i zaczął oddychać spokojnie, licząc swoje oddechy. – ehm… może zaczniemy od nowa? – zaproponował, składając dłonie za plecami i uśmiechając się blado. – chodzi mi o to, że nie mogę powiedzieć niczego… górze, że tak to nazwę, nie mając na to żadnych dowodów…
zgromadzone wokół niego dusze zaczęły przemieszczać się po okręgu, wprawiając w ruch zimne powietrze. ich szepty wpłynęły do świadomości bruneta, jednak tym razem nie ułożyły się w słowa. w myślach chłopaka pojawiły się niepokojące obrazy, przesuwające się tak szybko, że nie był w stanie zarejestrować szczegółów. widział jednak, że nie są to sielankowe obrazki, a sceny dziejących się lub nadciągających wydarzeń, którym musiał stawić czoło razem z innymi adeptami.
– w-więc uważacie, że to wszystko się stanie? – spytał głosem, niewiele głośniejszym od szeptu, kiedy wizje w końcu ustały. – i… no ja i cała reszta musimy coś na to zaradzić – mówił dalej, przechadzając się niepewnie w tą i z powrotem.
okej, to ustaliliśmy już poprzednio. ale możecie mi powiedzieć, czego dokładnie się spodziewać?
wokół Théo zapanowała nieprzenikniona cisza, której nie przerywał nawet najcichszy szelest liści. dusze trwały w niezmiennych pozycjach, a brunet miał wrażenie, że świdrują go wzrokiem, choć nie był przekonany czy w ogóle mają taką możliwość. minęło kilka minut, zanim zorientował się, co jest przyczyną milczenia.
– nie możecie mi powiedzieć? och, no bez przesady! – jęknął, zagryzając bezradnie wargę. – dobra, nic nie mówiłem – burknął, kiedy dusze ponownie zaczęły krążyć wokół niego, szepcząc z niezadowoleniem. – ej. no to nie było miłe – pisnął, kiedy usłyszał słowo, zbliżone do jednego z niecenzuralnych, których czasem używał.
zielonooki przysłuchiwał się szeptom jeszcze przez kilka minut, aż w końcu westchnął ze smutkiem i pokręcił głową. wiedział, że nie da rady dowiedzieć się niczego więcej, więc skłonił się grzecznie i przeszedł pod łukiem. kiedy tylko to zrobił, poczuł na ramionach przyjemny powiew ciepłego wiatru i aż odetchnął z ulgą.
zrezygnowany i niezadowolony z wyników „rozmowy”, wszedł na ścieżkę i ruszył powoli w kierunku zamku. jego nogi niechętnie szły w tamtym kierunku, a myśli wracały, na przemian, do jego opiekuna i do wydarzeń ze świątyni. brunet nie potrafił skupić się na niczym innym i powoli zaczynało go to denerwować.
– niech to wszystko się skończy – powiedział, kopiąc z rozmachem w jeden z mniejszych kamyków. – albo żeby chociaż Théo wrócił… wcale tego nie powiedziałem – wymamrotał, czując, jak jego policzki robią się czerwone ze wstydu.
– dobrze, że przynajmniej nikt tego nie słyszał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz