był chłodnawy, marcowy wieczór. na londyńskich ulicach zalegały góry brudnego, zbitego śniegu, który nie zdążył jeszcze stopnieć pod wpływem wiosennego słońca. przy Warwick Way jedna z lamp mrugała, nie zwracając specjalnie niczyjej uwagi. jednak mimo wszystko owady zlatywały się do niej. nieopodal na krawężniku stał zaparkowany czarny mercedes. na jego tylnych siedzeniach wyciągnięty był młody mężczyzna z bardzo którko przyciętymi włosami i, którego twarz pokryła się zarostem, a chłodne sarnie oczy spoglądały na okolicę podejrzanie. na kolanach spoczywały akta niejakiego Théodore Andrew Monoda, którego obserwował już od tygodnia. czytał je chyba po raz setny, próbując odczytać z nich coś nowego.
jednak znał je już na pamięć, a ta sama uśmiechnięta twarz patrzyła na niego ze zdjęcia.
Liam wziął kęs cheeseburgera i sięgnął po kubek z colą, pociągając łyk napoju z rurki. jego tęczówki wpatrywały się w witrynę Princess Flower – kwiaciarni prowadzonej przez jego obiekt. nie był w niej jeszcze. to nie było bezpieczne posunięcie. póki nie działa mu się krzywda, obserwował biernie w pewnej odległości.
jednak dziś była wiosenna równonoc. wszystko mogło się wydarzyć. chwilę potem odrzucił dokumenty na bok i poprawił się na miejscu. bowiem światło w kwiaciarni zgasło, a na oświetlony pomarańczowym światłem chodnik, wyszedł młodzieniec o czarnych włosach. zamknął drzwi na klucz i stawiając stopy na całych płytkach, podszedł do sąsiednich drzwi, w które wszedł, znikając na klatce schodowej. szatyn wykopał się spod papierków i wysiadł z samochodu. wygrzebał ze skórzanej kurki paczkę papierosów oraz zapalniczkę i odpalił jednego wypuszczając dym z ust. zdecydowanie za dużo czasu spędzał w towarzystwie Zayna.
w oknach mieszkania nad kwiaciarnią rozbłysło światło, a moment potem Payne mógł zobaczyć cień przemieszczający pomieszczenie. dostrzegł jak zdejmuję swoją bluzę i rzuca ją na podłogę.
"syfiarz" – pomyślał i pokręcił głową, po czym ponownie zaciągną się dymem, który wypełnił jego płuca. obserwował go od tygodnia i zawsze było tak samo. wracał do domu, rozrzucał ubrania, przez chwilę poudawał gwiazdę rocka, kręcąc się po pokoju ze szczotą w ręce, po czym światło gasło i szedł spać. tym razem było dokładnie tak samo.
w oknach zapanowała ciemność, a on wpatrywał się w nie, opierając ręce na dachu auta. nie chciał wchodzić od razu, więc odczekał godzinę, by mieć pewność, że chłopak będzie spać. dziś wolał być blisko. tak dla własnego świętego spokoju.
tak więc punkt jedenasta przebiegł na drugą stronę ulicy i wszedł na klatkę schodową, przeskakując co drugi stopień wspiął się na pierwsze piętro i przystanął, wzdychając ciężko.
– dlaczego oni wszyscy tak mają? – mruknął pod nosem, widząc przyozdobioną rozkwitającymi kwiatami klamkę. westchnął głośno i przyłożył ucho do drzwi, po których wiły się pnącza bluszczu. słyszał głośne pojękiwania i doskonale wiedział co się dzieje. była wiosenna równonoc. idealna pora na rozbudzenie się wszelakich roślinnych zdolności.
kwiaty otwierały się, uwalniając piękną woń, która otulała jego zmysły. przymknął oczy tylko na moment, chcąc w pełni poczuć przyjemny zapach, a gdy tylko je otworzył, przywołując się do pionu, na półpiętrze dostrzegł cień.
wyprostował się, wyciągając zza paska niewielki nóż, gotów do ataku. moment potem usłyszał przeszywający skrzek, a demon pod postacią mężczyzny śmignął z górnego piętra. kopnął go tak mocno, że wpadł na drzwi mieszkania bruneta, a te wypadły z zawiasów i runą na podłogę w pokoju. jęknął, czując przeszywający ból u dołu pleców, jednak szybko się opamiętał.
podniósł się na równe nogi stanął na wprost mężczyzny, spomiędzy warg którego uleciał kolejny przeszywający skrzek. chwilę potem rzucił się na niego. Liam, jednak w porę cofnął się w bok i mężczyzna wpadł na drzwi łazienki, od których się odbił. upadł na podłogę.
– głupsze to niż szczur – prychnął, spoglądając jak demon podnosi się z podłogi. Payne rozejrzał się po pomieszczeniu, widząc wszędzie wijące się pnącza i kwiaty. dostrzegł ramkę ze zdjęciem, na którą spojrzał intensywnie. jego oczy pojaśniały, przybierając cedrowy odcień, a przedmiot uniósł się i śmignął w stronę demona, trafiając go prosto w czoło.
– kim jesteś? – usłyszał cichy głos z wyraźnym francuskim akcentem, a gdy się odwrócił spostrzegł postać w cieniu. – i skąd te wszystkie rośliny?
chciał już się odezwać, kiedy demon rzucił się na niego, zwalając go z nóg. warknął ze złości, bardziej na siebie. dał się tak łatwo rozproszyć, ale musiał ochronić tego chłopca. takie było jego zadanie.
krzyknął i przetoczył się pod nogi bruneta. usiadł okrakiem na demonie, który prychnął ukazując długie kły. Liam skrzywił się, a chwilę potem bez wahania poderżnął mężczyźnie gardło. czarna krew trysnęła, jednak po chwili przestała płynąć, a ciało zamieniło się w kupkę popiołu.
– siedemnaście – sapnął. – wybacz Zayn.
oparł dłonie na podłodze, oddychając ciężko i dopiero teraz czując jak bardzo został poturbowany. plecy bolały go niemiłosiernie i jęknął mimo wszystko.
podniósł się na równe nogi, wspierając się na ścianie. dopiero teraz dostrzegł bladą, przerażoną twarz bruneta, który wpatrywał się w niego dużymi, zielonymi oczami. zwilżył usta językiem i schował nóż za pas.
– wejdź do swojego pokoju – polecił.
– ale... – zaczął tamten, jednak przerwał mu.
– rób co mówię – odezwał się ostro. Théo zniknął w swoim pokoju, a on pospiesznie naprawił drzwi, zastawiając je komodą z przedpokoju. chwilę potem wśliznął się do pokoju chłopaka. jego tęczówki znów pojaśniały, a szafa przesunęła się zastawiając drzwi do pomieszczenia. odwrócił się i ujrzał to czego się spodziewał – jeden wielki bałagan. zignorował go jednak, podobnie jak ból w plecach oraz intensywne spojrzenie bruneta, siedzącego na brzegu łóżka i podszedł do okna. lekko odchylił zasłony, spoglądając na chodnik. jego samochód stał zaparkowany w tym samym miejscu. jednak nie to zwróciło jego uwagę.
na chodniku przy mrugającej latarni stłoczyła się grupa ludzi. tak można by powiedzieć na pierwszy rzut oka. Liam wiedział jednak, że są to demony i spróbują się tu dostać. był w kropce i kompletnie nie wiedział co robić. oni mogli czaić się na klatce schodowej, zupełnie jak ten mężczyzna którego się pozbył. a ci pod latarnią nie pozwalaliby mu dostać się do samochodu. warknął niezadowolony bo zostało mu jedno.
– musimy przeczekać do rana – odezwał się, zaciągając zasłonę.
– my? – oburzył się brunet, podnosząc z łóżka. – jakie my? co tu się dzieje? skąd te wszystkie rośliny?
dopiero teraz Liam zauważył pnącza wijące się pod jego stopami i wspinające na ściany. przyozdobione były barwnymi kielichami kwiatów, a mdły, odurzający zapach unosił się w powietrzu. cmoknął, opadając na całkiem wygodny fotel w rogu i splatając nogi w kostkach oraz ręce na piersiach, spojrzał na chłopaka.
– wytłumaczę ci rano. a teraz spróbuj znów zasnąć. będę czuwać, więc nic ci się nie stanie – zapewnił go, dodając w myślach do siebie. "musisz rozbudzić moc do końca."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz