stanął przed drzwiami do jego pokoju i zapukał, ale w odpowiedzi usłyszał tylko ciszę. zapukał więc głośniej, ale znów nic. zacisnął usta w wąską linię i nacisnął klamkę, zapraszając się do środka sam. wszedł i przystaną. lubił fakt, że każdy pokój był przygotowywany pod mieszkańca. on znalazł się w pomieszczeniu pomalowanym na niebiesko. ciężkie brązowe kotary wisiał przy odsłoniętych oknach, których parapety obite były w zamszowy materiał tego samego koloru. na czarnych panelach
rozłożone były białe puchowe dywany. dostrzegł też swoje odbicie w lustrze, stojącym na wprost drzwi i doszedł do wniosku, że wygląda koszmarnie.
następne co dostrzegł, to rozkwitające pąki na gałązkach, które postawione były w oknie. a kwiatki w słoiku, choć nie miały za dużo wody, to otwierały się
pięknie, wraz z wpadającymi do środka promieniami słońca. walizki bruneta były pootwierane, a ubrania wysypywały się z nich jak lawina. wywrócił oczami i podszedł do łóżka.
– Théo – odezwał się i potrząsnął chłopakiem, który tylko chrapnął głośno, mrucząc coś pod nosem. – wstawaj, Monod. nie mamy całego dnia.
w sumie mieli, ale on był raczej perfekcjonistą. o ósmej było śniadanie, a o dziewiątej zaczynały się zajęcia. wczoraj umówili się na siódmą, by pokazać mu choć część zamku, a ten perfidnie spał w najlepsze, podczas gdy on zerwał się z łóżka już dobrą godzinę temu.
warknął niezadowolony i pociągnął za kołdrę, w którą zaplątany był Théo.
chłopak z krótkim okrzykiem spadł na podłogę, po czym wyplątał się z pościeli. powędrował wzrokiem po podłodze i ulokował swoje zielone spojrzenie na twarzy szatyna.
– umówiliśmy się na punkt siódmą – odezwał się Liam. – a jest dziesięć po. masz pięć minut żeby się ogarnąć i w dupie mam jak późno się położyłeś spać.
– w porządku. moment – mruknął w odpowiedzi brunet, podnosząc się z podłogi. szatyn prychnął tylko i odwrócił się na pięcie. wyszedł, trzaskając drzwiami co okazało się błędem. znów poczuł ten okropny ból głowy i jękną niezadowolony.
oparł się o ścianę i westchnął głośno, przymykając powieki. czuł się zmęczony, a przed nim były dwa tygodnie chodzenia jak cień za tym chłopcem.
potem jeszcze przez rok musiał go pilnować. musiał kontrolować jego postępy w nauce oraz stopnie. miał jednak cichą nadzieję, że mimo tego, Alexander pozwoli mu wyruszyć na jakąś misję.
usłyszał stukot obcasów, a gdy podniósł wzrok jego spojrzenie zatrzymał się na ślicznej dziewczynie o delikatnych rysach, brązowych włosach opadających falami na ramiona i błyszczących radością czekoladowych oczach. posłała mu uśmiech, który odwzajemnił odpychając się od ściany. przywitał się z nią cmoknięciem.
– słyszałam, że to ty opiekujesz się tym nowym związanym z ziemią – odezwała się, splatając ręce za plecami.
– eh. tak. uparł się, że albo ja, albo nikt i wyjeżdża – westchnął, przeczesując włosy palcami. – przepraszam. wiem, że to ty miałaś nad nim sprawować opiekę.
– nic nie szkodzi. nie ten to następny – uśmiechnęła się ciepło. – i… Alexander myśli…
– tak. jak to on – przerwał jej, bo doskonale wiedział o co chodzi dziewczynie, po czym odetchnął głęboko. moment potem drzwi otworzyły się szeroko i na korytarz wyszedł brunet, ziewając głośno. przy jego stopach kroczył John, który odruchowo zasyczał na niego. pokazał język zwierzęciu i zwrócił się do Marka.
– to coś – wskazał na fretkę – nie może z tobą iść.
– ale to John. on nie nabroi – zapewnił go Théo.
– idziesz na zajęcia, a nie do swojej kwiaciarni – odparł Liam, spoglądając w zielone oczy.
– oh, co za słodkie i urocze stworzonko – odezwała się przesłodkim głosem dziewczyna, kucając i wyciągając ręce do fretki. to podeszło do niej, obwąchało ją i wskoczyło na dłonie. zaczęła głaskać go po główce.
– hej. jestem Tina Wilson. chciałam cię poznać – przedstawiła się z uśmiechem, po czym zwróciła do Liama. – kompletnie nie nadajesz się na opiekuna, kochany – znów przeniosła wzrok na bruneta. – zabiorę Johna do wschodniego skrzydła. jest tam specjalne miejsce, gdzie zwierzaki domowników mogą się bawić, spać i zjeść podczas nieobecności ich właścicieli. zatroszczę się o twoją fretkę. i o Lokiego też.
puściła oczko szatynowi. odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. obaj odprowadzili ją wzrokiem, po czym spojrzeli na siebie. Payne zerknął na zegarek, po czym westchnął widząc, że nie mają za wiele czasu do śniadania.
– dobra. zaczniemy od podstaw. śniadanie podawane jest o ósmej, obiad o trzynastej, a kolacja o dziewiętnastej w sali jadalnej na parterze – odparł i machnął na szatyna, który zrównał się z nim. on w tym czasie otworzył folder i wyciągnął z niego plan zajęć chłopaka. – o dziewiątej zaczynają się zajęcia. przed obiadem masz przedmioty ogólne. zaczynasz historią druidów. potem anatomia demonów, a na koniec mitologia celtycka. po obiedzie masz zajęcia specjalizujące, czyli związane
bezpośrednio z twoim darem. na początek eliksiry, potem zielarstwo i na koniec podstawy obrony. w tygodniu masz zajęcia teoretyczne, a w soboty zajęcia praktyczne.
– trochę jak w Hogwarcie, co nie? – rzucił Théo, biorąc od Liama plan, który posłał mu chłodne spojrzenie.
– tylko że to nie bajka dla młodzieży, a rzeczywistość – odparł szatyn, prowadząc go na schody. – poza murami Violet Hill czeka na ciebie wiele niebezpieczeństw. ale teraz chodźmy na śniadanie. zamek pokarzę ci przy okazji kolejnych lekcji, bo ktoś nie umiał nastawić budzika.
usłyszał w odpowiedzi prychnięcie. ale zeszli po schodach, na niższy poziom,
po czym skierowali się do Sali Jadalnej, gdzie już szykowano posiłek dla mieszkańców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz