zmierzchało, kiedy siedzieli przy stoliku w jakimś podrzędnym barze. Liam grzebał widelcem w swoim talerzu, uważnie przyglądając się jak jego towarzysz pochłania kolejną porcję ryby z frytkami. przez chwilę zastanawiał się, gdzie ten mały człowieczek mieści to w sobie, bo nie ukrywajmy; brunet był niższy od niego o głowę, drobniejszy i szczuplejszy, a pochłaniał takie ilości jedzenia, jakby wykarmiał małą armię w swoim żołądku.
– gdybyś się tak długo nie pakował, bylibyśmy na miejscu – odezwał się, w końcu biorąc się za swoją porcję. zielone tęczówki spojrzały na niego. – no co? taka prawda. jakbyśmy wyjechali z samego rana to teraz bylibyśmy w Kornwalii.
– po co jedziesz taką okrężną drogą? – zapytał z nutą ironii Théo.
– och. czyli rozumiem, że chcesz, by rozszarpała cię chmara rozwścieczonych demonów? – odgryzł się Payne, na co chłopak prychnął i wrócił do swojego posiłku. szatyn podniósł się i podszedł do baru.
– chcę uregulować rachunek – odparł, sięgając do portfela. rudy mężczyzna za ladą zaczął wstukiwać wszystko na kasę, a on rozejrzał się po wnętrzu. poza nim było tu dwóch mężczyzn siedzących w kącie. mieli szpakowate twarze i okropnie przetłuszczone mysie włosy. obaj przyglądali mu się uważnie znad swoich kufli piwa i Liam wiedział co to za jedni.
– to będzie piętnaście funtów sześćdziesiąt osiem centów – odezwał się właściciel baru. szatyn sięgnął do portfela, z którego wyciągną dwudziestofuntowy banknot i położył na ladzie.
– powiedz mi. często mieszasz gości o tej porze? – spytał, wciąż trzymając palce na banknocie, jednocześnie pokazując swoją legitymacje. rudy mężczyzna spojrzał najpierw na nią, potem na niego po czym dodał półszeptem.
– wiesz. nieczęsto. zazwyczaj jacyś przejezdni jak wy... – wyznał.
– a tamci dwaj w kącie? – dopytywał Payne.
– siedzą tu od kilku godzin. ale dopiero na wasz widok się ruszyli – odpowiedział mężczyzna. – wcześniej tylko wpatrywali się w stolik.
Liam puścił banknot i dołożył jeszcze dwa o tym samym nominale.
– nie widziałeś mnie, ani mojego kolegi, jasne? – odparł, posyłając mu spojrzenie.
– ty tu jesteś szefem – odparł rudzielec, patrząc na banknoty, jak na świętość, a Liam pomyślał, że wystarczyło by po dziesiątce od każdego. najwyraźniej obrót był niewielki i liczył się każdy grosz. szatyn wywrócił oczyma i wrócił na swoje miejsce, siadając naprzeciwko bruneta. zerknął znad oparcia na mężczyzn i wiedział, że będą kłopoty. musieli ich minąć by wyjść z baru.
– jestem pełny – oznajmił Théo, zwracając tym samym jego uwagę.
– świetnie. to się zbieramy. na przeciwko jest motel – wyznał, podnosząc się z miejsca i ruszając przodem. brunet szedł za nim, ziewając głośno, a biała fretka wyskoczyła z kieszonki i owinęła się wokół jego szyi.
podnieśli się ze swoich miejsc, na co Liam powoli sięgnął za pasek, zaciskając palce na sztylecie. oczy gości pociemniały, a moment potem z ust wydobył się skrzek. Liam ruszył na nich z zaciętym wyrazem twarzy, pozostawiając chłopaka w osłupieniu.
zamachnął się, ale oba demony odskoczyły. rozjaśnił więc tęczówki, a rzędy kufli poszybowały na nich, roztrzaskując się na głowach. to nie było jednak dobre posunięcie, bo oba potwory rozzłościły się jeszcze bardziej, ukazując długie szpony i rzucając się na szatyna.
sztylet wyśliznął mu się z dłoni i z brzdękiem upadł na podłogę, kiedy demony rzuciły nim na pobliski stolik. mocno zacisnął usta, czując przeszywający ból w plecach. tego było już za wiele. co ten chłopak miał, że wszystkie do niego lgnęły?
podciągnął się na łokciach, ale jeden z nich zdążył wbić swoje szpony w jego łydkę. zawył z bólu, czując piekący ból. przywołał swoją magię i machnął dłonią, a sztylet który mu wypadł wbił się prosto w serce demona. rozsypał się w popiół, ale jego miejsce zaraz zajął ten drugi. mocno zacisnął usta, zsuwając się ze stołu i chwytając w palce swoją broń. jakież było jego zaskoczenie, kiedy pod jego stopami przemknęły zielone pnącza, które owinęły się wokół kostek demona i zaczęły wspinać w górę. zacisnęły się wokół brzucha potwora, a na końcu jednego z nich pojawił się gigantyczny kolec, który przebił serce napastnika. rozsypał się on w popiół.
Liam wypuścił drżący oddech i odwrócił się w stronę bruneta, który przyglądał się swoim dłonią, z przerażeniem wymalowanym na twarzy. podniósł na niego swoje zielone spojrzenie.
– ja... nie wiem... – wydukał Théo, a on chwycił go za nadgarstek i pociągnął do wyjścia.
– nie ważne jak. ważne, że pozbyłeś się go – rzucił, lekko utykając na prawą nogę. chłodne powietrze owiało jego twarz, sprawiając że poczuł ulgę na zmęczonej buzi. pociągnął chłopaka do motelu po przeciwnej stronie i przyklejając uśmiech na twarz wszedł do recepcji, starając się normalnie chodzić.
– dobry wieczór – przywitał się z ponurą kobietą za ladą. – jest może wolna dwójka? chcielibyśmy wynająć na jedną noc.
kobieta odwróciła się i zdjęła z haczyka, kluczyk z numerem pięć. położyła go na ladzie i odezwała się.
– piętro wyżej, na końcu korytarza. płatność przy wyjeździe – rzuciła, na co Liam poszerzył uśmiech, który zniknął, gdy tylko odwrócił się od lady. wspiął się po schodach, doczłapał do drzwi, które otworzył i puścił Théo przodem. ten wszedł do środka, a on za nim, trzaskając drzwiami.
– z żadnym, w całej mojej karierze nie miałem takich problemów jak z tobą – wybuchnął, kierując się do szafki nocnej, z której wygrzebał apteczkę. – nie wiem co jest nie tak, ale lgną do ciebie jak ćmy do światła.
– o ile pamiętam, to nie miałem ochoty ruszać się z domu – odgryzł się brunet, rzucając swoją torbę na drugie łóżko. – sam mnie wyciągnąłeś z mieszkania.
– w którym prędzej czy później byś zginął. gdybyś się tak nie guzdrał przy pakowaniu, bylibyśmy bezpieczni w mieście – warknął Liam, podciągając nogawkę spodni i ukazując wgłębienia po szponach demonów. skrzywił się na ten widok i sięgnął po wodę utlenioną. odkręcił ją i wylał połowę na rany. warknął, zaciskając mocno szczęki.
– będziesz mi to wypominał do końca życia? – zapytał Théo, biorąc od niego butelkę i siadając na podłodze przy jego nodze. wziął z materaca apteczkę i przetarł rany wacikami.
– może – mruknął Payne w odpowiedzi, opadając na materac. był wykończony, wszystko go bolało, a noga rwała jak cholera. jednak delikatny dotyk dłoni omego ulżył mu w dziwny sposób, gdy owijał bandażem jego łydkę.
– potrzebuję odpocząć – mruknął na pół przytomny. – tylko kilka godzin.
sam nie wiedział kiedy powieki mu opadły i zasnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz