po stosunkowo dużym pomieszczeniu przechadzał się niewysoki brunet, rzucający spojrzenia na cyferblat zegara. jego jasne dłonie były schowane w kieszeniach ciepłej bluzy, a policzki przyozdobione dorodnymi rumieńcami, kiedy niecierpliwie czekał na pojawienie się pierwszego klienta. spod czarnej grzywki wyglądały tęczówki o intensywnym kolorze zieleni, błyszczące z powodu zwykłego sobie podekscytowania oraz choroby.
tego ranka, jak w ciągu każdego innego, od momentu pierwszego dnia zimy, chłopak obudził się zakatarzony z lekkim stanem podgorączkowym. działo się tak każdego roku, od momentu, kiedy skończył osiemnaście lat, a przeziębienie zwykle przechodziło wraz z przyjściem wiosny.
Théo wypuścił cichy jęk, kiedy jego nos zatkał się i zaczerwienił jeszcze bardziej. podszedł do torby położonej za drewnianą ladą i aż podskoczył, kiedy ją otworzył. w środku, na trzech paczkach chusteczek umościło się smukłe, białe zwierzątko. najwyraźniej spało, ale brunet nie miał oporu przed odsunięciem go na bok i wyjęciem potrzebnej mu rzeczy.
– serio, John? znowu? – zapytał, gładząc fretkę po małym łebku. – nie możesz wytrzymać w domu sam przez te kilka godzin? – chłopak wyciągnął rękę i położył go na podłodze. od dnia zakupu Johna, a właściwie ranka, który nastąpił po tym dniu, Théo zawsze znajdował go w swojej torbie po zejściu do kwiaciarni.
zielonooki uśmiechnął się pod nosem, kiedy poczuł przyjemne ciepło białego futerka ocierającego się o jego nogę, wyszedł przed budynek kwiaciarni i zaczął układać ścięte kwiaty w doniczkach. nie dziwiło go, że utrzymują się przez długi czas, ponieważ zdążył się do tego przyzwyczaić. wszyscy mówili, że to dzięki jego talentowi do pielęgnowania roślin, ale chłopak nie potrafił się z tym zgodzić.
po ustawieniu wszystkich donic na chodniku, Théo odetchnął głęboko i wrócił do sklepu, gdzie stanął za ladą, opierając na niej łokcie. nie minęło kilka minut, jak do budynku wszedł pierwszy z klientów. dla właściciela wyglądał dokładnie tak, jak ktoś, kto pokłócił się z ukochanym i będzie próbował go przeprosić, dlatego starał się doradzić mu jak najlepiej w wyborze bukietu, aby wyrażał dokładnie wszystkie jego uczucia. nie minęło kilka minut, jak mężczyzna opuścił kwiaciarnię, po raz kolejny dziękując brunetowi za pomoc.
Théo zachichotał i podskoczył, by usiąść na wysokim blacie, dzięki czemu mógł beztrosko machać nogami, nucąc pod nosem piosenki z bajki, którą niedawno obejrzał razem ze swoim przyjacielem. w tym czasie, kolejni zainteresowani zakupem kwiatów, wchodzili i wychodzili, nie zawsze wynosząc ze sobą nowy nabytek, ale bardzo często szeroki uśmiech.
w okolicach godziny dwudziestej, brunet usiadł na krześle w kącie pomieszczenia i zaczął konsumować kanapkę, dzieląc się małymi kęsami ze swoim zwierzakiem. jego myśli znowu wypełniały wspomnienia dziwnych snów, nawiedzających go w nocy od ponad tygodnia. za każdym razem pojawiał się w nich ten sam mężczyzna, który chciał mu coś powiedzieć, jednak gdy tylko otwierał usta, wydobywał się z nich nieprzyjemny skrzek. owa senna mara zapętlała się tylko, nie pozwalając mu na porządne wyspanie się.
– będziemy się zbierać za trochę, Johnny – westchnął, zerkając na białą fretkę, na swoich kolanach. – musisz dostać swoje jedzenie, bo mi tutaj padniesz – uśmiechnął się pod nosem, wstając z miękkiego miejsca.
upewniwszy się, że do kwiaciarni nie zajrzy już nikt, Théo zaczął powoli wnosić wszystko do środka, pamiętając o wieczornym podlaniu kilku kwiatów, które wymagały tego częściej niż inne. wszystko zajęło mu prawie dwie godziny, ponieważ musiał jeszcze złożyć zamówienie na rośliny, których brakowało, a zwykle cieszyły się sporym powodzeniem. jak storczyki czy wrzos.
w końcu, kiedy wskazówki zegara zbliżały się do wskazania dwudziestej drugiej, Théo nasunął na ramiona szarą kurtkę, a potem zarzucił na jedno z nich swoją torbę, upewniwszy się, że John siedzi bezpiecznie w środku. powieki chłopaka stopniowo robiły się ociężałe, ale on starał się nie zwracać na to uwagi, pocieszając się myślą, że za kilka minut będzie mógł położyć się w ciepłym łóżku.
uśmiechając się szeroko na wspomnienie miękkiego materaca, wyszedł przed budynek i dokładnie zamknął drzwi. kiedy był pewien, że nikt nie proszony nie dostanie się do środka, przeszedł po płytach chodnika do klatki schodowej, znajdującej się obok i zniknął w niej w ułamku sekundy. po mozolnej wspinaczce po schodach, wszedł do mieszkania i odwiesił kurtkę na haczyk, a bluzę niedbale rzucił na fotel.
– dobranoc, John! – rzucił, kiedy fretka położył się na swoim legowisku i wszedł do sypialni, pozostawiając drzwi uchylone, żeby w razie czego nie musieć wstawać i wpuszczać zwierzaka. – jutro czeka nas ciężki dzień – zanucił, chwytając szczotkę z kąta pokoju. po zwiększeniu głośności radia, przez kilka minut tańczył po pomieszczeniu, głośno wtórując wokaliście.
umilkł dopiero wtedy, kiedy usłyszał głośne walenie w kaloryfer, oznaczające, że ma być cicho, ponieważ inni chcą spać. westchnąwszy cicho, brunet zdjął przez głowę białą koszulkę i zastąpił ją tą z wizerunkiem Iron Mana, a spodnie wymienił na wygodny dres. tak przygotowany, zgasił światła w domu i wsunął się pod kołdrę, a objąwszy poduszkę usnął szybko.
niemal od razu w jego sennych marzeniach pojawiła się postać tajemniczego mężczyzny, nie mogącego wydać z siebie normalnego głosu. jedynie te skrzeki. brunet jęknął cicho i podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając oczy pięściami. miał nadzieję, że jeśli się rozbudzi, to nieprzyjemne odgłosy znikną. jednak z każdą sekundą tylko się nasilały, aż w końcu brunet otworzył szeroko oczy i krzyknął. koszmar przestał być jedynie snem.
wypełniony przerażeniem, ale i ciekawością, Théo wygrzebał się z pościeli i ruszył do salonu połączonego z korytarzem, z którego dochodziły niepokojące odgłosy. to, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania, a strach wziął górę nad wszystkim innym, paraliżując sobą chłopaka.
po ustawieniu wszystkich donic na chodniku, Théo odetchnął głęboko i wrócił do sklepu, gdzie stanął za ladą, opierając na niej łokcie. nie minęło kilka minut, jak do budynku wszedł pierwszy z klientów. dla właściciela wyglądał dokładnie tak, jak ktoś, kto pokłócił się z ukochanym i będzie próbował go przeprosić, dlatego starał się doradzić mu jak najlepiej w wyborze bukietu, aby wyrażał dokładnie wszystkie jego uczucia. nie minęło kilka minut, jak mężczyzna opuścił kwiaciarnię, po raz kolejny dziękując brunetowi za pomoc.
Théo zachichotał i podskoczył, by usiąść na wysokim blacie, dzięki czemu mógł beztrosko machać nogami, nucąc pod nosem piosenki z bajki, którą niedawno obejrzał razem ze swoim przyjacielem. w tym czasie, kolejni zainteresowani zakupem kwiatów, wchodzili i wychodzili, nie zawsze wynosząc ze sobą nowy nabytek, ale bardzo często szeroki uśmiech.
w okolicach godziny dwudziestej, brunet usiadł na krześle w kącie pomieszczenia i zaczął konsumować kanapkę, dzieląc się małymi kęsami ze swoim zwierzakiem. jego myśli znowu wypełniały wspomnienia dziwnych snów, nawiedzających go w nocy od ponad tygodnia. za każdym razem pojawiał się w nich ten sam mężczyzna, który chciał mu coś powiedzieć, jednak gdy tylko otwierał usta, wydobywał się z nich nieprzyjemny skrzek. owa senna mara zapętlała się tylko, nie pozwalając mu na porządne wyspanie się.
– będziemy się zbierać za trochę, Johnny – westchnął, zerkając na białą fretkę, na swoich kolanach. – musisz dostać swoje jedzenie, bo mi tutaj padniesz – uśmiechnął się pod nosem, wstając z miękkiego miejsca.
upewniwszy się, że do kwiaciarni nie zajrzy już nikt, Théo zaczął powoli wnosić wszystko do środka, pamiętając o wieczornym podlaniu kilku kwiatów, które wymagały tego częściej niż inne. wszystko zajęło mu prawie dwie godziny, ponieważ musiał jeszcze złożyć zamówienie na rośliny, których brakowało, a zwykle cieszyły się sporym powodzeniem. jak storczyki czy wrzos.
w końcu, kiedy wskazówki zegara zbliżały się do wskazania dwudziestej drugiej, Théo nasunął na ramiona szarą kurtkę, a potem zarzucił na jedno z nich swoją torbę, upewniwszy się, że John siedzi bezpiecznie w środku. powieki chłopaka stopniowo robiły się ociężałe, ale on starał się nie zwracać na to uwagi, pocieszając się myślą, że za kilka minut będzie mógł położyć się w ciepłym łóżku.
uśmiechając się szeroko na wspomnienie miękkiego materaca, wyszedł przed budynek i dokładnie zamknął drzwi. kiedy był pewien, że nikt nie proszony nie dostanie się do środka, przeszedł po płytach chodnika do klatki schodowej, znajdującej się obok i zniknął w niej w ułamku sekundy. po mozolnej wspinaczce po schodach, wszedł do mieszkania i odwiesił kurtkę na haczyk, a bluzę niedbale rzucił na fotel.
– dobranoc, John! – rzucił, kiedy fretka położył się na swoim legowisku i wszedł do sypialni, pozostawiając drzwi uchylone, żeby w razie czego nie musieć wstawać i wpuszczać zwierzaka. – jutro czeka nas ciężki dzień – zanucił, chwytając szczotkę z kąta pokoju. po zwiększeniu głośności radia, przez kilka minut tańczył po pomieszczeniu, głośno wtórując wokaliście.
umilkł dopiero wtedy, kiedy usłyszał głośne walenie w kaloryfer, oznaczające, że ma być cicho, ponieważ inni chcą spać. westchnąwszy cicho, brunet zdjął przez głowę białą koszulkę i zastąpił ją tą z wizerunkiem Iron Mana, a spodnie wymienił na wygodny dres. tak przygotowany, zgasił światła w domu i wsunął się pod kołdrę, a objąwszy poduszkę usnął szybko.
niemal od razu w jego sennych marzeniach pojawiła się postać tajemniczego mężczyzny, nie mogącego wydać z siebie normalnego głosu. jedynie te skrzeki. brunet jęknął cicho i podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając oczy pięściami. miał nadzieję, że jeśli się rozbudzi, to nieprzyjemne odgłosy znikną. jednak z każdą sekundą tylko się nasilały, aż w końcu brunet otworzył szeroko oczy i krzyknął. koszmar przestał być jedynie snem.
wypełniony przerażeniem, ale i ciekawością, Théo wygrzebał się z pościeli i ruszył do salonu połączonego z korytarzem, z którego dochodziły niepokojące odgłosy. to, co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania, a strach wziął górę nad wszystkim innym, paraliżując sobą chłopaka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz