nie wiedząc, co powinien powiedzieć panu Alexandrowi – jak został on przedstawiony – więc zajął się oglądaniem gabinetu i wyłamywaniem własnych, chudych palców. napięcie wzrastało w nim z każdą kolejną chwilą. dodatkowo zauważył, że siedzący w fotelu mężczyzna nie robi absolutnie niczego, żeby zacząć rozmowę. tego było już za wiele.
– po co ja tu właściwie jestem? – wypalił brunet, zaciskając palce na krawędziach podłokietnika. – no bo, kurcze, jest naprawdę wiele pytań na które nadal nie otrzymałem odpowiedzi – westchnął, spuszczając wzrok na swoje stopy, którymi nie dosięgał podłogi.
w oczekiwaniu na jakiekolwiek wyjaśnienia, Théo rozparł się wygodniej na krześle i zaczął machać nogami, wznawiając swoją wędrówkę wzrokiem po ścianach gabinetu. był przestronny i naprawdę ładnie urządzony, ale kompletnie nie w stylu chłopaka, więc zupełnie mu się nie podobał.
– jest pan tutaj, żeby nauczyć się kontrolować swoje moce – zaczął mężczyzna, opierając łokcie na blacie swojego biurka i składając dłonie. – ale jestem pewien, że tę informację otrzymał już pan od Liama, czyż nie? – uniósł brew, a kiedy w odpowiedzi otrzymał niepewne skinięcie głową, kontynuował swoją wypowiedź. – jednak nie jest to jedyny powód, dla którego został pan tutaj sprowadzony.
Monod pokiwał niepewnie głową i skrzyżował nogi w kostkach, nadal lekko nimi bujając. spodziewał się, że zostanie nakarmiony kolejną porcją rewelacji, w które nie uwierzyłby, gdyby nie to, co zobaczył. nie wiedział czy powinien się ich bać, ale czuł strach każdą komórką swojego drobnego ciała.
– sprowadziliśmy tu pana, żeby mieć możliwość zapewnienia odpowiedniej ochrony nie tylko panu, ale także wszystkim ludziom, mieszkającym w promieniu dwóch mil od pańskiego mieszkania – poinformował, odchylając się z powrotem i wygodniej rozpierając na swoim miejscu. – w świecie poza Violet Hill na takich, jak pan, czyha wiele niebezpieczeństw. największym z nich jest Mrok, który stale ekspediuje swoich wysłanników – mówił dalej, nie zwracając uwagi na reakcje
bruneta, który coraz bardziej kulił się na krześle.
Théo zaczekał, aż Alexander na chwilę przerwie wywód, a potem zamknął oczy i przysunął palce do swoich skroni. pomasował je przez moment i zaczął niepewnie rozchylać powieki, usiłując ułożyć w głowie zasłyszane rewelacje. mógł się spodziewać, że napotkane demony nie przysłały się same, ale nie zastanawiał się nad tym głębiej. uznał to za swój pierwszy, poważny błąd.
– czy mogę mówić dalej? – zapytał brązowooki i, nie zaczekawszy na odpowiedź, podjął przerwany wątek. – nie będę zagłębiał się w szczegóły niebezpieczeństwa, ponieważ o nich dowie się pan w czasie zajęć do tego przeznaczonych. przez pierwsze dwa tygodnie, na wyznaczone lekcje będzie pan uczęszczał razem ze swoim opiekunem…
– opiekunem? – brunet zmarszczył brwi, nie przejmując się tym, że jego zachowanie nie jest grzeczne w stosunku do starszego mężczyzny. – po co mi opiekun i kto to będzie? – chłopak odruchowo wychylił się do przodu, patrząc wyczekująco w czekoladowe tęczówki.
szef zabębnił palcami o blat i przesunął się do przodu, żeby otworzyć szufladę po swojej prawej stronie i wyjąć z niej teczkę z aktami. mógł się domyślać, że nowo przybyły będzie bardzo ciekawski, więc zignorował jego postawę.
– w pana przypadku będzie to opiekunka – powiedział, pobieżnie przejrzawszy zgromadzone kartki i podsunął chłopakowi zdjęcie. przedstawiało ono dziewczynę o delikatnej urodzie, brązowych włosach, które opadały na ramiona łagodną falą, i roześmianych, czekoladowych tęczówkach. – Tina Wilson, lat dwadzieścia pięć… – zaczął, jednak Théo znowu mu przerwał.
brunet zacisnął wargi i pokręcił głową. nie chciał, żeby nieznajoma osoba chodziła za nim krok w krok przez najbliższe tygodnie. podejrzewał, że później także nie mógłby się od niej uwolnić, nawet, jeśli starałby się nie wiadomo jak. dlatego zamierzał poprosić o jedyną osobę, której ufał w jakimś stopniu. a właściwie nie poprosić, a zażądać.
– chcę Liama – powiedział bez zawahania, krzyżując ramiona na piersi i unosząc wyżej brodę, żeby sprawić wrażenie pewnego siebie. – zostanę tutaj, ale nie zgadzam się na nikogo innego – dodał, kiedy zaskoczony Alexander nie odpowiedział mu w żaden sposób.
– przykro mi, ale najpierw on musi na to przystać – odparł ostrożnie, wpatrując się uważnie w twarz chłopaka – jednakże muszę pana poinformować, że Liam pracuje w terenie i nigdy nie sprawował roli opiekuna. ciężko będzie go przekonać do tego pomysłu, ale…
– ale jestem pewien, że pan spróbuje – zielonooki zmarszczył brwi i zagryzł wargę, nie wiedząc czy postępuje dobrze, wywierając aż taki nacisk. – mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie mogę być tutaj przetrzymywany wbrew własnej woli. więc albo Payne, albo nikt – stwierdził i postanowił nie odzywać się już ani słowem.
przez następne piętnaście minut, szef organizacji próbował przekonać bruneta do zmiany zdania, jednak za każdym razem spotykał się odmową. najlepsze argumenty zostały odrzucone przez jedno pokręcenie głową. Théo przez cały ten czas zachowywał pokerową twarz, aż w końcu Alexander był zmuszony skapitulować i przystać na postawione warunki.
nie chodziło mu wyłącznie o ocalenie kolejnej jednostki, ale także o moc, jaką owa jednostka dysponuje. od momentu odnalezienia Monoda przeczuwał, jaką potęgę w sobie skrywa. z każdym kolejnym dniem obserwacji tylko się w tym utwierdzał i nie zamierzał rezygnować z przewagi, którą mógł zyskać przy zwerbowaniu go.
– niech tak będzie – oznajmił, podnosząc się ze swojego fotela i wzrokiem nakazał brunetowi zrobienie tego samego. – o reszcie spraw, o których panu nie powiedziałem, opowie Liam – dodał, ściskając drobną dłoń nowego sprzymierzeńca.
Théo uśmiechnął się zadowolony i wiedząc, że to już koniec rozmowy, ruszył do drzwi. kiedy został poproszony o przysłanie Payne’a, tylko skinął głową i położył dłoń na klamce. po wyjściu z gabinetu, zorientował się, że przez całą drogę na korytarz wstrzymywał oddech, więc wpuścił go powoli.
– teraz chce porozmawiać z tobą – rzucił do alfy, który siedział na zimnej podłodze, oparty plecami o ścianę. – co? mnie nie pytaj, ja tam nie mam pojęcia o co mu chodzi – wzruszył ramionami, udając niewiniątko i sam zajął miejsce na metalowym podłożu, wyjmując Johna z kieszeni, w której ten zdążył się skryć.
nie powiedział już nic, ale w głębi duszy miał nadzieję, że rozmowa nie potrwa długo, ponieważ był nadzwyczaj ciekawy reakcji szatyna. z jednej strony chciał wrócić do londyńskiego mieszkania, ale z drugiej niezwykle fascynowało go to, czego może doświadczyć w nowym miejscu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz