Théo nie zmrużył oka przez pół nocy, na przemian siedząc na łóżku czy parapecie i krążąc po niewielkim pokoju. jego spojrzenie wodziło od Liama, pogrążonego w głębokim śnie, którego wyraźnie potrzebował, do samochodu stojącego na zewnątrz. kilka razy brunet miał ochotę zostawić mężczyznę samego i po prostu wrócić do Londynu, ale prawda była taka, że za bardzo się bał. nie tylko demonów, ale i mocy, jaka w nim drzemała. wcześniej nie wierzył w słowa towarzyszącego mu mężczyzny, jednak powoli zaczął dopuszczać je do świadomości. od dnia osiemnastych urodzin zdarzały mu się różne wypadki związane z roślinami, które po prostu wymykały się spod kontroli. wcześniej nie miał takiego problemu, bo nawet nie interesował się kwiatami. owa fascynacja zrodziła się w nim naprawdę niespodziewanie.
brunet westchnął cicho i spojrzał przez okno na pomarańczowe niebo nad pagórkami, które stopniowo przechodziło w różowe, a następnie w niebieskie. chmury płynęły po nim leniwie, przysłaniając wschodzące słońce. ranek mógł oznaczać tylko jedno. że kiedy tylko Payne się obudzi, będą ruszali w dalszą drogę, więc – chcąc, nie
chcąc – Théo zrzucił tenisówki oraz spodnie, a potem wsunął się pod kołdrę. usnął w kilka minut po tym, jak jego głowa zetknęła się z miękką poduszką.
kilka godzin później, chłopak zmarszczył lekko nos i otworzył oczy, ale zaraz
zmrużył je, chroniąc źrenice przed promieniami porannego słońca. wydawało mu się,
że usnął zaledwie na pięć minut, ale zegar na ścianie wyraźnie wskazywał na siódmą rano, a przecież poszedł spać chwilę po czwartej.
– dzień dobry – powiedział cicho do Liama, siedzącego na parapecie przy oknie i wygrzebał się niechętnie z pościeli.
po otrzymaniu odpowiedzi w formie krótkiego skinienia głową, Théo westchnął cicho i zabrał swoje rzeczy, a następnie umknął do klaustrofobicznej łazienki. nie chciał już więcej denerwować swojego kompana, także ze względu na rany, jakie odniósł broniąc go dwukrotnie, więc wziął szybki prysznic i przebrał się w czyste ubrania. najwyraźniej brązowooki poszedł po nie, kiedy się obudził.
odświeżony i rozbudzony, choć nadal niewyspany, opuścił pomieszczenie wyłożone płytkami i rzucił spojrzenie Liamowi. na dłużej zatrzymał je na opalonych plecach mężczyzny, które teraz pokrywały liczne siniaki. wszystkie wyglądały na świeże, ale nie było się czemu dziwić, skoro przeżył dwa bolesne upadki.
– babka – wyrwało się nagle chłopakowi, który uniósł wzrok i napotkał równie zaskoczone spojrzenie szatyna. – no taka roślina. robi się z niej okłady na siniaki – wyjaśnił i zaraz zmarszczył brwi. – ale skąd ja to wiem?
brązowooki wzruszył ramionami w odpowiedzi i wyrzucił przez okno niedopałek papierosa, który Théo dostrzegł dopiero teraz. odruchowo skrzywił się na ten widok, ale nic nie powiedział, zajmując się założeniem swoich znoszonych tenisówek.
– myślisz, że mógłbym sprawić, żeby tu wyrosła? – zapytał brunet, przysiadając na podłodze z plecami opartymi o ramę łóżka. – zrobiłbym ci te okłady, żeby tak nie bolało – dodał, rozpierając się wygodniej i układając dłonie równo na kolanach.
– później, teraz musimy się spieszyć – odpowiedział szybko Liam, machając
ręką na jego propozycję. – jesteś gotowy? – podał niższemu czarną bluzę i zaczekał,
aż ten naciągnie ją na swoje ramiona.
spojrzeli po sobie i zebrali swoje rzeczy oraz, w przypadku Théo, zwierzęta, a potem zgodnie ruszyli do drzwi. pierwszy wyszedł Liam i na wszelki wypadek rozejrzał się dookoła. kiedy upewnił się, że jest bezpiecznie, złapał chłopaka za ramię i pociągnął za sobą w kierunku schodów. po uregulowaniu
rachunku w recepcji i zajęciu miejsca kierowcy, odetchnął z wyraźną ulgą.
Théo bez słowa usiadł na tylnej kanapie i pozbierał leżące dookoła papiery, kilkakrotnie napotykając się na swoje imię, nazwisko czy zdjęcie. na każdej fotografii wyszedł okropnie, w swoim mniemaniu, ale nie skomentował tego. po wsunięciu dokumentów do teczki, którą także znalazł, ułożył się wygodnie i podkurczył nogi, mając nadzieję, że uda mu się pospać chociaż trochę. monotonne dźwięki silnika oraz cicha muzyka, płynąca z radia sprawiły, że brunet zaczął odczuwać senność. już prawie spał, ale John miał zupełnie inne plany. wyspany i gotowy do zabawy, zaczął zaczepiać swojego właściciela, trącając łebkiem jego dłoń oraz nos. kiedy to nie przyniosło skutku, wsunął się pod luźną koszulkę i przebiegł zimnymi łapkami po rozgrzanym brzuchu Théo, na co ten zareagował piskiem i usiadł niechętnie.
– jak ja nienawidzę tego zwierzaka – wymamrotał do siebie, wywołując delikatny uśmiech na ustach prowadzącego Liama. – mogłem cię sprzedać, ty zarazo – burknął, patrząc na fretkę z niezadowoleniem i przeszedł na przednie siedzenie, od razu przypinając się pasem.
– żałujesz, że nie rzuciłem w niego sztyletem? – zapytał Payne z nutą zadowolenia, pobrzmiewającą w głosie. – dobra, nie pytałem – wywrócił oczami, kiedy napotkał nieprzychylne spojrzenie i skupił się na drodze.
Théo westchnął cicho i zaczął bawić się z rozbrykanym Johnem, który raz na jakiś czas syczał na Liama. owe odgłosy momentalnie wywoływały uśmiech na twarzy zaspanego Théo. tym razem kąciki ust pozostawały w górze znacznie dłużej niż poprzedniego dnia. przynajmniej do momentu, kiedy samochód wjechał między wysokie drzewa i zaczął jechać krętymi uliczkami.
jedno spojrzenie rzucone na minę szatyna wystarczyło, by zielonooki zorientował się, że zbliżają się do celu długiej podróży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz