tej nocy Théo nie zasnął na dłużej niż godzinę, a kiedy przebudził się z kolejnego koszmaru i chciał choć na moment wyjść z łóżka, napotykał na surowe spojrzenie nieznajomego. wówczas wzdychał cicho i chował się z powrotem pod kołdrę, usiłując myśleć o czymś przyjemnym. zabiegi skutkowały na krótkie momenty, ale przynajmniej pomogły mu się uspokoić.
częściowo.
kiedy zegar pokazał szóstą rano, brunet skopał z siebie kołdrę i zajrzał pod łóżko, gdzie, na jednej z jego koszulek, drzemała fretka. uspokojony obecnością zwierzaka w bezpiecznym miejscu, przeniósł wzrok na szatyna, który siedział rozparty na fotelu. jego oczy były zamknięte, a klatka piersiowa unosiła się równomiernie, ale jego ciało było w stałej gotowości.
nie chcąc budzić mężczyzny, Théo podszedł do szafy i zmarszczył brwi. była masywna i ciężko było mu ją ustawić w kącie pokoju, kiedy się wprowadzał. a wtedy była całkowicie pusta, nawet wyjął z niej wszystkie półki. teraz miał przed sobą mebel wypełniony znaczną częścią ubrań, które akurat nie leżały na podłodze.
– to jedziemy z tym koksem – westchnął głośno i otworzył skrzypiące drzwi, krzywiąc się przy tym. miał nadzieję, że nie obudził tym hałasem swojego „gościa", o ile ten w ogóle spał. – ja tego układać nie będę – dodał jeszcze, zanim wyrzucił wszystkie rzeczy na podłogę.
opierając się plecami o jedną ze ścianek mebla, mocno zaparł nogi na podłodze i zaczął się powoli odpychać, przesuwając go o kilka milimetrów. po pięciu czy sześciu próbach, brunet był czerwony z wysiłku i zdyszany. postanowił jednak zrobić ostatnie podejście i w końcu udało mu się przesunąć szafę na tyle daleko od drzwi, by móc je spokojnie otworzyć.
– nareszcie – wymamrotał pod nosem i wyślizgnął się z sypialni, a jego oczom ukazało się istne pobojowisko. – tego też nie zamierzam sprzątać – burknął, ostrożnie, przechodząc między kilkoma rozbitymi przedmiotami, żeby nie poranić sobie stóp.
kiedy w końcu dotarł do kuchni, po wcześniejszym zahaczeniu o łazienkę, aż odetchnął z ulgą. pomieszczenie wyglądało tak, jak je zostawił poprzedniego ranka i nic nie zostało zniszczone. od razu uznał to w myślach za plus i otworzył lodówkę z zamiarem przygotowania śniadania. zanim jednak zdołał cokolwiek wyciągnąć, usłyszał za sobą odgłosy kroków i odwrócił się odruchowo.
w przejściu, między salonem a kuchnią, stał tajemniczy szatyn, który poprzedniej nocy wparował do jego mieszkania i nawet nie raczył wyjawić swojego imienia. między jego brwiami powstała krótka, pionowa kreska, będąca efektem mocnego ich marszczenia. wąskie usta były zaciśnięte w kreskę, a sarnie oczy pełne niezadowolenia, jednak Théo nie zwrócił na to uwagi.
– co chcesz na śniadanie? – zapytał, pozwalając sobie przejść z nim na „ty". – mogę zrobić kanapki, naleśniki i jajecznicę. wybieraj – dodał, opierając się plecami o czysty blat i skrzyżował ramiona na piersi.
mężczyzna prychnął i przysunął się do chłopaka, mordując go spojrzeniem. widać nie podobało mu się zachowanie młodszego chłopaka i nie zamierzał tego ukrywać. jego brązowe tęczówki ciskały piorunami.
– mówiłem, że masz zostać w sypialni czy nie? – warknął nieznajomy, a potem zacisnął mocno szczękę.
– mówiłeś, że musimy przeczekać do rana – odparował chłopak, wyjmując na blat składniki potrzebne do przygotowania jajecznicy. – a teraz siadaj i mi nie przeszkadzaj, bo chcę być miły i dać ci śniadanie, ale za moment zmienię zdanie!
szatyn już otwierał usta, żeby odpyskować, ale zamiast wdawać się w kłótnię, pokręcił głową i usiadł na drewnianym krześle przy stole w kuchni. stamtąd uważnie obserwował każdy ruch swojego celu. nawet ten najdrobniejszy, jak odsunięcie grzywki czy poprawienie opadających spodni.
Théo próbował ignorować obecność innej osoby w swoim otoczeniu, ale nie było to możliwe, ponieważ czuł na sobie jej świdrujący wzrok. stawało się to co raz bardziej irytujące, ale postanowił zagryźć zęby i nie wywoływać kłótni. był już świadkiem sprawności brązowookiego, więc wolał nie sprawdzać na własnej skórze, co może mu zrobić.
– smacznego – mruknął, stawiając na stole dwa talerze.
kiedy życzenie nie spotkało się z żadną odezwą, Théo wziął naczynie i przeniósł się do salonu, żeby zjeść w spokoju. wygodnie rozsiadł się w miękkim fotelu, niespiesznie grzebiąc palcem w śniadaniu. dopiero po kilku minutach zorientował się, że nie ma na nie ochoty i odstawił je na niski stoliczek do kawy.
niespełna pół godziny później w pomieszczeniu pojawił się mężczyzna, nieustannie mierzący wzrokiem bruneta, który aż mocniej wcisnął się w oparcie mebla. srogi wyraz twarzy przywodził mu na myśl starszego brata, który zawsze obdarowywał go takim spojrzeniem, kiedy coś spsocił. nawet, jeśli nie było to celowe.
– chyba masz mi coś do wyjaśnienia – stwierdził Théo, wyraźnie drżącym głosem. – co się wczoraj wydarzyło? i skąd te wszystkie kwiaty? – zapytał, zerkając w bok, gdzie na podłokietniku zaczynała kwitnąć biała lilia.
szatyn rozparł się wygodniej na swoim miejscu i powiódł wzrokiem za zielonookim, który usiadł na kanapie, opierając łokcie na swoich kolanach. jego mina i postawa świadczyły o tym, że rozmowa będzie długa i na pewno niełatwa dla obu stron.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz