Théo ziewnął cicho i przysłonił usta pięścią, rozglądając się dookoła zaspanym spojrzeniem. pokój już od kilku godzin pogrążony był w półmroku, ciemność rozpraszało włączone światło dwóch lampek nocnych. jedną z nich jego chłopak przysunął bliżej łóżka, a drugą postawił przy fotelu. w ten sposób nikt nie męczył wzroku bardziej, niż było to potrzebne.
– ktoś ma ochotę na herbatę? – rzucił zielonooki, poprawiając poduszkę, którą wcześniej podłożył pod plecy. – halo? – sapnął z nutą niezadowolenia, kiedy nie otrzymał odpowiedzi. – zrobić komuś herbaty? – ponowił, zsuwając się z materaca.
zebrawszy zamówienia od Liama i Zayna, nasunął na stopy swoje tenisówki i ruszył w kierunku kuchni. korytarze były już opustoszałe, ponieważ zajęcia skończyły się dużo wcześniej. adepci zaszyli się w swoich pokojach lub w bibliotece, gdzie zwykle odbywało się odrabianie prac domowych.
nieustannie rozmyślając o tajemniczym mężczyźnie, którego zobaczył między strugami deszczu, Théo napełnił czajnik wodą i włączył go. oparł się plecami o krawędź blatu i skrzyżował ramiona na piersi, wbijając spojrzenie w przestrzeń.
pamiętał, że kiedyś czytał opis, zgadzający się z tym, co widział w niemal stu procentach.
brunet westchnął ze smutkiem i na moment zacisnął powieki. potrzebował odpocząć od rozmyślań na ten temat, ponieważ powoli wszystko zaczynało go drażnić. żeby nie tracić czasu, wyjął z szafki drewnianą tacę, na której ustawił trzy kubki oraz talerz z różnymi smakołykami. do odpowiednich naczyń wrzucił torebki z herbatą. dwie malinowe, dla niego i Liama, i jedna brzoskwiniowa dla Zayna.
po tym, jak w pomieszczeniu rozległ się charakterystyczny gwizd, nalał wrzątku do kubków i odczekał kilka chwil. złapawszy mocno tacę, opuścił kuchnię i ostrożnie przeszedł przez salę jadalną oraz korytarz. największym wyzwaniem okazało się wejście do pokoju, przy użyciu łokcia do otworzenia drzwi, jednakże udało mu się to zrobić bez wylania połowy napojów.
– proszę – powiedział zachrypniętym głosem, podając naczynia dwóm mężczyznom, którzy podziękowali mi po cichu.
sam chwycił swoje i zakopał się z powrotem pod kołdrą. żeby nie tracić czasu, przyciągnął do siebie zieloną książkę, opatrzoną tytułem „zarys wierzeń plemion celtyckich”. wyglądała na nową, więc nie obawiał się wielkiej katastrofy przez przypadkowe zalanie jej herbatą. przeczytawszy pobieżnie wstęp, zamrugał oczami i pokręcił głową. nie zrozumiał z niego absolutnie nic, ale zrzucił to na zmęczenie.
– niczego nie znaleźliście, prawda? – uniósł wzrok znad cienkiego tomu i napotkał dwa przepraszające spojrzenia, które odpowiedziały na jego pytanie. – okej, w porządku – mruknął bardziej do siebie i upił pierwszy łyk.
czując napływające uczucie zrezygnowania, zmarszczył brwi i desperacko wbił spojrzenie w tekst. pierwszym, co sprawdził był oczywiście spis treści, znajdujący się na początku książki. z niego dowiedział się, że informacji o bóstwach męskich powinien szukać w okolicach 127 strony, więc uczynił to bez szemrania.
pierwszy z podrozdziałów mówił o tak zwanym „bogu z rogami”. jednakże jego opis, ciągnący się przez około jedenaście stron, nie wniósł niczego nowego do poszukiwań. nie mając ochoty na czytanie drugiej, tak obszernej historii z kolei, Théo odsunął tom na bok i zajął się piciem herbaty, która zyskała temperaturę pokojową.
– może powinniśmy to odłożyć na jutro – stwierdził cichym głosem, kiedy wypił ostatni łyk napoju i odstawił kubek na bok. – nie wiem jak wy, ale ja już nie mam do tego siły – westchnął, wracając do lektury.
– zostało nam już tylko kilka książek – odparł Liam, tłumiąc ziewnięcie, które cisnęło się na jego wargi. – skończymy je przeglądać. jutro możemy spróbować znowu, jeżeli niczego nie znajdziemy – to stwierdzenie poparło aprobujące mruknięcie Zayna.
nie mając ochoty na sprzeczanie się ze starszymi od siebie, Théo wzruszył ramionami i zmienił pozycję. teraz leżał obok swojego opiekuna, podpierając łokcie na krawędzi materaca. książkę trzymał w dłoniach, uniesionych na wysokość twarzy, a bystrym spojrzeniem uważnie śledził kolejne słowa. w kilka minut przebrnął przez drugi podrozdział, chociaż zrobił to z wyraźnym trudem.
wiedząc, że nikt nie zauważy niedbalstwa, jedynie przebiegł wzrokiem po trzech kolejnych kartkach. zatrzymał się dopiero, kiedy jego uwagę przykuło jedno ze słów. cernucopia. chociaż miał wrażenie, że nie wniesie to niczego nowego, wrócił do początku akapitu. w miarę czytania krótkiego tekstu, jego oczy rozszerzały się co raz bardziej, aż w końcu odsunął od siebie książkę.
– znalazłem – powiedział z niedowierzaniem, nieco przyciszonym głosem. – olloudius. ten mężczyzna, którego wtedy zobaczyłem się tak nazywa – dodał, kręcąc głową. – on jest bogiem… podobno napis na figurce, znalezionej w Belgii sugeruje, że można go czcić, jako opiekuna danego terenu – odchrząknął nieznacznie i usiadł na brzegu łóżka.
zielonooki zaczął nerwowo bawić się swoimi palcami, czując zdziwione spojrzenia utkwione w sobie. jego policzki momentalnie pokryły się głębokim odcieniem czerwieni, który próbował zatuszować przez przysłonięcie go włosami. nie dało to zbyt wiele, ponieważ grzywka okazała się o wiele za krótka. ale Zayn i Liam szybko stracili przesadne zainteresowanie, wertując książki w poszukiwaniu większej ilości informacji.
– Liam? – spomiędzy wąskich warg Théo wydobyło się ciche pytanie, nad którym nie zdołał zapanować. – przepraszam, że wciągnąłem cię w to wszystko. n-nie powinienem był prosić o to, żebyś został moim opiekunem – wyszeptał drżącym głosem, nie unosząc wyżej spojrzenia. – chyba już pójdę, dobranoc.
zanim ktokolwiek zdołał zareagować, Théo zebrał swoje rzeczy i wystrzelił z pokoju, jak z procy. jego serce biło w przyspieszonym tempie, a przez głowę przemykały tysiące myśli. żadna z nich nie napawała entuzjazmem. wszystkie wywoływały przerażenie, na które ciało Théo reagowało drżeniem oraz nagłym osłabieniem.
przeklinając po cichu samego siebie oraz wszystkie decyzje, jakie podjął zaraz po przyjeździe, zamknął drzwi na klucz i usiadł na podłodze. coś podpowiadało mu, że właśnie nimi ściągnął niebezpieczeństwo na siebie oraz tych, którzy znaczyli dla niego więcej niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz